wtorek, 6 lutego 2018
Black Rebel Motorcycle Club "Wrong Creatures"
Najpierw była Rewolucja. Nowa Rockowa Rewolucja, która pod swoim skrzydłami, niczym oddana matka, skupiała zespoły odkrywające rock na nowo. Miała przywrócić wiarę w szczere, korzenne, hałaśliwe, autentyczne rockowe granie. Miała być odpowiedzią na hip hop i nu metal, które właśnie wtedy, na początku XXI wieku, zataczały coraz szersze kręgi. Miała być kolejną pokoleniową rewolucją – jak trochę ponad dekadę wcześniej grunge. Zgasła szybko jak zapałki trzymane przez muzyków Razorlight w klipie do „Wire to Wire”. I pożarła własne dzieci. Zostało po niej kilka niezłych pierwszych płyt i wspomnienia o potędze.
Na szczęście, gdzieś z boku głównego nurtu, całkowicie odarty z łatek, jakie przypinano im kilkanaście lat temu, nadal nagrywa zespół Black Rebel Motorcycle Club, jeden z ówczesnych debiutantów.
12. stycznia ukazał się ich ósmy studyjny album, „Wrong Creatures”. Odpalić taką petardę na sam początek roku nie każdy umie.
Jest w tym graniu konsekwencja i ciągłość drogi, jaką obrał zespół, ale wydaje się, że od czasu wydania ostatniego albumu („Spectre at the Feast”, 2013 r.) energia nieco zmieniła kierunek. BRMC wyhamowali z prędkością na rzecz ciężaru i dusznej atmosfery. Nacierają ścianą dźwięku, choć nadal jest to ściana zbudowana wyłącznie z trzech cegieł: hipnotyzujących partii perkusji, dudniącego basu i jazgotliwych, świdrujących gitar.
Wciąż mają to COŚ i wciąż muzycznie nie biorą jeńców. Nie zabiegają o nic. Nie potrzebne im ozdoby, blichtr. Nie muszą zwracać na siebie uwagi – wystarczy muzyka. I te prześladujące - niczym głosy w głowie - melodie.
Najlepszym przykładem takiego grania jest „Little Thing Gone Wild”. Taka energia i świeżość po blisko dwudziestu latach grania? Tak, to możliwe.
Trudno zdecydowanie wyróżnić tu jeden utwór niosący całość. Każdy z utworów na „Wrong Creatures” jest takim odbezpieczonym granatem: począwszy od „DFF”, brzmiącego jak ze ścieżki dźwiękowej do serialu „Wikingowie”, przez „Echo” - nieoczywistą pieśń o miłości, aż na pobrzmiewającym delikatnymi partiami klawiszy „All Rise” skończywszy.
„Spook” mógłby znaleźć się na debiucie BRMC sprzed niemal 17 lat. Ten zgiełk w refrenie, gęsta, zawiesista partia gitary… „Ninth Configuration” i „Carried from the Start” rozkręcają się tak, że wydaje się, że jedynie głos trzyma je w ryzach. Mamy tu też dawkę kontrolowanego szaleństwa – „Question of Faith” - z fajnymi dialogami na głos i gitarę i frapująca partią perkusji. „Haunt” brzmi jak pieśń potępionych dusz: I just keep playing that restless haunt/ There’s nothing I can do. Niczym plemienny hymn w oparach nielegalnych substancji brzmi “Calling Them All Away”. W tej transowości jest coś przewrotnie zmysłowego… W lekko upiornym „Circus Bazooko” wsłuchajcie się w pierwsze wersy śpiewana przez Petera Hayesa – rok 1967, John Lennon, Sierżant Pieprz…? Skojarzenia jak najbardziej na miejscu.
Płytę kończy „All Rise” ze słowami: Hanging on a single breath/ Screamin’ til there’s nothing left/ It’s just all we’ll ever find/ Broken as all our minds.
To muzyka zmierzchu. Muzyka, z którą należy być sam na sam. Wtedy oddziałuje najbardziej, nie przytłacza, a pozwala odkryć to, co w niej najcenniejsze. Słuchana gdzieś przy okazji wydaje się być jedynie mieszanką zgiełku, chłodu i głębokiej posępności. Trudno mi jednak oprzeć się wrażeniu, że jest w tej muzyce pewnie dystans; można podziwiać ją z daleka, ale nie pozwala oddać się jej w całości, choć w sytuacji sam-na-sam trudno jej się oprzeć.
Mam również wrażenie, że na „Wrong Creatures” odcisnęły piętno osobiste zdarzenia z życia muzyków, jakie miały miejsce od czasu wydania „Spectre at the Feast” w 2013 roku: śmierć ojca Roberta Levona Beena i choroba oraz operacja Leah Shapiro.
BRMC tworzy muzyczny świat na styku nadziei i rezygnacji, jasności i mroku, niepokoju i ciszy. Gdzieś wysoko nad tymi kompozycjami unosi się klimat muzyki The Velvet Underground, Sonic Youth czy Slowdive, ale przefiltrowany przez buntowniczą wrażliwość.
Świata nie zmienią. Ale płyty takie jak „Wrong Creatures” sprawiają, że kolejna rewolucja nie wydaje się być potrzebna. Ważne, że są tacy, którzy wciąż robią swoje.
sobota, 27 stycznia 2018
W oczach niknie ten świat... L.Stadt, "L.Story", 20.stycznia 2018r.
Rozochoceni tym, co widzieliśmy 12.stycznia w studiu im. Agnieszki Osieckiej, zaraz po powrocie we wrocławskie cztery ściany, postanowiliśmy zafundować sobie powtórkę z rozrywki i jeszcze raz posłuchać L.Stadt na żywo.
Okazja sama zbliżała się wielkimi krokami: tym razem sami, we Wrocławiu, a do tego z koncertem promującym płytę „L.Story”. Nie można nie skorzystać.
To płyta zupełnie wyjątkowa. Teksty, autorstwa reżysera, scenarzysty i obecnego dyrektora Teatru Pinokio z Łodzi, przenoszą w przeszłość. Niosą tęsknotę za tym, co było kiedyś, osnute są wokół tematów pamięci i przemijania. Podąża za nimi skomponowana przez zespół muzyka oraz sposób interpretacji wokalisty, Łukasza Lacha. Razem tworzą kompletny obraz świata, który powoli, ale nieuchronnie odchodzi.
Ten materiał miał premierę we Wrocławiu 14.lipca 2016 roku; zespół wykonał go razem z Wielkim Chórem Młodej Chorei w ramach Koalicji Miast Dla Europejskiej Stolicy Kultury. Z założenia jednorazowy spektakl, mający przedstawić rodzinne miasto muzyków – Łódź - również dzięki wyjątkowemu odbiorowi przerodził się w projekt płytowy. Teraz L.Stadt powrócili do Wrocławia, by ponownie wykonać go w całości.
To, co działo się 20.stycznia w Imparcie można jednym zdaniem określić jako spektakl muzyczny z elementami koncertu rockowego. Zaczęli dokładnie tak samo, jak kilka dni wcześniej w Warszawie – od dwóch utworów z debiutanckiej płyty: „March” i „Wait”. Zaraz potem przeszli do prezentacji swojej ostatniej, w pełni polskojęzycznej, płyty w całości.
Muzycznie ten materiał na żywo nie różnił się bardzo od tego, co słuchać na albumie. Usłyszeliśmy pełne emocje i pasji wykonania. Zespół wspomagany był na scenie przez czteroosobową reprezentację Wielkiego Chóru Młodej Chorei. Ich obecność, zarówno na płycie, jak i na koncercie, uwypukliła liryczną, delikatną stronę tych utworów.
Na „L.Story” spotykają się elektronika z brzmieniem rockowych gitar, liryka z rock and rollową frazą. I tak tez było na scenie Impartu. Od wzniosłego, transowego „Strumienia świadomości” przez rozwibrowane „Gdybym” (śpiewane przez Adama Lewartowskiego) aż po potężne „Od nowa”.
„L.Story” klamrą spina „Strumień świadomości” – jak sen, który przychodzi i odchodzi. To, co pomiędzy, jest świadectwem ze świata, który gaśnie.
To ludzie, których brakuje („Oczy kamienic”).
To miejsca, których już nie ma („Most”).
To wołanie o stary, dobrze znany porządek („Halo”).
To, co znane znika. Duchy przeszłości unoszą się nad miastem. Ale to przecież nie jest ostateczny koniec. Trzeba tysiąca kobiet, mężczyzn, starców, dzieci, głów i pieśni, ale ten świat można odtworzyć. Wszech obecna jest tu nostalgia, melancholia. Ale nie smutek. Przemijanie, zmiana, stare, nowe, znane, jeszcze nienazwane - tak po prostu jest, musi być. Trzeba to zaakceptować, to fundament dla przyszłości.
Cichym bohaterem jest tu samo miasto – świadek ludzkich historii, z zapisanymi w jego topografii losami pojedynczych osób. Ono trwa, gdy osobiste światy rozpadają się na kawałki.
Łukasz Lach ma związane z tą płytą osobiste wspomnienia. „L.Story to płyta o czasie. O działaniu czasu, który ja w danym momencie dość mocno odczułem”, opowiadał w jednym z wywiadów przy okazji premiery płyty. Jak mówi, te teksty były dokładnie odzwierciedleniem tego, co wtedy czuł; trudnego czasu pełnego osobistego bólu i dojmującego poczucia przemijania.
Było to też zupełnie nowe doświadczenie dla Lacha jako wokalisty: zaśpiewał teksty wyłącznie po polsku i na dodatek napisane przez kogoś innego; do tej pory pojawiały się one w twórczości zespołu jedynie okazjonalnie.
Na bis zabrzmiał jeszcze „Londyn” z płyty „L.Stadt” oraz ponownie „Oczy kamienic”.
Kolejny wyjątkowy, piękny wieczór; zapewne nie tylko dla mnie. Muzyka po raz kolejny opowiedziała historie każdego z nas, historię tęsknoty i wspomnień.
Okazja sama zbliżała się wielkimi krokami: tym razem sami, we Wrocławiu, a do tego z koncertem promującym płytę „L.Story”. Nie można nie skorzystać.
To płyta zupełnie wyjątkowa. Teksty, autorstwa reżysera, scenarzysty i obecnego dyrektora Teatru Pinokio z Łodzi, przenoszą w przeszłość. Niosą tęsknotę za tym, co było kiedyś, osnute są wokół tematów pamięci i przemijania. Podąża za nimi skomponowana przez zespół muzyka oraz sposób interpretacji wokalisty, Łukasza Lacha. Razem tworzą kompletny obraz świata, który powoli, ale nieuchronnie odchodzi.
Ten materiał miał premierę we Wrocławiu 14.lipca 2016 roku; zespół wykonał go razem z Wielkim Chórem Młodej Chorei w ramach Koalicji Miast Dla Europejskiej Stolicy Kultury. Z założenia jednorazowy spektakl, mający przedstawić rodzinne miasto muzyków – Łódź - również dzięki wyjątkowemu odbiorowi przerodził się w projekt płytowy. Teraz L.Stadt powrócili do Wrocławia, by ponownie wykonać go w całości.
To, co działo się 20.stycznia w Imparcie można jednym zdaniem określić jako spektakl muzyczny z elementami koncertu rockowego. Zaczęli dokładnie tak samo, jak kilka dni wcześniej w Warszawie – od dwóch utworów z debiutanckiej płyty: „March” i „Wait”. Zaraz potem przeszli do prezentacji swojej ostatniej, w pełni polskojęzycznej, płyty w całości.
Muzycznie ten materiał na żywo nie różnił się bardzo od tego, co słuchać na albumie. Usłyszeliśmy pełne emocje i pasji wykonania. Zespół wspomagany był na scenie przez czteroosobową reprezentację Wielkiego Chóru Młodej Chorei. Ich obecność, zarówno na płycie, jak i na koncercie, uwypukliła liryczną, delikatną stronę tych utworów.
Na „L.Story” spotykają się elektronika z brzmieniem rockowych gitar, liryka z rock and rollową frazą. I tak tez było na scenie Impartu. Od wzniosłego, transowego „Strumienia świadomości” przez rozwibrowane „Gdybym” (śpiewane przez Adama Lewartowskiego) aż po potężne „Od nowa”.
„L.Story” klamrą spina „Strumień świadomości” – jak sen, który przychodzi i odchodzi. To, co pomiędzy, jest świadectwem ze świata, który gaśnie.
To ludzie, których brakuje („Oczy kamienic”).
To miejsca, których już nie ma („Most”).
To wołanie o stary, dobrze znany porządek („Halo”).
To, co znane znika. Duchy przeszłości unoszą się nad miastem. Ale to przecież nie jest ostateczny koniec. Trzeba tysiąca kobiet, mężczyzn, starców, dzieci, głów i pieśni, ale ten świat można odtworzyć. Wszech obecna jest tu nostalgia, melancholia. Ale nie smutek. Przemijanie, zmiana, stare, nowe, znane, jeszcze nienazwane - tak po prostu jest, musi być. Trzeba to zaakceptować, to fundament dla przyszłości.
Cichym bohaterem jest tu samo miasto – świadek ludzkich historii, z zapisanymi w jego topografii losami pojedynczych osób. Ono trwa, gdy osobiste światy rozpadają się na kawałki.
Łukasz Lach ma związane z tą płytą osobiste wspomnienia. „L.Story to płyta o czasie. O działaniu czasu, który ja w danym momencie dość mocno odczułem”, opowiadał w jednym z wywiadów przy okazji premiery płyty. Jak mówi, te teksty były dokładnie odzwierciedleniem tego, co wtedy czuł; trudnego czasu pełnego osobistego bólu i dojmującego poczucia przemijania.
Było to też zupełnie nowe doświadczenie dla Lacha jako wokalisty: zaśpiewał teksty wyłącznie po polsku i na dodatek napisane przez kogoś innego; do tej pory pojawiały się one w twórczości zespołu jedynie okazjonalnie.
Na bis zabrzmiał jeszcze „Londyn” z płyty „L.Stadt” oraz ponownie „Oczy kamienic”.
