piątek, 17 czerwca 2011

Orange Vegan Festiwal


Dziś i jutro w Warszawie odbywa się Orange Warsaw Festival. I ma niesamowite stężenie wegan na metr kwadratowy sceny! Dziś grali My Chemical Romance - gitarzysta, Frank Iero, jest weganinem. Również dziś, tuż przed północą, Moby - weganin od 24 lat. Jutro - Sistars, a to dwie śpiewające weganki. A podobno wegan na świecie jest bardzo mało... Co to ma wspólnego z muzyką? Poza propagowaniem pewnych treści w tekstach - niewiele. Ale może ktoś się zainspiruje swoimi idolami i świat stanie się ciut lepszy? Brian Adams inspirował się Johnem Lennonem i zapuścił włosy. O tym, że Lennon byłe wege było, więc wspomnę tylko, że Adams też jest weganinem :)

czwartek, 16 czerwca 2011

Dance, dance, dance to the radio(head)


Radiohead zaskakują nas od czasu wydania "Kid A" i chyba już wszyscy zdążyli się do tego przyzwyczaić. W języku angielskim pojawiło się nawet określenie oznaczające zrobienie czegoś nieoczekiwanego - "to go radiohead". 2007 rok przyniósł płytę "In Rainbows" - nie pojawiła się ona z początku na standardowym, poczciwym krążku, ale jedynie w sieci. Co więcej, fani mogli płacić za nią tyle, ile uznali za słuszne, z zerem włącznie. Tym samym zespół odwrócił się od wielkich wytwórni płytowych i mediów. Nie było żadnej standardowej przedpremierowej promocji. Po co, skoro wszyscy wiemy, jaki zasięg ma Internet?
W walentynki tego roku światem wirtualnym wstrząsnęła wiadomość, że Radiogłowi wydają nowy album. Też w sieci i już za pięć dni. Cena tym razem została ustalona, album ukaże się później na krążku oraz w wersji specjalnej.
Pierwszy utwór wybrany do promocji (hmmm...) nosił tytuł "Lotus Flower" i zupełnie mnie nie przekonywał. A im więcej zamieszania dookoła całości, tym bardziej staram się trzymać z dala. I dlatego dopiero teraz słucham całości płyty "The King of Limbs".
Z tym tańcem w tytule przesadziłam. Ale Radiogłowi odeszli po raz kolejny od ściśle rockowej estetyki na rzecz elektronicznych zapętleń i pulsujących rytmów. Choc nie tylko. Taki "Codex" jest cudownie melancholijny, "Give up the Ghost" snuje się gdzieś pod sufitem. Ale otwierający całość "Bloom" czy "Feral" brzmią jakby były swoimi własnymi remiksami. Gdyby nie Thom Yorke nie zgadłabym, że to Radiohead. "The King of Limbs" ma w sobie dużo urzekających melodii, nie jest szaleńczo zagmatwana czy trudna. Co ciekawe, im więcej się go słucha, tym więcej chce się jeszcze. Płyta trwa niecałe 40 minut - niewiele, ale to dobrze, bo po wybrzmieniu "Separatora" bez wyrzutów sumienia jeszcze raz można włączyć play. I nawet "Lotus Flower" mocno mnie zafrapował. W połączeniu z pozostałymi siedmioma utworami brzmi świetnie. w radiu, gdzieś na liście przebojów - niestety nadal nie.
Rewolucji dokonali już niejednokrotnie. Co dalej?

wtorek, 31 maja 2011

Sentymenty i manie


Ze względu na stare sentymenty sięgnęłam po wydawnictwo "Coma - Live" nagrane w grudniu 2009 roku w warszawskiej Arenie Ursynów.
Nie pamiętam na ilu koncertach Comy byłam. Były i takie, kiedy zespół po wydaniu pierwszej płyty dopiero się rozkręcał; były i takie, na których nie dało się wytrzymać z powodu szaleństwa fanów i pisków nastolatek. Moje uwielbienie dla tej grupy skończyło się wraz z płytą "Hipertrofia", której nie zdzierżyłam, no. Plus: wywiady, solowe dokonania Piotra Roguckiego; ogólnie lekki przerost formy nad treścią. A gdy sentyment trochę się obudził. Więc włączam koncertowe DVD, bo wiem, że o ile Coma nie wyda powalającego dzieła to raczej na ich koncert już nie dotrę.
Na początek krótkie filmy wyświetlane na murze-fasadzie budynku ustawionej na scenie. skojarzenia z "The Wall"? Ciut na wyrost. Runie przy "Pierwszym wyjściu z mroku". Koncert zaczyna się od "Zaprzepaszczonych sił wielkiej armii świetych znaków", najmocniejszego punktu w repertuarze Comy, ale też i pierwszym sygnale świadczącym o zamiłowaniu do Wielkich Form (we wszystkich kontekstach i wszystkich znaczeniach tego sformułowania). W "Zero Osiem Wojna" Roguc śpiewa jakby parodiował sam siebie, a szczyt autokreacji osiąga w zagranych na bis "Stu tysiącach jednakowych miast". Słuchać się tego nie da. Fajnie tylko, że na prawie dwugodzinny występ składa się w większości repertuar z dwóch pierwszych płyt Comy. Jest i "Tonacja", i "Spadam", i "Zbyszek", i "Święta"...
O stronie technicznej wypowiadać się nie będę, bo się nie znam. Publiczność? szaleje. Comomania to stan faktyczny.
No cóż... Nie przepadam za oglądaniem koncertowych DVD (wyjątkiem jest "Please Leave Quietly" PJ Harvey). Nie lubię uczestniczyć w koncertowych szaleństwach z zza szybki. W przypadku Comy ta szybka zdecydowanie mi wystarczy. A pomyśleć, że kiedyś dałabym się za nich pokroić...

