Jedno z niewielu, a na pewno jedyne ściśle rockowe radio zniknie z wrocławskiego eteru. Zastąpić je ma Vox FM, radio podobne do "Złotych Przebojów", grające muzykę sprzed lat. Właściciele obu stacji zdecydowali zamienić się częstotliwościami.
Eska Rock jest radiem sformatowanym, ale zawsze można było usłyszeć coś nowego, coś starszego, coś jeszcze nieznanego. W nim po raz pierwszy usłyszałam dwa z moich ulubionych coverów - "I Just Died in Your Arms Tonight" Dommin (kiedyś Cutting Crew) i "True Faith" Anberlin (New Order). Eska służyła mi głównie do zapełniania ciszy, przyznaję. Tydzień temu, nie mogąc słuchać gadających polityków w "Trójce", przełączyłam na Eskę Rock, gdzie akurat nadawano powtórki z porannego programu Kuby Wojewódzkiego - tego też nie dało się słuchać...
Pozostanie jeszcze nie do końca rockowe Roxy FM...
sobota, 23 listopada 2013
poniedziałek, 18 listopada 2013
Soundgarden w Polsce!
Tyle razy zastanawiałam się czy to w ogóle nastąpi. A tu nagle taka wiadomość. Poziom mojej radości był tak wysoki, że zostałam nawet posądzona o nawrócenie...
Szczegóły? Proszę bardzo. 27. czerwca, stadion MOSiR w Oświęcimiu. Koncert odbędzie się trzeciego dnia Live Oświęcim Festival 2014.
Z zespołem nie wystąpi Matt Cameron, który na pierwszym miejscu aktualnie stawia rodzinę i Pearl Jam.
Po ogólnej euforii nastąpiła konsternacja. Festiwal, dużo ludzi, dużo zespołów, pewnie można kupić bilet na jeden dzień, ale do Oświęcimia będzie musiała pojechać cała rodzina, a nawet przyległości. Ech. Pomyślę o tym jutro.
Nie obyło się też wpadki fejsbukowej - na profilu zespołu została podana informacja, że Soundgarden zagra w Auschwitz...
Szczegóły? Proszę bardzo. 27. czerwca, stadion MOSiR w Oświęcimiu. Koncert odbędzie się trzeciego dnia Live Oświęcim Festival 2014.
Z zespołem nie wystąpi Matt Cameron, który na pierwszym miejscu aktualnie stawia rodzinę i Pearl Jam.
Po ogólnej euforii nastąpiła konsternacja. Festiwal, dużo ludzi, dużo zespołów, pewnie można kupić bilet na jeden dzień, ale do Oświęcimia będzie musiała pojechać cała rodzina, a nawet przyległości. Ech. Pomyślę o tym jutro.
Nie obyło się też wpadki fejsbukowej - na profilu zespołu została podana informacja, że Soundgarden zagra w Auschwitz...
niedziela, 27 października 2013
Walk on the wild side
Dziś odszedł Lou Reed.
Od wielu lat miałam wrażenie, że on będzie żył wiecznie, jak Paul McCartney. Że będzie miał jeszcze dużo czasu, żeby nagrać kilka wspaniałych utworów, eksperymentować, jak przy nagranej z Metallicą "Lulu". Nie, już nie.
Dobranoc.
Od wielu lat miałam wrażenie, że on będzie żył wiecznie, jak Paul McCartney. Że będzie miał jeszcze dużo czasu, żeby nagrać kilka wspaniałych utworów, eksperymentować, jak przy nagranej z Metallicą "Lulu". Nie, już nie.
Dobranoc.
sobota, 19 października 2013
Fish 3
Derek William "Fish" Dick znów najechał Polskę. Aż osiem z czterdziestu koncertów promujących album "Feast of Consequences" miało miejsce w naszym kraju.
Udało mi się być na ostatnim, wałbrzyskim.
Nie było głosu, który mówiłby, że koncerty Fisha a.d.2013 są kiepskie, a chociażby tylko poprawne. Wprost przeciwnie, dla wielu to były najlepsze rybne występy.
Więc nie rozumiem tego, co się dzieje w mojej głowie... Właśnie - w głowie, bo nie w sercu. Może ja już nie umiem słuchać inaczej niż głową, bez analizowania, bez uprzedzeń.
Bo koncert w Wałbrzychu był, moim zdaniem, niezły, ale - dwa poprzednie, jakich mogłam doświadczyć, w 2007 i 2011 roku, były lepsze.