Kolejny wyjątkowy, piękny wieczór; zapewne nie tylko dla mnie. Muzyka po raz kolejny opowiedziała historie każdego z nas, historię tęsknoty i wspomnień.
poniedziałek, 22 stycznia 2018
Offensywa De Luxe - 12.01.2018
Offensywa De Luxe, czyli święto muzyki w bardzo przyjacielskiej atmosferze.
Od 2007 roku koncerty z tego cyklu organizuje ekipa trójkowej „Offensywy”. Mają one na celu uhonorowanie artystów, którzy w ubiegłym roku wyraźnie zaznaczyli swoją obecność na polskiej scenie. Artystów, którzy „pozamiatali”. Dlatego też każdy z nich dostaje nagrodę – Szczotę. I należy rozumieć ją dosłownie.
A więc dwunasta edycja. Mroźny, piątkowy wieczór, 12.stycznia. Studio im. Agnieszki Osieckiej przy Myśliwieckiej 3/5/7. Jestem tam. Z nieskrywaną ekscytacją przemykam radiowymi korytarzami.
Najważniejsza jednak była jak zwykle muzyka.
Na pierwszy ogień - Kortez z zespołem; nagrodzeni za konsekwencję artystyczną autorzy jednej z najlepszych – nie tylko polskich – płyt 2017 roku. I to właśnie utwory z niej stanowiły większą część 45-minutowego występu. „Pierwsza”, „Dziwny sen” (tak!), „We dwoje”, „Nic tu po mnie”, „Jak dobrze, że cię mam”… Usłyszeliśmy także „Z imbirem” w genialnej aranżacji oraz wywołujące zrozumiały aplauz publiczności „Zostań” z pierwszej płyty, a także „Kominy”.
Ta muzyka… wciąż tak samo przejmująca, wciąż dotykająca czułych strun.
Decadent Fun Club otrzymali nagrodę dla nowego wykonawcy i nadziei na 2018 rok. Pokazali jak bezkompromisowa potrafi być młodzieńcza żywotność i energia. I choć zagrali tylko dwa utwory, w tym znany z „Offensywy” „Stardust”, wygląda na to, że muzycznie nie ma przed nimi żadnych granic, a sami muzycy nie boją się niczego.
L.Stadt, autorzy najlepszej (według jury przyznającego Szczoty) płyty 2017 roku, piękną muzyczną klamrą spięli dekadę, jaka upłynęła od czasu ich fonograficznego debiutu. Zagrali więc i utwory z debiutanckiej płyty („March”, „Wait”), jak i z ostatniej, wyróżnionej tego wieczoru „L.Story” („Halo”, „Oczy kamienic”, „Idzie sen/ Pozwól zasnąć”). Świetnie połączyli lirykę z rockową, nerwową pulsacją. Wybrzmiał także premierowy utwór oraz wyjątkowy prezent dla prowadzącego koncert Piotra Stelmacha – cover „Dancing with Tears in my Eyes” Ultravox.
Jako ostatni wystąpił nagrodzony za debiutancką płytę roku zespół NiXes. Niezwykłości sytuacji dodawał fakt, że był to pierwszy w ogóle koncert tej formacji. Album zatytułowany po prostu „NiXes” ukazał się w listopadzie ubiegłego roku, ale od razu ujął słuchaczy bajkowym klimatem. Neo hippie cosmic surf music? Tak, jak najbardziej!
Przypomnę, że najpierw na antenie radiowej pojawił się utwór „Circles” – nie wiadomo było kto, co i dlaczego. Dopiero po kilku tygodniach okazało się, że za projektem wokalnie stoi Ania Rusowicz, a muzycznie – m.in. Hubert Gasiul i Steve Nash. Tego wieczora usłyszeliśmy kilka utworów z debiutanckiego albumu, w tym „Hole in the Universe”, „In the Middle of the Rainbow” czy „Circles” właśnie. Ania Rusowicz, niczym wyjęta prosto z baśni wróżka, udowodniła, że świetnie radzi sobie poza konwencją, z jaką do tej pory była kojarzona.
Jechałam do Warszawy z pełną świadomością tego, co ten wieczór dla mnie oznacza. Po wielu, wielu koncertach z tego miejsca słyszanych jedynie z radiowego głośnika, czekał mnie ten pierwszy raz tam, na miejscu. Z czytelniczki „Alicji w Krainie Czarów” stałam się jej bohaterką, tylko z nieco innym finałem. Na szczęście to nie był sen, a intensywna, pełna emocji podróż przez cztery muzyczne światy w jeden wieczór.
Tu: https://www.polskieradio.pl/9/342/Artykul/1989832,12-Offensywa-de-Luxe-czyli-Trojkowy-koncert-artystow-ktorzy-pozamiatali-w-2017-roku można obejrzeć zdjęcia oraz posłuchać koncertu.
Od 2007 roku koncerty z tego cyklu organizuje ekipa trójkowej „Offensywy”. Mają one na celu uhonorowanie artystów, którzy w ubiegłym roku wyraźnie zaznaczyli swoją obecność na polskiej scenie. Artystów, którzy „pozamiatali”. Dlatego też każdy z nich dostaje nagrodę – Szczotę. I należy rozumieć ją dosłownie.
A więc dwunasta edycja. Mroźny, piątkowy wieczór, 12.stycznia. Studio im. Agnieszki Osieckiej przy Myśliwieckiej 3/5/7. Jestem tam. Z nieskrywaną ekscytacją przemykam radiowymi korytarzami.
Najważniejsza jednak była jak zwykle muzyka.
Na pierwszy ogień - Kortez z zespołem; nagrodzeni za konsekwencję artystyczną autorzy jednej z najlepszych – nie tylko polskich – płyt 2017 roku. I to właśnie utwory z niej stanowiły większą część 45-minutowego występu. „Pierwsza”, „Dziwny sen” (tak!), „We dwoje”, „Nic tu po mnie”, „Jak dobrze, że cię mam”… Usłyszeliśmy także „Z imbirem” w genialnej aranżacji oraz wywołujące zrozumiały aplauz publiczności „Zostań” z pierwszej płyty, a także „Kominy”.
Ta muzyka… wciąż tak samo przejmująca, wciąż dotykająca czułych strun.
Decadent Fun Club otrzymali nagrodę dla nowego wykonawcy i nadziei na 2018 rok. Pokazali jak bezkompromisowa potrafi być młodzieńcza żywotność i energia. I choć zagrali tylko dwa utwory, w tym znany z „Offensywy” „Stardust”, wygląda na to, że muzycznie nie ma przed nimi żadnych granic, a sami muzycy nie boją się niczego.
L.Stadt, autorzy najlepszej (według jury przyznającego Szczoty) płyty 2017 roku, piękną muzyczną klamrą spięli dekadę, jaka upłynęła od czasu ich fonograficznego debiutu. Zagrali więc i utwory z debiutanckiej płyty („March”, „Wait”), jak i z ostatniej, wyróżnionej tego wieczoru „L.Story” („Halo”, „Oczy kamienic”, „Idzie sen/ Pozwól zasnąć”). Świetnie połączyli lirykę z rockową, nerwową pulsacją. Wybrzmiał także premierowy utwór oraz wyjątkowy prezent dla prowadzącego koncert Piotra Stelmacha – cover „Dancing with Tears in my Eyes” Ultravox.
Jako ostatni wystąpił nagrodzony za debiutancką płytę roku zespół NiXes. Niezwykłości sytuacji dodawał fakt, że był to pierwszy w ogóle koncert tej formacji. Album zatytułowany po prostu „NiXes” ukazał się w listopadzie ubiegłego roku, ale od razu ujął słuchaczy bajkowym klimatem. Neo hippie cosmic surf music? Tak, jak najbardziej!
Przypomnę, że najpierw na antenie radiowej pojawił się utwór „Circles” – nie wiadomo było kto, co i dlaczego. Dopiero po kilku tygodniach okazało się, że za projektem wokalnie stoi Ania Rusowicz, a muzycznie – m.in. Hubert Gasiul i Steve Nash. Tego wieczora usłyszeliśmy kilka utworów z debiutanckiego albumu, w tym „Hole in the Universe”, „In the Middle of the Rainbow” czy „Circles” właśnie. Ania Rusowicz, niczym wyjęta prosto z baśni wróżka, udowodniła, że świetnie radzi sobie poza konwencją, z jaką do tej pory była kojarzona.
Jechałam do Warszawy z pełną świadomością tego, co ten wieczór dla mnie oznacza. Po wielu, wielu koncertach z tego miejsca słyszanych jedynie z radiowego głośnika, czekał mnie ten pierwszy raz tam, na miejscu. Z czytelniczki „Alicji w Krainie Czarów” stałam się jej bohaterką, tylko z nieco innym finałem. Na szczęście to nie był sen, a intensywna, pełna emocji podróż przez cztery muzyczne światy w jeden wieczór.
Tu: https://www.polskieradio.pl/9/342/Artykul/1989832,12-Offensywa-de-Luxe-czyli-Trojkowy-koncert-artystow-ktorzy-pozamiatali-w-2017-roku można obejrzeć zdjęcia oraz posłuchać koncertu.
piątek, 12 stycznia 2018
2018 - zapowiedzi
Skończył się kolejny rok, podsumowania dawno pozamykane, wszystkie ważne i ważniejsze utwory z 2017 roku powoli zapisują się w historii.
Za nami 12 dni roku 2018. Dziwny czas. Jedną nogą tkwimy jeszcze w 2017 roku, ten nowy jeszcze nieco uśpiony.
Żeby więc nieco go rozruszać, postanawiam opuścić święte tu i teraz i podejrzeć muzyczną przyszłość.
Jak zapowiada się więc rok 2018?
Nowe płyty zapowiadają Legendy - Joan Baez, Bruce Springsteen i - co cieszy mnie szczególnie - Paul McCartney.
Także niegdyś ważni, a dziś nieco zapomniani artyści, jak My Bloody Valentine oraz The Breeders, zapowiadają na ten rok wydawnictwa płytowe. Wierzę, że przypomną o sobie mocno i głośno; tak jak Slowdive w roku 2017.
Już dziś premierę ma następca znakomitego "Spectre at the Feast" z 2013 roku. Mowa oczywiście o Black Rebel Motorcycle Club, którzy w przeciwieństwie do wielu gwiazdek Nowej Rockowej Rewolucji z początku wieku wciąż gra i konsekwentnie robi swoje.
Na mocne wrażenia liczę w związku z nowym albumem Editors. Bliższe szczegóły nie są jeszcze znane, ale już w ubiegłym roku muzycy grali na koncertach nowe utwory. Będziemy mogli je usłyszeć także na dwóch polskich koncertach w kwietniu.
Ciekawie zapowiada się kolaboracja Laurie Anderson i Kronos Quartet. Artyści przygotowują eksperyment muzyczny oparty na wydarzeniach z 2012 roku. Wtedy to huragan Sandy uderzył we wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, a jego skutki osobiście dotknęły Anderson. "Landfall" ukaże się już na początku lutego.
Zaraz po nim - długo wyczekiwany nowy album Franz Ferdinand. "Always Ascending" zapowiadany jest jako bardziej zróżnicowany i mniej gitarowy niż poprzednie dokonania zespołu. Jeszcze do końca nie wiemy jak będzie miała się ta muzyka dla rockowych uszu, ale możemy przyjąć, że skoro rock'n'rollu jest także zabawą, to i zabawa może mieć w sobie sporo z rock'n'rolla.
Czekamy też na nowe nagrania Jacka White'a. Kilka dni temu artysta opublikował dwa nowe nagrania, z których jeden, "Connected by Love" na pewno znajdzie się na albumie zatytułowanym "Boarding House Reach". Według dobrze poinformowanych źródeł ma on ukazać się w pierwszej połowie roku.
Wciąż otwartą sprawą jest nowa płyta Tool - ostatnie zapowiedzi Danny'ego Carey'a zdają się potwierdzać, że następca "10,000 Days" z 2006 r.ukaże się w przeciągu najbliższych miesięcy. Podobnie sprawa ma się z z drugim zespołem Maynarda Jamesa Keenana, czyli A Perfect Circle. Tu sprawa jest o tyle prostsza, że grupa opublikowała dwa nowe utwory: "The Doomed" i "Disillusioned". Czekamy więc na czwarty i pierwszy od 14 lat album.
Z polskiego podwórka cieszą mnie szczególnie dwa nowe albumy - "Swans & Lions" Cochise oraz "Wiedza o społeczeństwie" Lao Che (premiera: 16.lutego). Przede wszystkim czekam jednak na intrygujące debiuty.
Na pewno z ciekawością wysłucham nagrań bezkompromisowych rockowych dziewczyn, czyli Beth Hart (nagrana razem z Joe Bonamassą "Black Coffee" ukaże się 26.stycznia) oraz Brody Dalle, której The Distillers robili furorę... tak, już kilkanaście lat temu.
Bardzo chciałabym usłyszeć drugi album RavenEye. "Nova" z 2016 roku obiecywała naprawdę dużo dobrej energii.
No i Greta van Fleet, namaszczeni na nadzieję rocka. O ich pierwszym pełnowymiarowym album na pewno będzie bardzo głośno. Mam nadzieję, że jego zawartość będzie do tego hałasu proporcjonalna.
Za nami 12 dni roku 2018. Dziwny czas. Jedną nogą tkwimy jeszcze w 2017 roku, ten nowy jeszcze nieco uśpiony.
Żeby więc nieco go rozruszać, postanawiam opuścić święte tu i teraz i podejrzeć muzyczną przyszłość.
Jak zapowiada się więc rok 2018?
Nowe płyty zapowiadają Legendy - Joan Baez, Bruce Springsteen i - co cieszy mnie szczególnie - Paul McCartney.
Także niegdyś ważni, a dziś nieco zapomniani artyści, jak My Bloody Valentine oraz The Breeders, zapowiadają na ten rok wydawnictwa płytowe. Wierzę, że przypomną o sobie mocno i głośno; tak jak Slowdive w roku 2017.
