Jak się spłukać w trzy minuty? Wystarczy kupić trzy bilety na dwa fantastyczne koncerty i trzysta złotych idzie w eter. Bilet pierwszy: Marillion, wiadomo od dawna. Jeszcze nie mam towarzystwa, ale popracuję nad tym. Bilet drugi i trzeci: niespodzianka roku - Mark Lanegan Band we Wrocławiu, 6. listopada, w klubie "Firlej". Towarzystwo mam, męża własnego osobistego, który na wieść, że kupiłam bilety powiedział: "To niedobrze, ale dobrze". Niedobrze, bo się spłukałam. Cóż, najwyżej nie będę jadła kolacji przez dwa miesiące.
A teraz tylko oczekiwanie, chleb mój powszedni. I wałkowanie laneganowego "Blues Funeral", bo genialny.
niedziela, 9 września 2012
czwartek, 6 września 2012
Sir Kawałek Cholery
Właśnie przeczytałam tę drugą książkę, o której pisałam przy okazji postu o Monsieur Gainsbourgu. Tę bardziej oczywistą - "Paul. McCartney. Życie" Petera Amesa Carlina.
Jestem ciut rozczarowana. W porównaniu z biografią Johna Lennona - kopalnią wiedzy, tu mamy raczej dość powierzchowny przegląd suchych faktów z życia "tego miłego" Beatlesa. Jak tu zmieścić 70 lat życia na 330 stronach?
dyby ktoś chciał dowiedzieć się czegoś o samym macierzystym zespole, polecam biografię Lennona. Biografia McCartneya tylko jakby uzupełnia wyżej wspomnianą.
Beatlesi Beatlesami, ale co z Paulem?
Jego kariera po największym zespole świata jest prześledzona tez jakby pobieżnie. Niby wszystko jest na swoim miejscu, wszystko się zgadza, autor przytacza daty, fakty, miejsca. Ale czegoś brakuje. Przykład. Byłam ciekawa, jak doszło do współpracy McCartneya z Michaelem Jacksonem - kto był pomysłodawcą duetu, czy znali się wcześniej? A tu nic, Jackson po prostu przyszedł do studia i nagrał z Paulem "Say, Say, Say". Wielka filozofia, nie? Intrygowało mnie też, ile będzie napisane o jego wegetarianizmie i walce o prawa zwierząt. Z książki wynika, że to żona Linda przodowała w tego typu przedsięwzięciach. W końcu Linda to "nowa królowa wegetarianizmu, wydająca bestsellerowe książki kucharskie". Ale oboje "byli działaczami na rzecz ochrony środowiska". I - tak, "wychowali wszystkie dzieci na wegetarian".
Swoją drogą, nie wiedziałam, że Macca ma czwórkę dzieci i jedno przybrane...
Obraz samego Paula, jaki wylania się z książki, jest dość daleki od powszechnych wyobrażeń na jego temat. To on był tym miłym i grzecznym, to on miał najbardziej niewinną twarz w zespole, to on nie wadził nikomu, z nikim się nie kłócił. Jednym słowem, ciepły i zwyczajny był przeciwieństwem naburmuszonego Johna Lennona. A tu - niespodzianka. Z lektury wynika, że Paul był bardzo ambitny i zdeterminowany, by osiągnąć sukces. Był (jest?) perfekcjonistą, który zrobi wszystko, by osiągnąć cel. Do tego był geniuszem w kreowaniu wizerunku własnego i kolegów, genialnym Pr-owcem, który potrafił naprostować każdą wpadkę.
Kiedy czyta się zdania w stylu: George, młodszy braciszek, nigdy nie był wystarczająco wyrafinowany ani spełniony, to... Przyznacie, był fantastycznym kreatorem samego siebie. Kto by się po nim tego spodziewał?
Niemniej jednak, abstrahując od spraw spoza sceny, Paul nadal tworzy, a napisał już w swoim życiu kilka niezłych kawałków. Oglądałam fragment jego występu na uroczystości zamknięcia olimpiady; facet nieźle się trzyma. Co z tego, że farbuje włosy, a i twarz jakaś nieadekwatna do wieku. Głos nadal ten sam, nie do podrobienia.
Jestem ciut rozczarowana. W porównaniu z biografią Johna Lennona - kopalnią wiedzy, tu mamy raczej dość powierzchowny przegląd suchych faktów z życia "tego miłego" Beatlesa. Jak tu zmieścić 70 lat życia na 330 stronach?
dyby ktoś chciał dowiedzieć się czegoś o samym macierzystym zespole, polecam biografię Lennona. Biografia McCartneya tylko jakby uzupełnia wyżej wspomnianą.