niedziela, 22 maja 2011

"Witaj w moim świecie"













...to tytuł nowego utworu Edyty Bartosiewicz. Nie ma chyba fana muzyki, który nie zastanawiałby się, co się dzieje z wokalistką. A ona, w końcu, po siedmiu latach (licząc od piosenki "Trudno tak", duetu z Krzysztofem Krawczykiem) przerywa milczenie. I bardzo dobrze, bo krążyły nieciekawe plotki na temat Bartosiewicz.
"Witaj w moim świecie" brzmi jakby czas się zatrzymał. Po prostu ciepłe, akustyczne granie, na dodatek z filmu o Kubusiu Puchatku. A głos artystki przypomina mi głos Stevie Nicks z Fleetwood Mac.
Chociaż nigdy nie byłam jej fanką, cieszę się, że jest. Naprawdę się cieszę.

czwartek, 12 maja 2011

A jednak można 2


Dziesięć miesięcy temu pisałam, że Poznań może - bo zaprosił sobie Stinga na otwarcie stadionu. Okazało się, że Wrocław też może i na otwarcie swojego stadionu zaprosił sobie George'a Michaela. Oooo. Koncert odbędzie się 17. września. Sting przyjechał z filharmonikami, a we Wrocławiu to filharmonicy przyjdą do George'a - w graniu największych przebojów towarzyszyć mu będą muzycy z lokalnej filharmonii.
Pachnie plagiatem, czyż nie? Cóż, George też gra całą trasę z piosenkami w nowych aranżacjach. Taka moda chyba. I bilety będą tańsze, bo już od 79 złotych, niż na Stinga.
George ostatnimi laty nieco się zagubił, ale może 47 koncertów, które zagra w tym roku to zwiastun gromadzenia nowych sił?
Wstyd przyznać, ale nie byłam jeszcze na takim gigantycznym stadionowym koncercie. A na Maślice wcale nie jest tak daleko. Jeśli tym razem ktoś zagwarantuje mi, że będzie "Last Christmas" - idę!

wtorek, 10 maja 2011

Fryderyki

Już rozdane. Nagrody jakoś szczególnie mnie nie kręcę, nie oceniam artystów w kategoriach ilości otrzymanych wyróżnień. Z "dziennikarskiego" obowiązku należy jednak wspomnieć o tych, których szacowna kapituła nagrodziła. Tym bardziej, że rock'n'roll zatriumfował, co oczywiście bardzo nas cieszy.
A więc:
*grupa roku: Acid Drinkers
*piosenka roku: "Love Shack" Acid Drinkers i Ania Brachaczek (a ja polecam Kwasowe wykonanie "Et Si Tu N'existeis Pas")
*wokalista roku: Kuba Badach
*wokalistka roku: Monika Brodka
*teledysk roku: "Bang Bang" Ania Dąbrowska
*debiut roku: Tres.B
*album roku - muzyka alternatywna: "Męskie granie"
*album roku - metal: "Fishdick Zwei" Acid Drinkers
*album roku - rock: "Prawo do bycia idiotą" Dezerter
*album zagraniczny: "Come Around Sundown" Kings of Leon (ech...wyślą im, czy jak?)

poniedziałek, 9 maja 2011

Chodzi i chodzi...

...za mną ta piosenka, ten tekst. Nie mogę się uwolnić.

We are jigsaw pieces aligned on the perimeter edge
Interlocked through a missing piece
We are renaissance children becalmed beneath the Bridge of Sighs
Forever throwing firebrands at the stonework
We are Siamese children related by the heart
Bleeding from the surgery of initial confrontation
Holding the word scalpels on trembling lips
Stand straight, look me in the eye and say goodbye
Stand straight, we've drifted past the point of reasons why
Yesterday starts tomorrow, tomorrow starts today
And the problem always seems to be we're picking up the pieces on the ricochet

Drowning tequila sunsets, stowaways on midnight ships
Refugees of romance plead asylum from the real
Scrambling distress signals on random frequencies
Forever repatriated on guilt laden morning planes
We are pilots of passion sweating the flight on course
To another summit conference, another breakfast time divorce
Screaming out a ceasefire, snow-blind in an avalanche zone

Stand straight, look me in the eye and say goodbye
Stand straight, we've drifted past the point of reasons why
Yesterday starts tomorrow, tomorrow starts today
And the problem always seems to be we're picking up the pieces on the ricochet

Are we trigger happy?
Russian roulette in the waiting room
Empty chambers embracing the end
Puzzled visions haunt the ripples of a trevi moon
Dream coins for the fountain or to cover your eyes
We reached ignition point from the sparks of pleasantries
We sensed the smoke advancing from horizons
You must have known that I was concealing an escape

Stand straight, look me in the eye and say goodbye, say goodbye
Stand straight, we've drifted past the point of reasons why
Yesterday starts tomorrow, tomorrow starts today, starts today
And the problem always seems to be we're picking up the pieces
On the ricochet, this is the ricochet.


Oczywiście to "Jigsaw" Marillion. Są takie piosenki i takie koncerty, które zapamięta się na zawsze.