Już dziś premierę ma następca znakomitego "Spectre at the Feast" z 2013 roku. Mowa oczywiście o Black Rebel Motorcycle Club, którzy w przeciwieństwie do wielu gwiazdek Nowej Rockowej Rewolucji z początku wieku wciąż gra i konsekwentnie robi swoje.
Na mocne wrażenia liczę w związku z nowym albumem Editors. Bliższe szczegóły nie są jeszcze znane, ale już w ubiegłym roku muzycy grali na koncertach nowe utwory. Będziemy mogli je usłyszeć także na dwóch polskich koncertach w kwietniu.
Ciekawie zapowiada się kolaboracja Laurie Anderson i Kronos Quartet. Artyści przygotowują eksperyment muzyczny oparty na wydarzeniach z 2012 roku. Wtedy to huragan Sandy uderzył we wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, a jego skutki osobiście dotknęły Anderson. "Landfall" ukaże się już na początku lutego.
Zaraz po nim - długo wyczekiwany nowy album Franz Ferdinand. "Always Ascending" zapowiadany jest jako bardziej zróżnicowany i mniej gitarowy niż poprzednie dokonania zespołu. Jeszcze do końca nie wiemy jak będzie miała się ta muzyka dla rockowych uszu, ale możemy przyjąć, że skoro rock'n'rollu jest także zabawą, to i zabawa może mieć w sobie sporo z rock'n'rolla.
Czekamy też na nowe nagrania Jacka White'a. Kilka dni temu artysta opublikował dwa nowe nagrania, z których jeden, "Connected by Love" na pewno znajdzie się na albumie zatytułowanym "Boarding House Reach". Według dobrze poinformowanych źródeł ma on ukazać się w pierwszej połowie roku.
Wciąż otwartą sprawą jest nowa płyta Tool - ostatnie zapowiedzi Danny'ego Carey'a zdają się potwierdzać, że następca "10,000 Days" z 2006 r.ukaże się w przeciągu najbliższych miesięcy. Podobnie sprawa ma się z z drugim zespołem Maynarda Jamesa Keenana, czyli A Perfect Circle. Tu sprawa jest o tyle prostsza, że grupa opublikowała dwa nowe utwory: "The Doomed" i "Disillusioned". Czekamy więc na czwarty i pierwszy od 14 lat album.
Z polskiego podwórka cieszą mnie szczególnie dwa nowe albumy - "Swans & Lions" Cochise oraz "Wiedza o społeczeństwie" Lao Che (premiera: 16.lutego). Przede wszystkim czekam jednak na intrygujące debiuty.
Na pewno z ciekawością wysłucham nagrań bezkompromisowych rockowych dziewczyn, czyli Beth Hart (nagrana razem z Joe Bonamassą "Black Coffee" ukaże się 26.stycznia) oraz Brody Dalle, której The Distillers robili furorę... tak, już kilkanaście lat temu.
Bardzo chciałabym usłyszeć drugi album RavenEye. "Nova" z 2016 roku obiecywała naprawdę dużo dobrej energii.
No i Greta van Fleet, namaszczeni na nadzieję rocka. O ich pierwszym pełnowymiarowym album na pewno będzie bardzo głośno. Mam nadzieję, że jego zawartość będzie do tego hałasu proporcjonalna.
niedziela, 31 grudnia 2017
Podsumowanie roku 2017
Ostatniego dnia roku z ogromną przyjemnością wracam do idei podsumowania muzycznego roku.
Przyznaję, że przez dwa ostatnie lata nie poświęcałam muzyce należytej uwagi, choć obfitowały one w moc ważnych i wyjatkowych dźwięków.
A rok 2017 przy pomocy różnych narzędzi przypomniał mi, jak ważna jest dla mnie muzyka. I pewnie coś się musi zgubić, żeby potem mogło się odnaleźć.
Wracam więc ze zdwojoną siłą i listą 30 najlepszych według mnie płyt roku 2017.
Dlaczego 30? Trochę dlatego, żeby zadośćuczynić za dwa ostatnie lata. Jednak głównym powodem jest to, że był to bardzo równy rok i najzwyczajniej w świecie było mi przykro, że płyty, które znalazły się poza pierwszą dwudziestką nie zostaną wyróżnione. A bardzo na to zasługują.
Od Chrisa Robinsona, którego muzyczną konsekwencję bardzo lubię, aż do.. pierwszego miejsca - płyty, która zasługuje także na pierwsze miejsce w kategorii "najbrzydsza okładka".
Zaczynamy?
30. Chris Robinson Brotherhood "Barefoot in the Head"
29. Roger Waters "Is this the Life We Really Want?"
28. Cigarettes After Sex "Cigarettes After Sex"
27. U2 "Songs of Experience"
26. Aimee Mann "Mental Illness"
25. Ride "Weather Diaries"
24. Mark Lanegan Band "Gargoyle"
23. Anathema "The Optimist"
22. Depeche Mode "Spirit"
21. Stereophonics "Scream Above the Sounds"
20. London Grammar "Truth is a Beautiful Thing"
19. L.Stadt "L.Story"
18. Algiers "The Underside of Power"
17. Steven Wilson "To the Bone"
16. Me and that Man "Songs of Love and Death"
15. Zola Blood "Infinite Games
14. Variete "Nie wiem"
13. Robert Plant "Carry Fire"
12. Warhaus "Warhaus"
11. Slowdive "Slowdive"
10. Fink "Resurgam"
9. Father John Misty "Pure Comedy"
8. Afgan Whigs "In Spades"
7. Morrissey "Low in High School"
6. Asaf Avidan "The Study on Falling"
5. The War on Drugs "A Deeper Understanding"
4. Kortez "Mój dom"
3. Lunatic Soul "Fractured"
2. Pumarosa "The Witch"
1. Queens of the Stone Age "Villains"
Przyznaję, że przez dwa ostatnie lata nie poświęcałam muzyce należytej uwagi, choć obfitowały one w moc ważnych i wyjatkowych dźwięków.
A rok 2017 przy pomocy różnych narzędzi przypomniał mi, jak ważna jest dla mnie muzyka. I pewnie coś się musi zgubić, żeby potem mogło się odnaleźć.
Wracam więc ze zdwojoną siłą i listą 30 najlepszych według mnie płyt roku 2017.
Dlaczego 30? Trochę dlatego, żeby zadośćuczynić za dwa ostatnie lata. Jednak głównym powodem jest to, że był to bardzo równy rok i najzwyczajniej w świecie było mi przykro, że płyty, które znalazły się poza pierwszą dwudziestką nie zostaną wyróżnione. A bardzo na to zasługują.
Od Chrisa Robinsona, którego muzyczną konsekwencję bardzo lubię, aż do.. pierwszego miejsca - płyty, która zasługuje także na pierwsze miejsce w kategorii "najbrzydsza okładka".
Zaczynamy?
30. Chris Robinson Brotherhood "Barefoot in the Head"
29. Roger Waters "Is this the Life We Really Want?"
28. Cigarettes After Sex "Cigarettes After Sex"
27. U2 "Songs of Experience"
26. Aimee Mann "Mental Illness"
25. Ride "Weather Diaries"
24. Mark Lanegan Band "Gargoyle"
23. Anathema "The Optimist"
22. Depeche Mode "Spirit"
21. Stereophonics "Scream Above the Sounds"
20. London Grammar "Truth is a Beautiful Thing"
19. L.Stadt "L.Story"
18. Algiers "The Underside of Power"
17. Steven Wilson "To the Bone"
16. Me and that Man "Songs of Love and Death"
15. Zola Blood "Infinite Games
14. Variete "Nie wiem"
13. Robert Plant "Carry Fire"
12. Warhaus "Warhaus"
11. Slowdive "Slowdive"
10. Fink "Resurgam"
9. Father John Misty "Pure Comedy"
8. Afgan Whigs "In Spades"
7. Morrissey "Low in High School"
6. Asaf Avidan "The Study on Falling"
5. The War on Drugs "A Deeper Understanding"
4. Kortez "Mój dom"
3. Lunatic Soul "Fractured"
2. Pumarosa "The Witch"
1. Queens of the Stone Age "Villains"
czwartek, 28 grudnia 2017
Dlaczego Greta van Fleet (nie) jest nadzieją rocka
„Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną”.
Nieprzypadkowo zaczynam od słów Pabla Picasso – choć prawdopodobne jest, że malarzowi w czasach bardziej nam współczesnym ukradł je Steve Jobs…
Podobno w muzyce powiedziano już wszystko, a to, co słyszymy lub usłyszymy jest jedynie odświeżaniem koloru i przesuwaniem ścian, niczym podczas remontu, który z założenia miał być kapitalny. Trudno temu zaprzeczyć, choć wciąż wierzę, że nadejdzie kolejna wielka muzyczna rewolucja i wywróci świat rock and rolla do góry nogami.
I oto w 2017 roku pojawia się zespół Greta van Fleet, czterech bardzo młodych chłopaków z USA, których po wydaniu zaledwie jednej EP-ki z czterema utworami namaszcza się na zbawców rocka. Najpierw ostrożnie, wszak to tylko cztery utwory; kilka miesięcy później, po wydaniu minialbumu „From the Fires”, już bez owijania w bawełnę. To jest nadzieja i przyszłość rocka.
Jako pierwszy światło dzienne ujrzał utwór „Highway Tune”. Biorąc pod uwagę wiek kompozytorów (najstarsi w grupie są bracia bliźniacy, Jake i Josh Kiszka, urodzeni w 1996 roku) oraz fakt, że korzenie piosenki sięgają 2010 roku można uznać, że mamy do czynienia z geniuszami.
Bardzo prawdopodobne jest, że gdy pierwszy raz usłyszałam „Highway Tune” moja mina mówiła „co tu się odstawia?!”. Nośny gitarowy wstęp; „aaa”, choć ciche, to sięgające trzewi wokalisty, ten zaśpiew! zwieńczony tak dobrze znaną „mamą”. Nawet jeśli muzyka stanowi tło dla codzienności, ten utwór wytrąca z rytmu i tych, którzy jeszcze go nie znają, pozostawia na trzy minuty w niemałej konsternacji.
Sformułowanie „grają jak Led Zeppelin” nasuwa się samo, choć oczywiście jest dużym uproszczeniem. Sam Kiszka, basista i klawiszowiec grupy, w jednym z wywiadów dość wyraźnie odcina się od wszelkich porównań mówiąc, że wcześniej (zespół powstał w 2012 roku) te nitki powiązań były bardziej widoczne, choć muzycy starali się nie czerpać wiele od innych – bo to jak bycie cover bandem. „Yeah, we do get that” – czytamy w innym wywiadzie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to tak jakby mówili: „ok, schlebia nam to, ale pamiętaj, że ty powiedziałeś to pierwszy”. Jako inspiracje częściej wymieniani są tacy artyści jak Allman Brothers Band, The Beatles, Joe Cocker, Muddy Waters czy Robert Johnson.
Z drugiej jednak strony, dźwięki, jakie grają Greta van Fleet, są na tyle charakterystyczne, że każdy mający choć ogóle pojęcie o rocku i jego historii w pierwszym odruchu pomyśli o Page’u i Plancie. Tak pomyślałam też ja, słysząc dziś w radiu pierwsze takty „Flower Power”. Druga myśl brzmiała: „Aaa nie, skoro to nie Led Zep, to musi to być Greta van Fleet”. Jest to mimo wszystko jakiś sposób na bycie zapamiętanym.
Cały „From the Fires” brzmi jak odnalezione po niemal 50 latach nieznane nagrania Led Zeppelin. Duże znaczenie ma brzmienie, choć nagrane cyfrowo, to jednak na analogowym sprzęcie. Tym, co przesądza sprawę jest głos Josha Kiszki, który chyba zbyt gorliwie odrobił lekcje. Także te ponadprogramowe. Słucha się tego wybornie, choć mam wrażenie, że muzycy umiejętnie serwują nam coraz większe dawki swojej muzyki, żeby uniknąć przesytu tym, co znamy już przecież doskonale.
Greta van Fleet na pewno odświeża formułę rocka, która – mam wrażenie – podobnie jak ja, czeka na rewolucję. Byli za mali, by zauważyć new rock revolution na początku wieku i za młodzi, by załapać się na falę retro rocka, która przetaczała się przez świat 2-3 lata temu.
Ich dźwiękom, zakorzenionym w soczystym bluesie, rocku końca lat 60. czy soulu, nie sposób odmówić autentyczności i szczerości. Zdolność ekspresji też mają niepodważalną. Ale zespół wydał dopiero EP-kę i minialbum, na którym znalazły się cztery utwory z „Black Smoke Rising”, dwie nowe piosenki oraz dwa covery. Zaczekajmy z ferowaniem wyroków do momentu wydania pełnego albumu. A ten zapowiadany jest jako kontynuacja stylu Grety, choć ma być bardziej wielowymiarowy, z piosenkami akustycznymi i wyraźnie zarysowanymi partiami klawiszy.
Świat już docenił muzykę Grety van Fleet – wystarczy wspomnieć choćby top listy „Billboard Mainstream Rock” osiągnięty przez „Highway Tune”, nagrodę dla Najlepszego Nowego Artysty przyznanej przez „Loudwire” czy szybki awans z roli suportu (od The Strubs po Boba Segera) do miana głównej gwiazdy.
Ale czy energia, bezczelność i zuchwałość wystarczą, żeby wieszczyć już pokoleniową zmianę? Chciałabym mieć w sobie tyle optymizmu i tej niezachwianej wiary, co niektórzy dziennikarze.
Zobaczymy więc, na ile starczy im uporu i determinacji, aby pokazać ile prawdziwie rock’n’rollowej krwi płynie w ich żyłach. „Naszym celem jest dosięgnąć kosmosu. Mamy nadzieję wylądować gdzieś wysoko”, mówią muzycy. Niech tak będzie! Skoro wiecie, jak osiągnąć mistrzostwo, obrońcie tytuł.