Beatlesi Beatlesami, ale co z Paulem?
Jego kariera po największym zespole świata jest prześledzona tez jakby pobieżnie. Niby wszystko jest na swoim miejscu, wszystko się zgadza, autor przytacza daty, fakty, miejsca. Ale czegoś brakuje. Przykład. Byłam ciekawa, jak doszło do współpracy McCartneya z Michaelem Jacksonem - kto był pomysłodawcą duetu, czy znali się wcześniej? A tu nic, Jackson po prostu przyszedł do studia i nagrał z Paulem "Say, Say, Say". Wielka filozofia, nie? Intrygowało mnie też, ile będzie napisane o jego wegetarianizmie i walce o prawa zwierząt. Z książki wynika, że to żona Linda przodowała w tego typu przedsięwzięciach. W końcu Linda to "nowa królowa wegetarianizmu, wydająca bestsellerowe książki kucharskie". Ale oboje "byli działaczami na rzecz ochrony środowiska". I - tak, "wychowali wszystkie dzieci na wegetarian".
Swoją drogą, nie wiedziałam, że Macca ma czwórkę dzieci i jedno przybrane...
Obraz samego Paula, jaki wylania się z książki, jest dość daleki od powszechnych wyobrażeń na jego temat. To on był tym miłym i grzecznym, to on miał najbardziej niewinną twarz w zespole, to on nie wadził nikomu, z nikim się nie kłócił. Jednym słowem, ciepły i zwyczajny był przeciwieństwem naburmuszonego Johna Lennona. A tu - niespodzianka. Z lektury wynika, że Paul był bardzo ambitny i zdeterminowany, by osiągnąć sukces. Był (jest?) perfekcjonistą, który zrobi wszystko, by osiągnąć cel. Do tego był geniuszem w kreowaniu wizerunku własnego i kolegów, genialnym Pr-owcem, który potrafił naprostować każdą wpadkę.
Kiedy czyta się zdania w stylu: George, młodszy braciszek, nigdy nie był wystarczająco wyrafinowany ani spełniony, to... Przyznacie, był fantastycznym kreatorem samego siebie. Kto by się po nim tego spodziewał?
Niemniej jednak, abstrahując od spraw spoza sceny, Paul nadal tworzy, a napisał już w swoim życiu kilka niezłych kawałków. Oglądałam fragment jego występu na uroczystości zamknięcia olimpiady; facet nieźle się trzyma. Co z tego, że farbuje włosy, a i twarz jakaś nieadekwatna do wieku. Głos nadal ten sam, nie do podrobienia.
poniedziałek, 3 września 2012
Kiedy spotkam boga...
Jeśli butelka nie jest rozwiązaniem, dlaczego sprawia, że jest mi tak ciepło?
Jeśli ta dziewczyna nie jest rozwiązaniem, dlaczego było jej tak ciepło?
Jeśli czucie nie jest wyjściem
Dlaczego czuję się tak zmęczony?
Dlaczego czuję się załamany?
Dlaczego czuję się tak wyobcowany?
Dlaczego byłem tak ślepy?
Mam dość uczuć, zrujnowały mi życie
Jeżeli niebezpieczne życie nie jest wyjściem, dlaczego tak wycisza mój umysł?
Jeśli patrzenie wstecz nie jest wyjściem, dlaczego w środku nie jesteśmy nikim innym jak tylko dziećmi?
Dlaczego bogowie tylko obserwują?
Tak wielu z nich przegrało
Cóż to za matka zostawia dziecko pośrodku ulicy?
Sztuczki w ciemności
Cóż to za bóg?
Wczołgałem się do środka siebie
Długą drogą w dół
Napotykając na miny zastawione przez samego siebie
W ciemności zobaczyłem lustro dryfujące w przestrzeni
Kiedy spotkam boga, zapytam ją co sprawia, że płacze, co sprawia, że się śmieje
Czy jest tylko gwiazdami i gazem w kolorze indygo
Czy wie dlaczego miłość nie ma końca
Ale jest ciemnym aniołem - przyjacielem
Powoli oddalającym od siebie kobietę i mężczyznę
Marillion "When I Meet God"
Jeśli ta dziewczyna nie jest rozwiązaniem, dlaczego było jej tak ciepło?
Jeśli czucie nie jest wyjściem
Dlaczego czuję się tak zmęczony?
Dlaczego czuję się załamany?