Greta van Fleet to najgłośniejszy – dosłownie i w przenośni – debiut 2017 roku. W odwiecznym konflikcie serce kontra rozum u mnie wygrywa ten drugi. Na razie. I w ramach oczekiwania na pełnowymiarowy album Grety van Fleet, świecie pozwól, że wrócę do debiutu zespołu Pumarosa czy do ubiegłorocznej płyty RavenEye. Oni też wiedzą jak kraść. I pozostać niezauważonymi.
Nieprzypadkowo zaczynam od słów Pabla Picasso – choć prawdopodobne jest, że malarzowi w czasach bardziej nam współczesnym ukradł je Steve Jobs…
Podobno w muzyce powiedziano już wszystko, a to, co słyszymy lub usłyszymy jest jedynie odświeżaniem koloru i przesuwaniem ścian, niczym podczas remontu, który z założenia miał być kapitalny. Trudno temu zaprzeczyć, choć wciąż wierzę, że nadejdzie kolejna wielka muzyczna rewolucja i wywróci świat rock and rolla do góry nogami.
I oto w 2017 roku pojawia się zespół Greta van Fleet, czterech bardzo młodych chłopaków z USA, których po wydaniu zaledwie jednej EP-ki z czterema utworami namaszcza się na zbawców rocka. Najpierw ostrożnie, wszak to tylko cztery utwory; kilka miesięcy później, po wydaniu minialbumu „From the Fires”, już bez owijania w bawełnę. To jest nadzieja i przyszłość rocka.
Jako pierwszy światło dzienne ujrzał utwór „Highway Tune”. Biorąc pod uwagę wiek kompozytorów (najstarsi w grupie są bracia bliźniacy, Jake i Josh Kiszka, urodzeni w 1996 roku) oraz fakt, że korzenie piosenki sięgają 2010 roku można uznać, że mamy do czynienia z geniuszami.
Bardzo prawdopodobne jest, że gdy pierwszy raz usłyszałam „Highway Tune” moja mina mówiła „co tu się odstawia?!”. Nośny gitarowy wstęp; „aaa”, choć ciche, to sięgające trzewi wokalisty, ten zaśpiew! zwieńczony tak dobrze znaną „mamą”. Nawet jeśli muzyka stanowi tło dla codzienności, ten utwór wytrąca z rytmu i tych, którzy jeszcze go nie znają, pozostawia na trzy minuty w niemałej konsternacji.
Sformułowanie „grają jak Led Zeppelin” nasuwa się samo, choć oczywiście jest dużym uproszczeniem. Sam Kiszka, basista i klawiszowiec grupy, w jednym z wywiadów dość wyraźnie odcina się od wszelkich porównań mówiąc, że wcześniej (zespół powstał w 2012 roku) te nitki powiązań były bardziej widoczne, choć muzycy starali się nie czerpać wiele od innych – bo to jak bycie cover bandem. „Yeah, we do get that” – czytamy w innym wywiadzie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to tak jakby mówili: „ok, schlebia nam to, ale pamiętaj, że ty powiedziałeś to pierwszy”. Jako inspiracje częściej wymieniani są tacy artyści jak Allman Brothers Band, The Beatles, Joe Cocker, Muddy Waters czy Robert Johnson.
Z drugiej jednak strony, dźwięki, jakie grają Greta van Fleet, są na tyle charakterystyczne, że każdy mający choć ogóle pojęcie o rocku i jego historii w pierwszym odruchu pomyśli o Page’u i Plancie. Tak pomyślałam też ja, słysząc dziś w radiu pierwsze takty „Flower Power”. Druga myśl brzmiała: „Aaa nie, skoro to nie Led Zep, to musi to być Greta van Fleet”. Jest to mimo wszystko jakiś sposób na bycie zapamiętanym.
Cały „From the Fires” brzmi jak odnalezione po niemal 50 latach nieznane nagrania Led Zeppelin. Duże znaczenie ma brzmienie, choć nagrane cyfrowo, to jednak na analogowym sprzęcie. Tym, co przesądza sprawę jest głos Josha Kiszki, który chyba zbyt gorliwie odrobił lekcje. Także te ponadprogramowe. Słucha się tego wybornie, choć mam wrażenie, że muzycy umiejętnie serwują nam coraz większe dawki swojej muzyki, żeby uniknąć przesytu tym, co znamy już przecież doskonale.
Greta van Fleet na pewno odświeża formułę rocka, która – mam wrażenie – podobnie jak ja, czeka na rewolucję. Byli za mali, by zauważyć new rock revolution na początku wieku i za młodzi, by załapać się na falę retro rocka, która przetaczała się przez świat 2-3 lata temu.
Ich dźwiękom, zakorzenionym w soczystym bluesie, rocku końca lat 60. czy soulu, nie sposób odmówić autentyczności i szczerości. Zdolność ekspresji też mają niepodważalną. Ale zespół wydał dopiero EP-kę i minialbum, na którym znalazły się cztery utwory z „Black Smoke Rising”, dwie nowe piosenki oraz dwa covery. Zaczekajmy z ferowaniem wyroków do momentu wydania pełnego albumu. A ten zapowiadany jest jako kontynuacja stylu Grety, choć ma być bardziej wielowymiarowy, z piosenkami akustycznymi i wyraźnie zarysowanymi partiami klawiszy.
Świat już docenił muzykę Grety van Fleet – wystarczy wspomnieć choćby top listy „Billboard Mainstream Rock” osiągnięty przez „Highway Tune”, nagrodę dla Najlepszego Nowego Artysty przyznanej przez „Loudwire” czy szybki awans z roli suportu (od The Strubs po Boba Segera) do miana głównej gwiazdy.
Ale czy energia, bezczelność i zuchwałość wystarczą, żeby wieszczyć już pokoleniową zmianę? Chciałabym mieć w sobie tyle optymizmu i tej niezachwianej wiary, co niektórzy dziennikarze.
Zobaczymy więc, na ile starczy im uporu i determinacji, aby pokazać ile prawdziwie rock’n’rollowej krwi płynie w ich żyłach. „Naszym celem jest dosięgnąć kosmosu. Mamy nadzieję wylądować gdzieś wysoko”, mówią muzycy. Niech tak będzie! Skoro wiecie, jak osiągnąć mistrzostwo, obrońcie tytuł.
Greta van Fleet to najgłośniejszy – dosłownie i w przenośni – debiut 2017 roku. W odwiecznym konflikcie serce kontra rozum u mnie wygrywa ten drugi. Na razie. I w ramach oczekiwania na pełnowymiarowy album Grety van Fleet, świecie pozwól, że wrócę do debiutu zespołu Pumarosa czy do ubiegłorocznej płyty RavenEye. Oni też wiedzą jak kraść. I pozostać niezauważonymi.
niedziela, 19 listopada 2017
Playlista #4
Po ubiegłotygodniowym przywoływaniu duchów, tym razem zacznijmy od bardziej optymistycznego utworu.
Elton John, "Your song", rok 1970.
Utwór idealny na początek, zawsze wywołuje u mnie uśmiech.
Należy on też do chlubnego gatunku ear wormów - raz usłyszany, wwierca się w głowę. Nucenie obowiązkowe - czego Wam serdecznie życzę.
Pozostańmy jeszcze na chwilę w przeszłości, tym razem mniej odległej.
Zróbcie głośniej.
Procupine Tree, "Even less", z płyty "Stupid Dream".
Gdy ten album, z niesamowitym początkiem w postaci "Even Less" ukazał się w 1999 roku, słuchałam go na tyle głośno, ile tylko pozwalały możliwości mojego ówczesnego sprzętu grającego.
Utwór, którego przed momentem słuchaliśmy niespodziewanie przyszedł do mnie w piątkowy wieczór.
Pomyślałam wtedy, że cała twórczość Stevena Wilsona, czy to z Porcupine Tree, z Blackfield czy solo cechuje pewien specyficzny typ wrażliwości, który do pewnego wieku wydaje się być niesamowity i nieporównywalny z niczym innym, a później... wyrasta się z niego i patrzy wstecz z uśmiechem lekkiego zażenowania. Jest też druga droga: pozostaje się w jej kleszczach na zawsze.
Nietrudno się domyślić, którą drogę wybrałam ja. Ale znam też oczywiście takich, którzy podążają w odwrotnym kierunku.
Wracamy do roku 2017. Przed nami muzyczny spadkobierca Eltona Johna.
Father John Misty z płyty "Pure Comedy", jednej z kandydatek do tytułu albumu roku 2017.
Jaką kolejność podpowie mi serce w tym roku ujawnię ostatniego dnia grudnia. Póki co, na początku drugiej połowy listopada wiem tylko tyle, że walka jest bardzo wyrównana, miejsce na szczycie jedno, a kandydatów przynajmniej pięciu.
Na pewno w zestawieniu znajdzie się miejsce dla Morrisseya, który 17.listopada wydał kolejny album.
Artysta tyleż kochany, co znienawidzony - ale kto sieje kontrowersje, ten zbiera burze. I weganizm akurat jest tu najbardziej niewinnym jego "przewinieniem". Oskarżany o sympatie faszystowskie, rasizm, islamofobię, a nawet pedofilię, swego czasu życzył śmierci nawet samej brytyjskiej królowej.
W 2017 roku, 31 lat po tamtym słynnym albumie The Smiths, chłopiec z okładki "Low in High School" stoi pod bramami Płacu Buckingham z siekerą w jednej ręce i transparentem z napisem "Axe the monarchy" w drugiej...
Dwa początki; najpierw płyta "The Queen is Dead" jeszcze z The Smiths, później - "Low in High School".
Przyznaję bez bicia, że Morrissey jest moim cichym bohterem ostatnich kilku tygodni. Przyznaję, jestem odrobinę zaskoczona, bo nigdy nie darzyłam Mozza wielką atencją. Raczej przyglądałam się poczynaniom pretensjonalnego dupka, którego twórczość jest tylko dodatkiem do ego wielkości stanu Kalifornia.
Cóż, myliłam się.
Ciekawostka: 10.listopada, dzień koncertu artysty w Los Angeles, został tam ogłoszony Dniem Morrisseya. Nie wiadomo mi, jak on sam zareagował na takie uhonorowanie swojej osoby.
Tymczasem, w odległym o kilka tysięcy kilometrów od Miasta Aniołów kraju, gdzie dzień później ulicami miast przeszły mniej lub bardziej patriotyczne marsze z okazji Dnia Niepodległości, wystąpił bardzo dobry, choć nieco zapomniany i bardzo niedoceniony artysta.
Mark Lanegan - bo o nim mowa - zaśpiewał nam już w ubiegłym tygodniu przy okazji wspomnienia o Layne'ie Staley'u. Posłuchajmy więc jeszcze jednej jego kolaboracji. Tym razem Lanegan z Gregiem Dullim jako Gutter Twins - "Bete Noire".
Dobranoc.
Elton John, "Your song", rok 1970.
Utwór idealny na początek, zawsze wywołuje u mnie uśmiech.
Należy on też do chlubnego gatunku ear wormów - raz usłyszany, wwierca się w głowę. Nucenie obowiązkowe - czego Wam serdecznie życzę.
Pozostańmy jeszcze na chwilę w przeszłości, tym razem mniej odległej.
Zróbcie głośniej.
Procupine Tree, "Even less", z płyty "Stupid Dream".
Gdy ten album, z niesamowitym początkiem w postaci "Even Less" ukazał się w 1999 roku, słuchałam go na tyle głośno, ile tylko pozwalały możliwości mojego ówczesnego sprzętu grającego.
Utwór, którego przed momentem słuchaliśmy niespodziewanie przyszedł do mnie w piątkowy wieczór.
Pomyślałam wtedy, że cała twórczość Stevena Wilsona, czy to z Porcupine Tree, z Blackfield czy solo cechuje pewien specyficzny typ wrażliwości, który do pewnego wieku wydaje się być niesamowity i nieporównywalny z niczym innym, a później... wyrasta się z niego i patrzy wstecz z uśmiechem lekkiego zażenowania. Jest też druga droga: pozostaje się w jej kleszczach na zawsze.
Nietrudno się domyślić, którą drogę wybrałam ja. Ale znam też oczywiście takich, którzy podążają w odwrotnym kierunku.
Wracamy do roku 2017. Przed nami muzyczny spadkobierca Eltona Johna.
Father John Misty z płyty "Pure Comedy", jednej z kandydatek do tytułu albumu roku 2017.
Jaką kolejność podpowie mi serce w tym roku ujawnię ostatniego dnia grudnia. Póki co, na początku drugiej połowy listopada wiem tylko tyle, że walka jest bardzo wyrównana, miejsce na szczycie jedno, a kandydatów przynajmniej pięciu.
Na pewno w zestawieniu znajdzie się miejsce dla Morrisseya, który 17.listopada wydał kolejny album.
Artysta tyleż kochany, co znienawidzony - ale kto sieje kontrowersje, ten zbiera burze. I weganizm akurat jest tu najbardziej niewinnym jego "przewinieniem". Oskarżany o sympatie faszystowskie, rasizm, islamofobię, a nawet pedofilię, swego czasu życzył śmierci nawet samej brytyjskiej królowej.
W 2017 roku, 31 lat po tamtym słynnym albumie The Smiths, chłopiec z okładki "Low in High School" stoi pod bramami Płacu Buckingham z siekerą w jednej ręce i transparentem z napisem "Axe the monarchy" w drugiej...
Dwa początki; najpierw płyta "The Queen is Dead" jeszcze z The Smiths, później - "Low in High School".
Przyznaję bez bicia, że Morrissey jest moim cichym bohterem ostatnich kilku tygodni. Przyznaję, jestem odrobinę zaskoczona, bo nigdy nie darzyłam Mozza wielką atencją. Raczej przyglądałam się poczynaniom pretensjonalnego dupka, którego twórczość jest tylko dodatkiem do ego wielkości stanu Kalifornia.
Cóż, myliłam się.
Ciekawostka: 10.listopada, dzień koncertu artysty w Los Angeles, został tam ogłoszony Dniem Morrisseya. Nie wiadomo mi, jak on sam zareagował na takie uhonorowanie swojej osoby.
Tymczasem, w odległym o kilka tysięcy kilometrów od Miasta Aniołów kraju, gdzie dzień później ulicami miast przeszły mniej lub bardziej patriotyczne marsze z okazji Dnia Niepodległości, wystąpił bardzo dobry, choć nieco zapomniany i bardzo niedoceniony artysta.
Mark Lanegan - bo o nim mowa - zaśpiewał nam już w ubiegłym tygodniu przy okazji wspomnienia o Layne'ie Staley'u. Posłuchajmy więc jeszcze jednej jego kolaboracji. Tym razem Lanegan z Gregiem Dullim jako Gutter Twins - "Bete Noire".
Dobranoc.
niedziela, 12 listopada 2017
Playlista #3
Niemal od poczatku wiedziałam jak zakończy się ta playlista. Mimo tego do głowy przychodziły mi kolejne piosenki. Zdecydowanie trudniej było zacząć.
Postanowiłam więc, że - zwiastując temat wspólny dla wszystkich artystów z tego tygodnia - zaczniemy od piosenki o ostatnim pożegnaniu.
Anathema, "One Last Goodbye" z płyty "Judgement", rok 1999.
W lipcu miałam okazję być na jednym z dwóch polskich koncertów braci Vincenta i Danny'ego Cavanagh, filarów Anathemy. Kameralność, czy wręcz intymność tego, co działo się na scenie, mocno podkreśliła wydźwięk tego utworu napisanego przecież dla Helen Cavanagh, matki Vincenta i Daniela.
Listopad siłą rzeczy jest miesiącem wspomnień o tych, którzy odeszli. Co roku lista jest dłuższa, a widok zapisanych na niej nazwisk coraz bardziej dotkliwy.
Nie uda się niestety zatrzymać czasu.
Przez ostatnie 12 miesięcy Ktoś odebrał nam zupełnie niespodziewanie kilku wyjątkowo ważnych muzyków. Pozwolę sobie jednak na przypomnienie Nieobecnych najważniejszych dla mnie.
Jeff Buckley, "Everybody Here Wants You".
Jedna z najbardziej zmysłowych, sensualnych utworów w historii muzyki.
Buckley zdążył nagrać tylko jedną płytę, a prace nad drugą przerwała jego tragiczna śmierć w maju 1997 roku. "Sketches from my Sweetheart the Drunk" została dokończona przez przyjaciół artysty i to właśnie z niej pochodzi utwór, którego słuchaliśmy.
Joan Wasser, znana teraz jako Joan as Police Woman, wtedy z zespołem Those Bastard Souls, w hołdzie Jeffowi Buckley'owi nagrała album "Debt & Departure". To była także jej próba poradzenia sobie z jego śmiercią.
Chris Cornell, również przyjaciel Buckleya, zadedykował mu "Wave Goodbye". Utwór znalazł się na pierwszym solowym albumie artysty, "Euphoria Morning" z 1999 roku.
Jak wiemy, nie był to pierwszy taki hołd dla przyjaciela w karierze Chrisa Cornella.
Oto ten najważniejszy.
Jedyny taki zespół, jedyna taka płyta, nagrana dla artysty jedynego w swoim rodzaju - Andy'ego Wooda, lidera Mother Love Bone.
Chris Cornell pojawia się oczywiście nieprzypadkowo. Pisałam już o znaczeniu Jego muzyki i osoby dla mnie (http://ewabujak.blogspot.com/2017/05/in-memory-of.html). Minęło niemal pół roku od śmierci Cornella, ale świadomość jego braku wciąż boli tak samo.
Last Christmas... odszedł George Michael.
Pamiętam dobrze noc między Pierwszym a Drugim Dniem Świąt Bożego Narodzenia; przeczytaną nad ranem wiadomość od koleżanki... Nie udało się już zasnąć.
And the wounded skies above say it's much, much too late
Well, maybe we should all be praying for time
To "Praying for Time", otwierający plytę "Listen Without Prejudice vol.1", drugą solową płytę George'a Michaela. Warto też wspomnieć, że niedawno ukazało się wznowienie tego albumu z dołączonym drugim dyskiem, z zapisem koncertu MTV Unplugged, jaki artysta zagrał w 1996 roku.
Tam też znalazł się ten utwór.
George Michael przez lata swoje kariery eksperymentował z wieloma gatunkami muzyki, ale najważniejszy zawsze pozostał ten szlachetny pop. A tego nigdy dość.
Wróćmy na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych.
Na 1.listopada przypada rocznica - w tym roku 23. - ukazania się albumu "Unplugged in New York" Nirvany. Ja po raz pierwszy Nirvanę i Kurta Cobaina usłyszałam właśnie z tego koncertu niemal dokładnie trzy lata po jego ukazaniu się. Zachłysnęłam się nią totalnie.
Wracam z nieskrywanym sentymentem do Cobaina, jako do bohatera moich nastoletnich lat i do muzyki Nirvany. Rok 2017 niesie także ważną rocznicę dla mnie - od tamtego wieczora dwadzieścia lat temu, od pierwszego przes luchania "Unplugged in New York" rozpoczęła się moja miłość do muzyki rockowej.
Mad Season, kolejny zespół jednej płyty. Tu "Long Gone Day" z gościnnym udziałem Marka Lanegana. Powstanie Mad Season było jedną z licznych prób wyciągnięcia Layne'a Staleya, wokalisty Alice in Chains, ze szponów narkotykowego nałogu.
Jak wiemy, nie udało się. Staleya odnaleziono martwego 19.kwietnia 2001 roku, ale jak ustalono śmierć nastąpiła dwa tygodnie wcześniej.
Dobranoc.
Postanowiłam więc, że - zwiastując temat wspólny dla wszystkich artystów z tego tygodnia - zaczniemy od piosenki o ostatnim pożegnaniu.
Anathema, "One Last Goodbye" z płyty "Judgement", rok 1999.
W lipcu miałam okazję być na jednym z dwóch polskich koncertów braci Vincenta i Danny'ego Cavanagh, filarów Anathemy. Kameralność, czy wręcz intymność tego, co działo się na scenie, mocno podkreśliła wydźwięk tego utworu napisanego przecież dla Helen Cavanagh, matki Vincenta i Daniela.
Listopad siłą rzeczy jest miesiącem wspomnień o tych, którzy odeszli. Co roku lista jest dłuższa, a widok zapisanych na niej nazwisk coraz bardziej dotkliwy.
Nie uda się niestety zatrzymać czasu.
Przez ostatnie 12 miesięcy Ktoś odebrał nam zupełnie niespodziewanie kilku wyjątkowo ważnych muzyków. Pozwolę sobie jednak na przypomnienie Nieobecnych najważniejszych dla mnie.
Jeff Buckley, "Everybody Here Wants You".
Jedna z najbardziej zmysłowych, sensualnych utworów w historii muzyki.
Buckley zdążył nagrać tylko jedną płytę, a prace nad drugą przerwała jego tragiczna śmierć w maju 1997 roku. "Sketches from my Sweetheart the Drunk" została dokończona przez przyjaciół artysty i to właśnie z niej pochodzi utwór, którego słuchaliśmy.
Joan Wasser, znana teraz jako Joan as Police Woman, wtedy z zespołem Those Bastard Souls, w hołdzie Jeffowi Buckley'owi nagrała album "Debt & Departure". To była także jej próba poradzenia sobie z jego śmiercią.
Chris Cornell, również przyjaciel Buckleya, zadedykował mu "Wave Goodbye". Utwór znalazł się na pierwszym solowym albumie artysty, "Euphoria Morning" z 1999 roku.
Jak wiemy, nie był to pierwszy taki hołd dla przyjaciela w karierze Chrisa Cornella.
Oto ten najważniejszy.
Jedyny taki zespół, jedyna taka płyta, nagrana dla artysty jedynego w swoim rodzaju - Andy'ego Wooda, lidera Mother Love Bone.
Chris Cornell pojawia się oczywiście nieprzypadkowo. Pisałam już o znaczeniu Jego muzyki i osoby dla mnie (http://ewabujak.blogspot.com/2017/05/in-memory-of.html). Minęło niemal pół roku od śmierci Cornella, ale świadomość jego braku wciąż boli tak samo.
Last Christmas... odszedł George Michael.
Pamiętam dobrze noc między Pierwszym a Drugim Dniem Świąt Bożego Narodzenia; przeczytaną nad ranem wiadomość od koleżanki... Nie udało się już zasnąć.
And the wounded skies above say it's much, much too late
Well, maybe we should all be praying for time
To "Praying for Time", otwierający plytę "Listen Without Prejudice vol.1", drugą solową płytę George'a Michaela. Warto też wspomnieć, że niedawno ukazało się wznowienie tego albumu z dołączonym drugim dyskiem, z zapisem koncertu MTV Unplugged, jaki artysta zagrał w 1996 roku.
Tam też znalazł się ten utwór.
George Michael przez lata swoje kariery eksperymentował z wieloma gatunkami muzyki, ale najważniejszy zawsze pozostał ten szlachetny pop. A tego nigdy dość.
Wróćmy na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych.
Na 1.listopada przypada rocznica - w tym roku 23. - ukazania się albumu "Unplugged in New York" Nirvany. Ja po raz pierwszy Nirvanę i Kurta Cobaina usłyszałam właśnie z tego koncertu niemal dokładnie trzy lata po jego ukazaniu się. Zachłysnęłam się nią totalnie.
Wracam z nieskrywanym sentymentem do Cobaina, jako do bohatera moich nastoletnich lat i do muzyki Nirvany. Rok 2017 niesie także ważną rocznicę dla mnie - od tamtego wieczora dwadzieścia lat temu, od pierwszego przes luchania "Unplugged in New York" rozpoczęła się moja miłość do muzyki rockowej.
Mad Season, kolejny zespół jednej płyty. Tu "Long Gone Day" z gościnnym udziałem Marka Lanegana. Powstanie Mad Season było jedną z licznych prób wyciągnięcia Layne'a Staleya, wokalisty Alice in Chains, ze szponów narkotykowego nałogu.
Jak wiemy, nie udało się. Staleya odnaleziono martwego 19.kwietnia 2001 roku, ale jak ustalono śmierć nastąpiła dwa tygodnie wcześniej.
Dobranoc.
piątek, 3 listopada 2017
Kortez "Mój dom"
Wyobraź sobie, że spotykasz na swojej drodze faceta. Siada naprzeciwko ciebie, wyciąga gitarę z futerału. Poza nią ma do dyspozycji tylko jedno narzędzie: swój głos. Zaczyna pleść swoją opowieść.
Od pierwszego dźwięku, od pierwszego zaśpiewanego słowa wiesz, że to opowieść kompletna. Płynie swoim rytmem, możesz ją wziąć jak swoją lub odrzucić. Nie ma innej drogi, nie ma niczego pomiędzy.
Taka była debiutancka płyta Korteza, „Bumerang”, taka jest jego druga pełnowymiarowa opowieść – „Mój dom”. Wciąż mnóstwo tu cichego smutku i tego, co dla jego twórczości najbardziej charakterystyczne – rys, pęknięć, a nawet otwartych złamań. Po wyśpiewaniu takiego bagażu jak „Zostań” czy „Od dawna już wiem” Kortez przedstawia historię cyklu miłości w dziewięciu aktach. Nie da się jej rozpatrywać inaczej niż jako pełnej, ciągłej historii mającej swój początek i – niestety- koniec.
Zaczyna się od niepokojących dźwięków pianina. „Pierwsza” to moment przejściowy między tym, co było a tym, co nadchodzi. Wiem, że byłabyś gotowa przejść to wszystko, by mnie poznać, wiem, że byłabyś gotowa być jak ona… Tu jest bycie razem, jest uczucie, tu jest dom, tu jest ucieczka w ramiona drugiej osoby, tu jest bliskość. Nie jest idealnie, ale przecież nie może być („Dobrze, że cię mam”). Jest dobrze, wystarczająco dobrze. W tej części płyty muzycznie jest coś z klimatu zadymionego, dusznego baru i tego, co robi Elvis Costello czy Van Morrisson.
Najważniejszym utworem jest „Dziwny sen”. On emocjonalnie niesie całą płytę, to jest jej definicja. To jest jej kluczowy moment, apogeum. To, w jaki sposób Kortez śpiewa słowa słyszę, jak mówisz: „nie zostawiaj mnie” to mistrzostwo świata w przekazie na linii serce – serce. Gdy kończą się słowa, ich rolę przejmuje partia fortepianu brzmiąca jak ucieczka - od siebie nawzajem.
O „Dziwnym śnie” artysta mówi: „to tylko moja piosenka”.
To taki trudny wiek, człowiek lubi gubić się (…) taki trudny wiek, że więcej chcesz niż to, co już umiesz znieść – śpiewa dalej. Ziemia niczyja, wina niczyja. Tak jest. Wystawiasz się na cios i czekasz albo zadajesz go sam.
„Mój dom” kończy „Wyjdź ze mną na deszcz”, jak mówi twórca, „jednorazowy lot” jeszcze bardziej osobisty niż „Dziwny sen”. Ta próba ratunku, ta wyciągnięta ręka, stanowi rodzaj otwartego zakończenia zostawiając miejsce na dopisanie własnego końca. Lub dalszego ciągu.
Jak poddać recenzji płytę, która wydaje się być zapisem osobistej intymności Korteza? Która jest jak kartka wyrwana z pamiętnika, do którego nie chce się wracać?
Próba zrozumienia muzyki Korteza i jego fenomenu to grząski grunt – łatwo popaść tu w przesadę czy w banał, podobnie z resztą jak w tematach, które artysta porusza. Tu wyświechtany frazes nie jest najlepszym rozwiązaniem. Teksty, napisane głównie przez Agatę Trafalską, są lapidarne, ale na tyle dosłowne, że ich przekaz jest doskonale zrozumiały. Mnóstwo tu tęsknoty i poczucia nieuchronnego końca. Mimo wszystko jest jakieś dalej.
Muzyka na drugiej płycie Korteza jest nieco inna niż na „Bumerangu”, może odrobinę bardziej przystępna i bardziej rozbudowana. Dużo tu pozornie łagodnego brzmienia klawiszy, kojarzącymi mi się z pozytywką przypominającą o domu, dziecięcym pokoju, byciu razem.