Dlaczego czuję się tak wyobcowany?
Dlaczego byłem tak ślepy?
Mam dość uczuć, zrujnowały mi życie
Jeżeli niebezpieczne życie nie jest wyjściem, dlaczego tak wycisza mój umysł?
Jeśli patrzenie wstecz nie jest wyjściem, dlaczego w środku nie jesteśmy nikim innym jak tylko dziećmi?
Dlaczego bogowie tylko obserwują?
Tak wielu z nich przegrało
Cóż to za matka zostawia dziecko pośrodku ulicy?
Sztuczki w ciemności
Cóż to za bóg?
Wczołgałem się do środka siebie
Długą drogą w dół
Napotykając na miny zastawione przez samego siebie
W ciemności zobaczyłem lustro dryfujące w przestrzeni
Kiedy spotkam boga, zapytam ją co sprawia, że płacze, co sprawia, że się śmieje
Czy jest tylko gwiazdami i gazem w kolorze indygo
Czy wie dlaczego miłość nie ma końca
Ale jest ciemnym aniołem - przyjacielem
Powoli oddalającym od siebie kobietę i mężczyznę
Marillion "When I Meet God"
czwartek, 30 sierpnia 2012
Pure evening
Już niemal trzy tygodnie temu w Krakowie odbył się Coke Live Music Festival. Jedną z gwiazd był zespół Placebo. I cóż się porobiło, że na plakatach, które jak na złość wciąż wiszą niezalepione, jako główna atrakcja festiwalu przestawiona jest grupa The Killers? Czy to indie-hipsterski chwyt marketingowy? No dobrze... Nie wiem, ile koncie płyt maja Killersi (choć mam na półce "Day & Age" - dostałam na urodziny trzy lata temu), ale nie wydaje mi się, aby sukces takiego utworu jak "Sombeody Told Me" przyćmiewał wszystkie hity Placebo. No dobrze, dobrze... Nie byłam na dwóch ostatnich koncertach zespołu na P. w Polsce, na tym również nie, i nie wiem do końca, co się dzieje w ich obozie. Wiem, że od czasów "Meds" (6 lat!) nie porywają mnie. Jeśli wracam do tej płyty to po to, by posłuchać "Pierrot the Clown" czy rewelacyjnego duetu z Michaelem Stipem, "Broken Promise". Jeśli wracam do ostatniej płyty, "Battle for the Sun" to w zasadzie tylko do beatelsowskiego "Kings of Medicine". Jakoś wciąż nie moge przekonać się do tej płyty. Wiem, czasy się zmieniają, a i Brian Molko tez nie ten sam. Już nie jest tym samym pokręconym gościem w malej czarnej i o śliwkowych powiekach. To już w sumie dojrzały, stateczny pan. Tylko Stefan nic się nie zmienia.
8. sierpnia widziałam koncert Placebo na Sziget Festival (ha! oczywiście transmisję internetową tegoż). Cóż. Głos nie ten sam. Większość utworów opatulona elektroniką. Wstyd, ale większości nie poznałam po pierwszych taktach. I ręka do góry komu podobało się "Running up that Hill"? Stefan zapuścił brodę, a Brian znów zmienił fryzurę. Fajnie za perkusją odnalazł się Steve Forrest - świeże powietrze i młodzieńcza energia jednak dobrze robią. Proporcje orientacji seksualnych nadal w normie.
Wśród dobrze znanych utworów pojawił się nowy - "Be Free". I refuse to remain in regret, passion flower, higher power itd. Czy mi się podoba za wcześnie jeszcze stwierdzać.
Wróciły sentymenty w tę gorąca sierpniową noc. Znów z niecierpliwością wypatrywać będę nowości w obozie zespołu na P. Stara miłość nie rdzewieje. Może kolejny koncert nie obędzie się beze mnie.