To co najważniejsze dzieje się tu znów pomiędzy słowem i jego interpretacją. Kortez pokazuje, że nie potrzeba fajerwerków, ozdobników. Wydaje się, że w jego słowniku nie ma takich słów jak „wyraźniej”, „dobitniej”, „głośniej” czy „mocniej”.
Kortez nie ocenia, nie komentuje. Opowiada. To nie jest żaden manifest. „Mój dom” to kopniak, jaki sami sobie wymierzamy – prosto w serce. Zostawia każdego ze swoją dziurą gdzieś tam w środku. Swoim wspomnieniem, doświadczeniem, zdjęciem.
O tym, co osobiste opowiada jak o czymś uniwersalnym. I tak chyba w gruncie rzeczy jest.
Wnosi opowieść o intymności na wyższy poziom. „Mój dom” opowiada historię każdego z nas. I choć różnimy się od siebie, to pozostawia nas z przekonaniem, że każdy z nas jest taki sam.
Sam.
niedziela, 29 października 2017
Playlista #2
And we don't care...Nie mogłam zacząć inaczej. Sex Pistols, "Pretty Vacant". Jedna z płyt, które wywróciły historię muzyki (i nie tylko) do góry nogami stworzona przez autorów największego rock'n'rollowego szwindlu.
Wczoraj, 28. października, ich jedyna płyta z całkowicie premierowym materiałem, "Never Mind the Bollock's, Her's the Sex Pistols" skończyła 40 lat.
A skoro jesteśmy przy rocznicach - dokładnie rok temu, na warszawskim Torwarze wystąpił zespół Placebo. Wśród kilkunastu zagranych przez zespół utworów był ten dla wielu słuchaczy i fanów najważniejszy - "Without You I'm Nothing". Oryginalnie znalazł się on na płycie o tym samym tytule, ale posłuchajmy tej wyjątkowej wersji z Davidem Bowie. Świadectwa niezwykłej współpracy i wsparcia doświadczonego artysty dla młodszych kolegów, którzy dopiero co nagrali swój drugi album.
Wtedy, na Torwarze, utworowi towarzyszyły zdjęcia Davida Bowie wyświetlane na ekranie z tyłu sceny - uśmiechniętego, rozluźnionego. Po wybrzmieniu ostatniego akordu Brian Molko wycelował palcem w niebo. I wtedy nie tylko on miał łzy w oczach i ściśnięte gardło.
Również na Torwarze 24. października zagrał Nick Cave z The Bad Seeds.
Posłuchajmy "Hallelujah" z płyty "No More Shall We Part" wydanej 16 lat temu.
Niestety, nie byłam na tym koncercie. Słysząc i czytając relację z tego wydarzenia wiem, że drugi raz tego błędu nie popełnię.
Klimat muzyczny gwałtownie ulegnie za chwilę zmianie, ale pozostaniemy przy wydarzeniach koncertowych.
Oryginalnie ta piosenka znalazła się na "Las Maquinas de la Muerte" Kazika Na Żywo, tu Monika Brodka w swojej wersji "Taty dilera". Nagranie pochodzi z finałowego, siódemego koncertu Męskiego Grania z Żywca. Podczas tegorocznych wakacji Orkiestra dowodzona tym razem przez Tomasza Organka, Piotra Roguckiego i Monikę Brodkę po raz kolejny przedstawiła swoje interpretacje ważnych dla polskiej muzyki piosenek.
Męskie Granie co roku dokumentowane jest wydawnictwem płytowym, oczywiście nie inaczej będzie w tym roku - płyta będzie miała premierę już 10.listopada, a promuje ją właśnie "Tata dilera".
Byłam na drugim przystanku Męskiego Grania we Wrocławiu. I choć zabrzmi to banalnie, było to dla mnie wyjątkowe wydarzenie muzyczne i nie tylko muzyczne (choć tu szczegóły zostawię dla siebie).
Największym zaskoczeniem był dla mnie Miuosh - choć do polskiego hip-hopu i jego okolic jest mi bardzo daleko.
To, co pokazał w duetach z Darią Zawiałow, Kasią Nosowską, Tomaszem Organkiem czy Piotrem Roguckim to mistrzostwo zarówno pod względem wokalnym, jak i interpretacyjnym. Muzycznie Miuoshowi towarzyszyła FDG Orkiestra z sekcją dętą, co potęgowało brzmienie.
Na Męskim Graniu wystąpił także Kortez. Choć miałam deliktne wątpliwości, czy jego muzyka pasuje do imprezy tak masowej, że aż brakuje biletów, rozwiały się one błyskawicznie gdy tylko artysta zaczá swój wystép. Na polskiej scenie chyba nikt inny nie potrawi wytworzyć atmosfery takiej intymności i zapomnienia o otaczającym świecie.
Druga pełnogrająca płyta Korteza, "Mój Dom", ukaże się już w najbliższy piątek, a promuje ją "Dobry Moment".
Niemal na koniec "Wonderful" Stone Temple Pilots z płyty "Shangri-La Dee Da" z 2001 roku. Jego ówczesny wokalista, Scott Weiland, od lat zmagał się z uzależnieniami, co wcale nie było tajemnicą. Dwa lata temu był po kolejnym odwyku, śpiewał w zespole Art of Anarchy, grał koncerty, ale nadzieje na wyjście na prostą okazały się być płonne. Zmarł na początku grudnia 2015 roku. Świat muzyczny po raz kolejny westchął, ale nie da się ukryć, że nie był on jego pupilkiem. Razem ze Stone Temple Pilots wpisywał się w nurt muzyki grunge, ale nie był wymieniany jednym tchem z Nirvaną, Pearl Jam, Soundgardem i Alice in Chains. Być może nawet większy sukces odniósł w połowie ubiegłej dekady z Velvet Revolver, gdzie występował ze Slashem czy Duffem McKaganem, choć ta supergrupa zostawiła po sobie tylko dwa albumy.
27. października Scott Weiland obchodziłby 50. urodziny.
Dobranoc.
niedziela, 22 października 2017
Playlista #1
Raven Eye “Hey Hey Yeah”
Na dobry początek wspomnienie koncertu sprzed dwóch tygodni. Nie może być inaczej. Skutki 40-minutowe tornada, jakie przeszło w wiedeńskim klubie Gasometer, odczuwam do dziś. Muzyka RavenEye, choć przecież nie nowatorska ani odkrywcza, to solidny rock’n’rollowy kopniak. Ich koncert okazał się być dla mnie tak samo ważny, jak koncert głównej gwiazdy tamtego wieczora, czyli Bush.
A skoro o Bush mowa... Zaraz po zakończeniu europejskiej trasy zespół opublikował niespodziwanie dwa nowe utwory, wpisaując się tym samym w plagę niespodzianek sprawianym przez wykonawców swoim fanom. I tak światło dzienne ujrzały "Alien Language" oraz "This is War", który można było usłyszeć także na żywo podczas większości koncertów, jakie Bush grał w Europie.
Zostańmy jeszcze na chwilę przy nowościach.
"Spent the Day in Bed" zapowiada nowy albumu Moza – “Low in High School”. Piosence, którą znamy już od kilku tygodni, towarzyszy świetny teledysk. Podczas jego oglądania zastanawiałam się, czy artystę rzeczywiście stać na autoironię czy po prostu po wszystkich swoich wybrykach chciałby być postrzegany, jako Facet, Który Jednak Ma Do Siebie Dystans. Odkręć kurek, wypuść powietrze.
I pamiętajcie, there’s nothing wrong with being good to yourself.
W tym tygodniu ukazała się jeszcze jedna, długo wyczekiwana nowość.
"The Doomed" to pierwszy utwór A Perfect Circle od 2013 roku. Przyczyny tak długiego oczekiwania leżą podobno w powolnym trybie pracy Maynarda Jamesa Keenana oraz Billy’ego Howerdella.
Jak brzmi A Perfect Circle A.D. 2017 oceńcie sami.
Placebo „Plasticine”
Brian Molko, Stefan Olsdal i Steve Hewitt, czyli Placebo w swoim najmocniejszym składzie, z płyty „Sleeping With Ghosts”. Był rok 2003. Pamiętam sierpniowe popołudnie, kiedy w łódzkim Empiku trzymałam w jednej ręce właśnie płytę Placebo, a w drugiej debiut Cool Kids of Death. I mogłam wybrać tylko jedną…
Okładka, ta pamiętna okładka autorstwa Jeana-Baptiste’a Mondino, jest jedną z tych najbardziej poruszających. A sama zawartość krążka – ostatnią TAK dobrą płytą Placebo.
Skoro jesteśmy już w przeszłości, cofnijmy się jeszcze o krok dalej.
Ta piosenka chodziła za mną wczoraj cały dzień.
Alison Moyet, sam początek płyty „HooDoo” wydanej w 1991 roku. To była jedna z płyt, których jako dziecko i prawie nastolatka słuchałam niemal codziennie. I choć słuchana po latach nie robi już takiego wrażenia, to wciąż zajmuje ważne miejsce na mojej ścieżce dźwiękowej. I zawiera kilka mocnych punktów, a "Footsteps" jest zdecydowanie jednym z nich.
Przez ostatnich kilka dni aura rozpiwszczała nas ciepłem i słońcem. Pomyślałam: dlaczego nie? Choć ta płyta tak bardzo przypisana jest do określonego czasu w roku, do jednego miesiąca, to dlaczego by nie porozpieszczać siebie? W końcu nie ma w tym nic złego. Gdybym miała wybierać utwór zgodnie z dzisiejszą pogodą, zdecydowanie bardziej pasował by dziś "Sunday Rain" z ostatniej płyty Foo Fighters. Ale - na przekór jesieni, na przekór nadchodzącej zimie - Talk Talk z płyty "The Colour of Spring": "Life's What You Make it".
W minionym tygodniu, dokładnie 9.pażdziernika, minęło 30 lat od ukazania się tej płyty.
INXS, niezapomniany Michael Hutchence na wokalu, płyta "Kick" i "Mystify". Najważniejsza płyta w historii tego australijskiego zespołu; 20 milionów sprzedanych egzemplarzy na całym świecie, kilka potężnych hitów, w tym ten najważniejszy - "Never Tear Us Apart". Ale "Mystify" niewiele mu ustępuje.
Do nagrań Michaela Hutchence'a będę jeszcze niejednokrotnie wracać, bo są one warte poświęcenia im uwagi, choć wydają się być ograne wzdłuż, wszerz i w poprzek.
Najważniejszymi, najpiękniejszymi są piosenki piosenki o miłości. Banalne? Być może. Ale czasami najlepszym sposobem by o miłości opowiedzieć jest stary, wyświechtany frazes. Nawet, gdy jest się człowiekiem posiadającym dar wyjątkowego używania słów.
Fish i "Cliche", dziś z powodu prywatnego - w mijającym tygodniu artysta i jego partnerka, Simone, powiedzieli sobie sakramentalne "tak".
Dobranoc.
poniedziałek, 16 października 2017
Bush & RavenEye, 8.10.2017, Gasometer, Wiedeń, pt.II
Podczas warszawskiego koncertu w lipcu 2013 roku, Gavin Rossdale, wokalista Bush, zapowiedział nie tylko nową płytę, ale także rychły powrót do Polski. Od tego czasu zespół zdążył wydać już dwie płyty, ale żeby zobaczyć go na żywo, trzeba było udać się za granicę. Wybrałam Wiedeń, jeden z piętnastu przystanków na europejskiej trasie.
W ramach sprawiania sobie drobnych przyjemności pokusiłam się o zakupienie pakietu vip obejmującego kilka pamiątkowych gadżetów oraz spotkanie z zespołem zakończone wspólnym zdjęciem. Było to moje drugie spotkanie z Bush, jednak tym razem było ono krótsze, choć bardziej bezpośrednie. Na wstępie obowiązkowe hugsy z Robinem Goodridgem i Gavinem Rossdale’m, potem kilka minut zupełnie luźnej i niekrępującej rozmowy, w której tym najbardziej gadatliwym okazał się być Chris Traynor. I szybko, szybko, zdjęcie. I już.
Przez kolejne pół godziny czułam nawet wyrzuty sumienia, że nie podobała mi się płyta "Black and White Rainbows".
W roli suportu wystąpili RavenEye. Przez 40 minut dali wszystkim lekcję soczystego, zakorzenionego w przeszłości hard rocka. Ich koncerty powinny być opatrzone ostrzeżeniem „nie róbcie tego sami w domu”: skoki z perkusji, balansowanie na barierkach, turlanie się… Stałam pod samą sceną, miałam więc okazję z bliska obserwować cały repertuar rock’n’rollowych min, gestów i zachowań Oliego Browna, Aarona Spiersa i Adama Breeze’a.
Jest ich trzech, ale w tym przypadku „tylko” znaczy „aż” – energią, którą wkładają w granie, mogliby obdzielić kilka tuzinów ludzi. Na koncie mają na razie debiutancki album („Nova” z 2016 roku) i supportowanie tuzów rock and rolla, ale warto ich obserwować i czekać na więcej.
Po ich koncercie musiałam zbierać szczękę i uszy z ziemi, a z perspektywy kilku dni traktuję go równorzędnie z koncertem głównej gwiazdy. Nie ma się co martwić o przyszłość rocka; młodzi, wychowani na najlepszych wzorcach dadzą sobie świetnie radę. Masywne brzmienie, świetne melodie i iskry krzesane przez samych muzyków - to jest dokładnie to, na co czekam.
Co ciekawe, mieli w tym roku grać we Wrocławiu na Capital of Rock razem z Wolfmother i The Prodigy, ale cały festiwal został odwołany. Mam wielką nadzieję, że niedługo pojawią się tu ponownie. Apetyt na takie granie wraz z całą jego otoczką rośnie.
A propos spotkań – po zakończeniu koncertu Bush miałam okazję porozmawiać chwilę z muzykami RavenEye. Bardzo bezpośredni (ilu muzyków wita zupełnie obce osoby jak starych znajomych?), otwarci, entuzjastyczni, ciekawi tej drugiej strony. Na każdy komplement i gest wsparcia pod swoim adresem reagujący gromkimi okrzykami.
Wróćmy jednak do głównego punktu programu. Chwilę po godzinie 20 zgasły światła i przy motywującej owacji Robin Goodridge, Chris Traynor, Corey Britz i Gavin Rossdale weszli na scenę. Szczerze mówiąc, obawiałam się nieco o repertuar, bo ostatnie nagrania zespołu nie do końca przypominają to, co zespół pod tym szyldem grał niegdyś.
Przed koncertem przeglądałam setlisty z innych krajów. O ile w Stanach punkt ciężkości przeniesiony był na materiał z dwóch ostatnich płyt („Man on the Run” oraz „Black and White Rainbows”), o tyle w Europie przeważały utwory z pierwszych lat działalności. Co więcej, pojawił się na nich nowy utwór, „This is war”, brzmiący jak powrót do przeszłości. Niestety, nie usłyszeliśmy go w Wiedniu. Pocieszający jest fakt, że brzmi on o niebo potężniej niż to, co zespół nagrał przez ostatnie trzy lata.
Zaczęli od „Everything Zen” – ta energia wciąż poraża. A dalej było tylko lepiej: „Chemicals between us”, „Prize Fighter”, „Greedy Fly”, „Sound of Winter”, „People that we love”, “Swallowed”… Wypełniona ściśle sala klubu Gasometer jednomyślnie dawała się tej energii porwać. Dobór utworów nie pozwalał na chwilę wytchnienia, także muzykom. Pod koniec setu Gavin Rossdale pozwolił kolegom odpocząć i sam, akompaniując sobie jedynie na gitarze, zagrał „Letting the cables sleep” oraz część „Glycerine”. Drugą część utworu zagrali wszyscy wspólnie, rozpędzając go do wersji dobrze znanej z koncertów. Jako ostatni wybrzmiał jeszcze „Little things”, podczas którego wokalista dzielnie przedzierał się przez tłum. Z „Black and White Rainbows” pojawił się tylko jeden utwór („Nurse”); moje obawy okazały się być więc bezpodstawne.
Na bis obowiązkowo „Machinehead”, „The One I love” z repertuaru R.E.M. oraz „Comedown”. Światła zgasły.
Bush, do spółki z RavenEye, dali publiczności solidną lekcję muzycznej historii.
Ogłaszam wynik: teraźniejszość – przeszłość 0:2.
W ramach sprawiania sobie drobnych przyjemności pokusiłam się o zakupienie pakietu vip obejmującego kilka pamiątkowych gadżetów oraz spotkanie z zespołem zakończone wspólnym zdjęciem. Było to moje drugie spotkanie z Bush, jednak tym razem było ono krótsze, choć bardziej bezpośrednie. Na wstępie obowiązkowe hugsy z Robinem Goodridgem i Gavinem Rossdale’m, potem kilka minut zupełnie luźnej i niekrępującej rozmowy, w której tym najbardziej gadatliwym okazał się być Chris Traynor. I szybko, szybko, zdjęcie. I już.
Przez kolejne pół godziny czułam nawet wyrzuty sumienia, że nie podobała mi się płyta "Black and White Rainbows".
W roli suportu wystąpili RavenEye. Przez 40 minut dali wszystkim lekcję soczystego, zakorzenionego w przeszłości hard rocka. Ich koncerty powinny być opatrzone ostrzeżeniem „nie róbcie tego sami w domu”: skoki z perkusji, balansowanie na barierkach, turlanie się… Stałam pod samą sceną, miałam więc okazję z bliska obserwować cały repertuar rock’n’rollowych min, gestów i zachowań Oliego Browna, Aarona Spiersa i Adama Breeze’a.
Jest ich trzech, ale w tym przypadku „tylko” znaczy „aż” – energią, którą wkładają w granie, mogliby obdzielić kilka tuzinów ludzi. Na koncie mają na razie debiutancki album („Nova” z 2016 roku) i supportowanie tuzów rock and rolla, ale warto ich obserwować i czekać na więcej.
Po ich koncercie musiałam zbierać szczękę i uszy z ziemi, a z perspektywy kilku dni traktuję go równorzędnie z koncertem głównej gwiazdy. Nie ma się co martwić o przyszłość rocka; młodzi, wychowani na najlepszych wzorcach dadzą sobie świetnie radę. Masywne brzmienie, świetne melodie i iskry krzesane przez samych muzyków - to jest dokładnie to, na co czekam.
Co ciekawe, mieli w tym roku grać we Wrocławiu na Capital of Rock razem z Wolfmother i The Prodigy, ale cały festiwal został odwołany. Mam wielką nadzieję, że niedługo pojawią się tu ponownie. Apetyt na takie granie wraz z całą jego otoczką rośnie.
A propos spotkań – po zakończeniu koncertu Bush miałam okazję porozmawiać chwilę z muzykami RavenEye. Bardzo bezpośredni (ilu muzyków wita zupełnie obce osoby jak starych znajomych?), otwarci, entuzjastyczni, ciekawi tej drugiej strony. Na każdy komplement i gest wsparcia pod swoim adresem reagujący gromkimi okrzykami.
Wróćmy jednak do głównego punktu programu. Chwilę po godzinie 20 zgasły światła i przy motywującej owacji Robin Goodridge, Chris Traynor, Corey Britz i Gavin Rossdale weszli na scenę. Szczerze mówiąc, obawiałam się nieco o repertuar, bo ostatnie nagrania zespołu nie do końca przypominają to, co zespół pod tym szyldem grał niegdyś.
Przed koncertem przeglądałam setlisty z innych krajów. O ile w Stanach punkt ciężkości przeniesiony był na materiał z dwóch ostatnich płyt („Man on the Run” oraz „Black and White Rainbows”), o tyle w Europie przeważały utwory z pierwszych lat działalności. Co więcej, pojawił się na nich nowy utwór, „This is war”, brzmiący jak powrót do przeszłości. Niestety, nie usłyszeliśmy go w Wiedniu. Pocieszający jest fakt, że brzmi on o niebo potężniej niż to, co zespół nagrał przez ostatnie trzy lata.
Zaczęli od „Everything Zen” – ta energia wciąż poraża. A dalej było tylko lepiej: „Chemicals between us”, „Prize Fighter”, „Greedy Fly”, „Sound of Winter”, „People that we love”, “Swallowed”… Wypełniona ściśle sala klubu Gasometer jednomyślnie dawała się tej energii porwać. Dobór utworów nie pozwalał na chwilę wytchnienia, także muzykom. Pod koniec setu Gavin Rossdale pozwolił kolegom odpocząć i sam, akompaniując sobie jedynie na gitarze, zagrał „Letting the cables sleep” oraz część „Glycerine”. Drugą część utworu zagrali wszyscy wspólnie, rozpędzając go do wersji dobrze znanej z koncertów. Jako ostatni wybrzmiał jeszcze „Little things”, podczas którego wokalista dzielnie przedzierał się przez tłum. Z „Black and White Rainbows” pojawił się tylko jeden utwór („Nurse”); moje obawy okazały się być więc bezpodstawne.
Na bis obowiązkowo „Machinehead”, „The One I love” z repertuaru R.E.M. oraz „Comedown”. Światła zgasły.
Bush, do spółki z RavenEye, dali publiczności solidną lekcję muzycznej historii.
Ogłaszam wynik: teraźniejszość – przeszłość 0:2.
wtorek, 10 października 2017
sobota, 7 października 2017
Bush "Black and White Rainbows"
Trzymam w rękach siódmy studyjny album Bush: „Black and White Rainbows”. Minęło niemal dokładnie pół roku od jego premiery, a ja przez cały ten czas próbowałam znaleźć w nim bliżej nieokreślone coś, co pozwoliłoby mi na choćby umiarkowany zachwyt.
Od 2013 roku, czyli od koncertu w Warszawie (na który trafiłam nieco przypadkiem, o czym pisałam tu: http://ewabujak.blogspot.com/2013/07/this-is-night-this-is-sound.html) czekam na każdą wiadomość z obozu zespołu. Pod koniec 2015 roku ukazał się album „Man on the Run” (który postanowiłam pominąć wymownym milczeniem). Wciąż czekałam na obiecany kolejny koncert w Polsce; trasa promująca album zupełnie ominęła jednak Europę. I tak w marcu tego roku ukazał się kolejny album.
Od „Man on the Run” na płytach dzieje się coś, co na „Sea of Memories” było najwyraźniej zauważalne w „Baby Come Home” – złagodzenie brzmienia i śpiewanie o przysłowiowej d*pie Maryni z dużą kumulacją drażniącego słowa „baby”. Na „Black and White Rainbows” już przebrała się miarka.
Wciąż biję się z myślami, w jak dużym stopniu nie odpowiada mi kierunek, w jakim idzie zespół. Muzycznie to kawał solidnego gitarowego, podbarwionego elektroniką grania, jednak tego spod znaku słońca Kalifornii, a nie deszczu Londynu.
O ile na poprzednich płytach były „kamienie milowe”, utwory, które zapamiętuje się na całe życie, o tyle tu bardzo trudno je znaleźć. Zespół na ślepo idzie w kierunku wyznaczonym przez „Wanderlust”, solową płytę Gavina Rossdale’a z 2006 roku, czyli amerykańskiej produkcji skrojonej pod wiele milionów uszu, głównie płci żeńskiej. Widać to aż nadto wyraźnie w teledysku do singlowego „Mad Love”.
A ten utwór z początku obiecuje wiele. Rozpoczyna się jak rasowa, rockowa ballada. Jest dobrze – do refrenu. Tu rozpoczyna się jego lekki dramatyzm, żeby nie powiedzieć: dramat. Banalny refren oparty na kiepskim rymie i to przeklęte „ohhh-o”. Teledysk do tego utworu pokazuje wyraźnie do kogo adresowana jest twórczość zespołu.
Rzut oka na tytuły z płyty: „Mad Love”, „Lost in You”, „Toma mi Corazon”, „All the Words Within You”, “Beat of Your Heart” “The Edge of Love”… Miłość, tak. Przeżycie takie jak rozwód lidera, Gavina Rossdale’a, z Gwen “America’s Sweetheart” Stefani musiało znaleźć przełożenie na twórczość. Odbił się echem w wielkim świecie; do Rossdale’a chyba wraca czkawką. It’s hard not to miss what you destroy, śpiewa w „Lost in You”.
Wróćmy jednak do muzyki. W podobnym tonie jak “Mad Love” utrzymane są „All the Worlds Within You”, “Ray of Light”, “Ravens” czy “Nurse”. Potwierdza się stara zasada, że co za dużo, to niezdrowo. Wszechobecny jest schemat „mocniejsza zwrotka – łagodniejszy refren” („Mad love”, „Piece-s”) lub odwrotnie („Water”, „Lost in You”, „Ravens”). Mam wrażenie, że braku „The Beat of Your heart”, „Ravens” czy „Nothing but a Car Chase” nikt by nie zauważył.
„Toma Mi Corazon” tylko udaje rockową piosenkę. Ale ten przekombinowany, niby-połamany wstęp i znów te odbite echem „oooo”. I… on tak serio po hiszpańsku?
„Water” to przykład tego, jak przyzwoitą piosenkę można zepsuć jednym „yeah” i – chyba tylko w założeniu – wzniosłym tekstem z frazami w stylu Breathe life into dead things, breath life into beauty.
Najlepszym utworem na tej niekrótkiej przecież (15 piosenek, prawie godzina muzyki) jest „The Edge of Love”. Mroczny, przesycony tęsknotą za tym, co bezpowrotnie utracone. Jako jedyny kompletnie spójny, zaśpiewany bez przesadnej egzaltacji.
Na listę do zapamiętania wpisuję także „Sky Turns Day Glo” – radosny, chwytliwy utwór o najciekawszej na całej płycie linii melodycznej.
„Black and White Rainbows” kończy „People at War” poruszający problem uchodźców. Niesie on wyraźne przesłanie: w obliczu wojny każdy człowiek stoi na straconej pozycji. Bush nigdy wcześniej nie zabierał tak wyraźnie głosu w kwestiach społeczno-politycznych. I choć sam utwór stylistycznie bardzo daleki jest od tego, co Bush robił lub robi, towarzyszy mu porażający teledysk z kadrami, które znamy bardzo dobrze.
Chciałabym krzyknąć „tak, to jest to!”. Na to dokładnie czekałam od czasu „People that we Love”. Ale nie mogę. Liczę na koncert – że pokażą na co ich stać, a koncert znów wystrzeli mnie w kosmos, zupełnie jak ten warszawski. Pociesza mnie fakt, że na koncertach grają w większości stare numery i to te sprzed dwudziestu lat.
Ciągłą działalność tego zespołu traktuję jako świadectwo żywotności ich miłości do muzyki. Dzięki niej przetrwali wieloletnią przerwę i zmianę składu. Mam wątpliwość, czy przetrwają zmianę stylistyki. Boję się, że w końcu znajdą się w takim miejscu, z którego nie będzie odwrotu, a Rossdale, Corey Britz, Chris Traynor i Robin Goodridge staną się po prostu śmieszni.
Mają u mnie wielki kredyt zaufania dzięki temu, co zrobili głównie na „Sixteen Stone” oraz „Razorblade Suitcase”. W przypadku Bush chyba jednak łatwiej jest mi zaakceptować fakt, że czasy się zmieniają i nawet oni idą z duchem czasu. A może po prostu nie wiedzą jak zestarzeć się z godnością.
Nie odbieram im szczerości i naturalności. To, co grali kiedyś, przestało mieć już rację bytu. I tylko głos pozostaje ten sam.
Nie mówię, że to zła płyta. To płyta nie dla mnie.
niedziela, 1 października 2017
23.września 2017
Sully Erna, wokalista Godsmack, dał we Wrocławiu bardzo energetyczny solowy koncert. Ładujący osobiste baterie słuchaczy do pełna.
Jego solowa twórczość prezentuje oblicze łagodniejsze od hardrockowego Godsmack. Muzycznie opiera się w dużej mierze na brzmieniu akustycznej gitary, fortepianu czy nawet instrumentów smyczkowych. Również wokalnie jest więcej okazji do zaprezentowania swoich możliwości. Bliższa jest zdecydowanie kierunkowi, jaki obrał Godsmack na akustycznej płycie „The Other Side”.