Ależ oczywiście, można sobie obejrzeć koncert z Coke Live Music Festivalu (cały!) na wiadomym kanale, co niniejszym czynię. Czy to Elvis? Ten facet był chodzącą autodestrukcją? Granie sprawia im wciąż wiele frajdy i to widać. Zaczęli od "Kitty Litter", potem "Battle for the Sun" (fani jak zwykle niezawodni). Potem stare kotlety i najbardziej znany utwór Placebo (tak mi się wydaje) - "Every Me, Every You". Po tylu, tylu (czternastu!) latach niezbyt przekonująco brzmią słowa sucker love I always find, someone to bruise and leave behind; jakbym słyszała dwie różne osoby. "Speak in Tongues" zagrali rewelacyjnie! We can built a new tomorrow today brzmi już znacznie lepiej w TYCH ustach. W końcu już oboje nie nosimy koszulki z Myszką Miki. I znaów good, old times, czyli "Black Eyed". Tak, to o nas. "Special needs" też. Kiedy ta piosenka wychodziła na światło dzienne byłam prawie just nineteen... "For What It's Worth" okazuje się być killerem koncertowym! A zaraz potem uspokojenie dzięki "I Know". Stefan, wracaj na scenę! "Tenneage Angst" podane w marszowym rytmie i z folkowymi skrzypcami? Rrrrety. Zbyt dużo jak dla mnie. Proste, melodyjne "Song to Say Goodbye" brzmi znacznie lepiej. Na pierwszy bis obowiązkowo "Running Up That Hill". "Be Free" i "Infra Red", i to już naprawdę koniec.
Kolejny koncert na pewno nie obędzie się beze mnie.
8. sierpnia widziałam koncert Placebo na Sziget Festival (ha! oczywiście transmisję internetową tegoż). Cóż. Głos nie ten sam. Większość utworów opatulona elektroniką. Wstyd, ale większości nie poznałam po pierwszych taktach. I ręka do góry komu podobało się "Running up that Hill"? Stefan zapuścił brodę, a Brian znów zmienił fryzurę. Fajnie za perkusją odnalazł się Steve Forrest - świeże powietrze i młodzieńcza energia jednak dobrze robią. Proporcje orientacji seksualnych nadal w normie.
Wśród dobrze znanych utworów pojawił się nowy - "Be Free". I refuse to remain in regret, passion flower, higher power itd. Czy mi się podoba za wcześnie jeszcze stwierdzać.
Wróciły sentymenty w tę gorąca sierpniową noc. Znów z niecierpliwością wypatrywać będę nowości w obozie zespołu na P. Stara miłość nie rdzewieje. Może kolejny koncert nie obędzie się beze mnie.
Ależ oczywiście, można sobie obejrzeć koncert z Coke Live Music Festivalu (cały!) na wiadomym kanale, co niniejszym czynię. Czy to Elvis? Ten facet był chodzącą autodestrukcją? Granie sprawia im wciąż wiele frajdy i to widać. Zaczęli od "Kitty Litter", potem "Battle for the Sun" (fani jak zwykle niezawodni). Potem stare kotlety i najbardziej znany utwór Placebo (tak mi się wydaje) - "Every Me, Every You". Po tylu, tylu (czternastu!) latach niezbyt przekonująco brzmią słowa sucker love I always find, someone to bruise and leave behind; jakbym słyszała dwie różne osoby. "Speak in Tongues" zagrali rewelacyjnie! We can built a new tomorrow today brzmi już znacznie lepiej w TYCH ustach. W końcu już oboje nie nosimy koszulki z Myszką Miki. I znaów good, old times, czyli "Black Eyed". Tak, to o nas. "Special needs" też. Kiedy ta piosenka wychodziła na światło dzienne byłam prawie just nineteen... "For What It's Worth" okazuje się być killerem koncertowym! A zaraz potem uspokojenie dzięki "I Know". Stefan, wracaj na scenę! "Tenneage Angst" podane w marszowym rytmie i z folkowymi skrzypcami? Rrrrety. Zbyt dużo jak dla mnie. Proste, melodyjne "Song to Say Goodbye" brzmi znacznie lepiej. Na pierwszy bis obowiązkowo "Running Up That Hill". "Be Free" i "Infra Red", i to już naprawdę koniec.
Kolejny koncert na pewno nie obędzie się beze mnie.
środa, 8 sierpnia 2012
Kto uwierzy...
Kto mi uwierzy, że gdy miałam 15 czy 16 lat, moim ulubionym utworem przez długie miesiące był "Heart of Storm" Lost Horizon? Proszę: http://www.youtube.com/watch?v=-Gpjy6Pt6ng Obrazek już mówi wiele,a konia z rzędem temu, kto wytrzyma do końca. Znałam kiedyś osobnika płci przeciwnej, który całymi dniami słuchał (i pewnie nadal słucha) tym podobnych dźwięków, a także tych dla mnie nie do wytrzymania. Na szczęście po jakimś czasie mi przeszło. Nutka wzruszenia z nutką zażenowania. Słuchałam dziś Lost Horizon pierwszy raz po latach - i, wow, wciąż pamiętam cały tekst. Herbata miłorzębowa jednak działa.