Koncert zaczął się od krótkiego filmu zadającego pytanie o to, w jaki sposób dźwięk, będący przecież jedynie drganiem, oddziałuje na ludzi. A że oddziałuje – i to jak! - dało się odczuć w sobotni wieczór już od pierwszych chwil.
Zdecydowanym wyróżnikiem zespołu Sully’ego Erny jest drugi głos należący do Lisy Guyer. To ona także wizualnie skradła niemal cały show. Jej taniec idealnie oddawał charakter muzyki.
Set listę wypełniły głównie utwory z dwóch solowych albumów wokalisty – „Avalon” z 2010 roku i „Hometown Life” z 2016 roku. Byliśmy więc świadkami nostalgicznego powrotu do rodzinnego Lawrence, wysłuchaliśmy opowieści dedykowanej córce w „My Light”. Było energetycznie w „Turn it up” czy nowym „Can you see it coming”, łagodnie w “Different Kind of Tears”, “The Departed” i “Broaken Road”, transowo w “Sinner’s Prayer” i “7 Years”. Łza zakręciła mi się w oku podczas “Falling to black”. Erna, schowany za pianinem, oświetlony był jedynie punktowym jasnym światłem. Najważniejsi byli ci, których już nie ma. Ich sylwetki podczas tego utworu pojawiły się na ekranie – od Elvisa Presleya i Buddy’ego Holly przez Jimi’ego Hendrixa, Jima Morrisona, Davida Bowie, Marca Bolana, aż do Layne’a Staleya, Scotta Weilanda, Chrisa Cornella i Chestera Benningtona. Hołd temu ostatniemu Erna oddał także muzycznie – jego „Crawling” zagrane wyłącznie z akompaniamentem klawiszy zabrzmiał na bis.
Wbrew wyraźnie słyszalnym prośbom fanów, nie pojawił się żaden utwór z repertuaru macierzystej formacji. Zamiast nich pojawiło się kilka coverów – „Sympathy for the Devil” Rolling Stones’ów na samym początku, odśpiewane przez publiczność „Nothing Else Matters” i, na bis, wspominany już „Crawling” oraz „Dream on” Aerosmith z wplecionym fragmentem beatlesowskiego „Hey Jude”.
Erna zapowiedział na przyszły rok nową płytę Godsmack i obiecał powrót do Polski. W końcu tu, so far, publiczność jest najlepsza. Zawsze zastanawiam się, czy to nie wyłącznie kurtuazja, ale widać było, że muzycy bawili się świetnie - nie tylko kiedy basista, Tye Zamora, robił śmieszne miny.
Zdjęcia z koncertu dzięki uprzejmości Marka Wilczyńskiego: http://marekwilczynski.com/lens_portfolio/sully-erna/
czwartek, 21 września 2017
10.września 2017
Są tacy artyści, którzy są gwarantem solidnej rockowej mocy. Których koncerty to nie perfekcyjne show ani duchowe misterium. Ozdobniki nie są im potrzebne; specjalnie też nie służą w odbiorze muzyki. Ich koncerty to to, co w muzyce najważniejsze – emocje.
Jednym z nich jest Ray Wilson. Uwielbiam perfekcję wykonawczą jego i jego zespołu. Jest w niej również przestrzeń na zabawę i uśmiech, które budują szczególną, wręcz przyjacielską atmosferę koncertu.
Do Wrocławia, po rocznej nieobecności, przyjechał w ramach promocji koncertowego albumu „Time & Distance”. Kilka miesięcy temu widziałam jego koncert w Lubinie będący częścią trasy „Genesis Classic”.
Set lista tym razem została sprawiedliwie podzielona pomiędzy utwory solowe, „klasyki” i utwory „z okolic”, czyli z repertuaru Petera Gabriela i Phila Collinsa.
Ponad 20 utworów, prawie 2,5 godziny muzyki.
Zaczęli tak, jak zaczyna się „20 Years & More” - od “Another Day”. Pierwszych kilka utworów, w tym „In Your Eyes” Petera Gabriela, „Change” i „Song For A Friend”, zostało programowo zagranych na gitarach akustycznych. Gitarowym partnerem Wilsona tym razem był dawny kolega ze Stiltskin, Ali Ferguson.
Zabrzmiało kilka genesisowych “klasyków”, jak „Follow You, Follow Me”, „No Son of Mine”, „That’s All”, “Carpet Crawlers”, “Home by the Sea” , a pomiędzy nimi rockowa zadziorność w „The Actor” i „Ought to be Resting”, nostalgia “Alone” I “Take it Slow”. Łza w oku zakręciła się przy „Not About Us”. Jakby czas zatrzymał się 20 lat temu… Wilson wrócił w ten sposób do swojego jedynego albumu nagranego pod szyldem Genesis. It’s all about the reason that we think we’re fighting for, it’s not about hate, it’s not about pain we always feel…
Zaraz potem drugi fragment albumu “Calling All Stations”. Ten utwór nie stracił nic ze swojej aktualności. Widoczne już wtedy podziały są coraz mocniejsze i jeszcze wyraźniejsze… - tak zapowiedział „The Dividing Line” Ray Wilson. Dopiero w wersji koncertowej czuć było całą jego wściekłość. Bohaterem tego utworu jest Mario Koszel – jego perkusyjne tornado to wykonawczy majstersztyk.
Tylko odrobinę brakowało głosu Patrycji Markowskiej w „Constantly Reminded” - Ray Wilson świetnie poradził sobie z polskim refrenem. Podstawowy set zakończyła „Mama”, w dobrze już znanej, lekko teatralnej wersji.
Na bis „Congo”, „Inside” z repertuaru Stiltskin oraz wycieszenie w postaci „First Day of Change” – piękne przypomnienie, że zawsze można zacząć od nowa.
Jednym z nich jest Ray Wilson. Uwielbiam perfekcję wykonawczą jego i jego zespołu. Jest w niej również przestrzeń na zabawę i uśmiech, które budują szczególną, wręcz przyjacielską atmosferę koncertu.
Do Wrocławia, po rocznej nieobecności, przyjechał w ramach promocji koncertowego albumu „Time & Distance”. Kilka miesięcy temu widziałam jego koncert w Lubinie będący częścią trasy „Genesis Classic”.
Set lista tym razem została sprawiedliwie podzielona pomiędzy utwory solowe, „klasyki” i utwory „z okolic”, czyli z repertuaru Petera Gabriela i Phila Collinsa.
Ponad 20 utworów, prawie 2,5 godziny muzyki.
Zaczęli tak, jak zaczyna się „20 Years & More” - od “Another Day”. Pierwszych kilka utworów, w tym „In Your Eyes” Petera Gabriela, „Change” i „Song For A Friend”, zostało programowo zagranych na gitarach akustycznych. Gitarowym partnerem Wilsona tym razem był dawny kolega ze Stiltskin, Ali Ferguson.
Zabrzmiało kilka genesisowych “klasyków”, jak „Follow You, Follow Me”, „No Son of Mine”, „That’s All”, “Carpet Crawlers”, “Home by the Sea” , a pomiędzy nimi rockowa zadziorność w „The Actor” i „Ought to be Resting”, nostalgia “Alone” I “Take it Slow”. Łza w oku zakręciła się przy „Not About Us”. Jakby czas zatrzymał się 20 lat temu… Wilson wrócił w ten sposób do swojego jedynego albumu nagranego pod szyldem Genesis. It’s all about the reason that we think we’re fighting for, it’s not about hate, it’s not about pain we always feel…
Zaraz potem drugi fragment albumu “Calling All Stations”. Ten utwór nie stracił nic ze swojej aktualności. Widoczne już wtedy podziały są coraz mocniejsze i jeszcze wyraźniejsze… - tak zapowiedział „The Dividing Line” Ray Wilson. Dopiero w wersji koncertowej czuć było całą jego wściekłość. Bohaterem tego utworu jest Mario Koszel – jego perkusyjne tornado to wykonawczy majstersztyk.
Tylko odrobinę brakowało głosu Patrycji Markowskiej w „Constantly Reminded” - Ray Wilson świetnie poradził sobie z polskim refrenem. Podstawowy set zakończyła „Mama”, w dobrze już znanej, lekko teatralnej wersji.
Na bis „Congo”, „Inside” z repertuaru Stiltskin oraz wycieszenie w postaci „First Day of Change” – piękne przypomnienie, że zawsze można zacząć od nowa.
czwartek, 14 września 2017
13.sierpnia 2017
13.sierpnia, wczesny wieczór. Amfiteatr w Dolinie Charlotty wypełnia się powoli; w chłodnym powietrzu wyczuwalna jest atmosfera uroczystego wyczekiwania. Przed nami kolejny w tym roku koncert w ramach Festiwalu Legend Rocka. I być może jedno z najważniejszych muzycznych wydarzeń tego roku.
Patti Smith. To imię i nazwisko powinno wystarczyć za rekomendację.
Napisano i powiedziano o niej wiele wzniosłych słów. Na temat jej życia, muzyki i poezji. Jej nazwisko to zawsze gwarancja czegoś ważnego. Czego – każdy z jej słuchaczy pewnie mógłby odpowiedzieć na to pytanie po swojemu.
Przed koncertem można było zakupić limitowaną wersję tomiku z tekstami Artystki w przekładzie Filipa Łobodzińskiego, „Tańczę boso”. Ona sama powiedziała, że to jej najpiękniej wydana książka”. Śmiała fraza, zachowany rytm, gęstość odniesień kulturowych usadowionych w zrozumiałym dla nas kontekście… Łobodziński, jak wiadomo, ze spotkania z najważniejszymi Artystami, wyjeżdża na tarczy. Pełne wydanie tomu w przygotowaniu. Na 2019 rok zapowiadana jest przez wydawcę, Biuro Literackie, wizyta Patti – Poetki w Polsce.
Wróćmy na scenę. W roli koncertowego suportu - Voo Voo. Muzykę poprzedziła śmiała deklaracja lidera grupy, Wojciecha Waglewskiego: zespół podobnie jak my przyjechał posłuchać Patti Smith, więc postarają się zagrać najdelikatniej i najciszej, jak to tylko możliwe, żeby nie przeszkadzać. I zagrali. Oszczędność słów oraz budowanie przestrzeni dźwiękiem i tym, co pomiędzy nimi charakteryzowały ten występ. Fajerwerki nie zawsze są potrzebne i wskazane.
Około 21:30 pojawia się Ona.
Ponad 40 lat na scenie. 10 lat od dołączenia do Rock and Roll Hall of Fame. 2 lata od ostatniego koncertu w Polsce.
Smith i jej zespół zagrali przekrojowy materiał; od pierwszej do ostatniej płyty. Najwięcej reprezentantów miał album „Gone Again”, bo i otwierający koncert „Wing” i „Beneath the Southern Cross” i „Summer Cannibals” w środku setu.
Przed „Ghost Dance”, utworze, który powstał pod wpływem muzyki rdzennych Amerykanów Artystka nawoływała do obrony Puszczy Białowieskiej. Przed „People Have the Power” wspomniała „pewnego wielkiego człowieka”, który zainspirował ten utwór. Ciekawie, czy świadomie, znając aktualną sytuację polityczną w Polsce, pominęła jego nazwisko…
Tu chodzi o wolność. Wolność i odpowiedzialność. Smith nadal bardzo poważnie traktuje to, co robi dając młodszym kolegom przykład czym jest odpowiedzialność artysty.
Patti wspominała ze sceny Bliskich, których już nie ma: reżysera Andrieja Tarkowskiego [recytując „Tarkovsky (The Second Stop Is Jupiter”)]; męża, Freda „Sonica” Smitha (przed pełnym żaru „Because the Night”) oraz zmarłego niedawno aktora, niegdysiejszego partnera, Sama Sheparda. To wszystko przez Nich i dla Nich.
Usłyszeliśmy także „Dancing Barefoot”, „My Blanken Year” i „Peacable Kingdom”. Na koniec „Gloria”, na bis „People Have the Power” – wyznanie wiary w człowieka.
Wyglądali jak grupa przyjaciół, która po prostu spotkała się, żeby sobie pograć. Byli blisko, na wyciągnięcie ręki. Sama Patti nie onieśmiela – choć wszyscy wiemy, skąd przyszła i jak wiele zrobiła dla świata sztuki. Budząca zaufania, skracająca dystans, będąca na wyciągnięcie ręki. W luźnych dżinsach, programowo za dużej marynarce, w czapce, z burzą siwych długich włosów i kubkiem herbaty w ręce.
Dużym nietaktem byłoby wytykanie Patti Smith wieku. Czas płynie, wszystko się zmienia, ale to, co najważniejsze pozostaje niezmienne: głos i przekaz. Ma ona też cechę, której brakuje wielu: dystans do siebie. Wystarczy przypomnieć ubiegłoroczny występ na Glastonbury, gdzie swój upadek na scenie skomentowała „i co, k****, z tego?”. W Dolinie Charlotty ciężar gatunkowy był mniejszy (pomyłka w tekście), ale zamiast zażenowania zobaczyliśmy na jej twarzy tylko i aż szeroki uśmiech.
Patti Smith Group tworzą: Lenny Kaye – współpracownik od ponad 40 lat, syn artystki Jackson Smith, Tony Shanahan i Jay Dee Daughtry. Perfekcyjna maszyna, mocno skupieni na swoich instrumentach towarzysze wokalistki. Ich gra była pełna spokoju, daleka od punkowej wrzawy. Oni nie muszą.
Publiczność, choć szczelnie nie wypełniająca amfiteatru, była w pełni oddana i reagująca na każdy, nawet najdrobniejszy gest artystki. Jedynie oni przypominali, że ta piątka na scenie to Ikony.
Tak, mam do Patti Smith stosunek nabożny.
Tak, ten koncert spełnił wszystkie moje oczekiwania.
Tak, nadal tańczę. Boso.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