wtorek, 7 sierpnia 2012
I... wszyscy razem
Godsmack czy Arctic Monkeys? Która wersja beatelsowskiego "Come Togheter" podoba mi się bardziej? Hm, nie wiem. Wersja Arctic Monkeys brzmi oldschoolowo, a Godsmack...cóż, so american. Jednak Sully Erna jest nie do podrobienia, a Alexa Turnera za nic bym nie poznała po głosie. No ale takie młode zespoły to troszkę nie moja działka. I wczoraj, kiedy "Come Together" w wersji brytyjskiej było w "Trójce" piosenką dnia, myślałam, że wcale mi się nie podoba. Ale zyskuje z każdym przesłuchaniem.
Jest jeszcze wersja Aerosmith z 1978 roku, którą chcieli przebić Godsmack (jak mówi Shannon Larkin, perkusista zespołu z Bostonu w wywiadzie dla najnowszego "Teraz Rocka"). W porównaniu z powyższymi wydaje się... nudna. Nie wnosi nic i chyba przez to jest najbliższa oryginałowi.
Wysypało Beatlesami. John Lennon wiecznie żywy. Ciekawe, co on na to?
Jest jeszcze wersja Aerosmith z 1978 roku, którą chcieli przebić Godsmack (jak mówi Shannon Larkin, perkusista zespołu z Bostonu w wywiadzie dla najnowszego "Teraz Rocka"). W porównaniu z powyższymi wydaje się... nudna. Nie wnosi nic i chyba przez to jest najbliższa oryginałowi.
Wysypało Beatlesami. John Lennon wiecznie żywy. Ciekawe, co on na to?
środa, 1 sierpnia 2012
Monsieur Provocateur
Mając do wyboru dwie książki, znalezione w bibliotece tego samego dnia, grzecznie stojące obok siebie w dziale "nowości", jako pierwszą przeczytałam tę mniej oczywistą. A była to biografia Serge'a Gainsbourga pióra Sylvie Simmons.
Dziwne, że ukazała się w Polsce dopiero w tym roku, bo została napisana ponad dziesięć lat temu.
OK, przyznaję, o Gainsbourgu wiem tyle, ile przeczytałam przy okazji tekstów o Jane Birkin, Charlotte Gainsbourg czy innych wykonawców śpiewających jego piosenki. Wiem, że "Je t'aime... moi non plus", że skandal, że Brigitte Bardot, że kult w ojczyźnie, że uroczy brzydal.
Na kilka miesięcy przed książką obejrzałam film, który przybliżył mi postać Pana Degenerata: "Gainsbourg" Joanna Sfara z 2010 roku. Porywający, klimatyczny, wszech ogarniający. No i Leatitia Casta już chyba zawsze będzie kojarzyć mi się z Brigitte Bardot niż ona sama.
Książka opiera się z wiadomych względów na wspomnieniach, głównie Jane Birkin, ale też na wypowiedziach muzyków, dla których Serge otworzył muzyczne drzwi. Jednak mając porównanie z kopalnią faktów i cytatów, jaką była biografia Johna Lennona, mam wrażenie, że biografia Gainsbourga ślizga się po powierzchni. Ot, Serge nagrał płytę, napisał coś dla Jane, urodziło mu się dziecko. Podejrzewam jednak, że ma to jakiś związek z dostępnością do źródeł. Chyba nie ma na świecie tylu Sergologów co Lennonologów. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czyta się jak świetną, trzymającą w napięciu powieść. I że pewnie tyle wystarczy przeciętnemu słuchaczowi muzyki, który zna Serge'a, tak jak ja, z "Je t'aime..." i "Ballade de Melody Nelson". I tym, którzy chcą się dowiedzieć, co wspólnego ma Gainsbourg z Salvadorem Dali.
Kolejny artysta, który, choć niepewny siebie, rzucił na kolana tłumy. Zastanawiający fakt...
Słucham teraz jego piosenek. Z Jane, z Brigitte, solo. Czytam, że jest ikoną. A jednak ta przeklęta bariera języka dzieli nas. I nie do końca rozumiem, co chciał przekazać. Mogę tylko powiedzieć, że ładne, wpadające w ucho. Cudne mruczanki. Po francusku nawet ten, kto nie potrafi śpiewać brzmi tak, jakby potrafił.
Teraz pewnie siedzi sobie z Borisem Vianem, Jimem Morissonem i Lucy Gordon. Piją, palą i przeżywają drugą młodość. Dobrze się bawią, bo o to w końcu chodzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)