Być może największą przeszkodą w lepszym odbiorze muzyki była sala, w jakiej odbywał się koncert - niewielka, ale sala sportowa. Stałam z boku, więc patrząc na scenę mimowolnie widziałam puste trybuny. To zdecydowanie nie jest miejsce na takie wydarzenia. Muzyka Fisha wymaga skupienia, a to niestety nie jest możliwe wszędzie. Do tego część publiczności wyglądała jakby na przypadkowy tłum, który zjawił się tam tylko na chwilę - ludzie stali w kurtkach, bo nie było szatni.
Dość marudzenia.
Najbardziej magiczny moment? Dla mnie - "Script for a Jester's Tear". Utwór moich nastoletnich lat, Marillion dwadzieścia lat później. Gdy powstawał nie było mnie nawet na świecie...
"Blind to the Beautiful" - o Matce Ziemi, o Naturze, która zawsze odpłaci nam pięknym za nadobne. Artysta opowiadał o swoim dziadku górniku, o dobrze znajomym wałbrzyszanom krajobrazach górniczych. Gdy czas kopalni minie, gdy minie szarość, powróci zieleń.
Z najnowszej płyty wybrzmiały jeszcze "Perfume River", utwór tytułowy, "All Loved Up" i "Crucifix Corner". Do tego "Dark Star", "What Colour is God", "1470", "He Knows You Know" i długi utwór będący połączeniem "Assasin", "Credo", "Tongues", "Fugazi" i "White Feather". Na koniec "Freaks" i "The Company".
Czy można chcieć czegoś więcej?
Artysta jest w doskonałej formie - tańczy, skacze. Kontakt z publicznością - jak zawsze niesamowity.
Chyba do następnego koncertu Fisha muszę przypomnieć sobie jak to jest słuchać w pionie...
Udało mi się być na ostatnim, wałbrzyskim.
Nie było głosu, który mówiłby, że koncerty Fisha a.d.2013 są kiepskie, a chociażby tylko poprawne. Wprost przeciwnie, dla wielu to były najlepsze rybne występy.
Więc nie rozumiem tego, co się dzieje w mojej głowie... Właśnie - w głowie, bo nie w sercu. Może ja już nie umiem słuchać inaczej niż głową, bez analizowania, bez uprzedzeń.
Bo koncert w Wałbrzychu był, moim zdaniem, niezły, ale - dwa poprzednie, jakich mogłam doświadczyć, w 2007 i 2011 roku, były lepsze.
Być może największą przeszkodą w lepszym odbiorze muzyki była sala, w jakiej odbywał się koncert - niewielka, ale sala sportowa. Stałam z boku, więc patrząc na scenę mimowolnie widziałam puste trybuny. To zdecydowanie nie jest miejsce na takie wydarzenia. Muzyka Fisha wymaga skupienia, a to niestety nie jest możliwe wszędzie. Do tego część publiczności wyglądała jakby na przypadkowy tłum, który zjawił się tam tylko na chwilę - ludzie stali w kurtkach, bo nie było szatni.
Dość marudzenia.
Najbardziej magiczny moment? Dla mnie - "Script for a Jester's Tear". Utwór moich nastoletnich lat, Marillion dwadzieścia lat później. Gdy powstawał nie było mnie nawet na świecie...
"Blind to the Beautiful" - o Matce Ziemi, o Naturze, która zawsze odpłaci nam pięknym za nadobne. Artysta opowiadał o swoim dziadku górniku, o dobrze znajomym wałbrzyszanom krajobrazach górniczych. Gdy czas kopalni minie, gdy minie szarość, powróci zieleń.
Z najnowszej płyty wybrzmiały jeszcze "Perfume River", utwór tytułowy, "All Loved Up" i "Crucifix Corner". Do tego "Dark Star", "What Colour is God", "1470", "He Knows You Know" i długi utwór będący połączeniem "Assasin", "Credo", "Tongues", "Fugazi" i "White Feather". Na koniec "Freaks" i "The Company".
Czy można chcieć czegoś więcej?
Artysta jest w doskonałej formie - tańczy, skacze. Kontakt z publicznością - jak zawsze niesamowity.
Chyba do następnego koncertu Fisha muszę przypomnieć sobie jak to jest słuchać w pionie...
poniedziałek, 30 września 2013
Riverside "Shrine of the New Genration Slaves"
Piąta płyta Riverside przynosi duże zmiany. W wywiadzie udzielonym miesięcznikowi "Teraz Rock" wokalista i basista zespołu, Mariusz Duda przyznaje, że miał dość "kwadratowych", trashmetalowych riffów i ogólnie grania "quasi-metalu". Grupie zależało na powrocie do brzmienia znanego z pierwszego albumu, "Out of Myself". Zmienił się więc sposób aranżowania i komponowania, wiele nowych utworów powstało na gitarze akustycznej, a efektem miała być po prostu muzyka rockowa. Co to znaczy dla słuchacza? Jakie dźwięki przynosi "Shrine of the New Generation Slaves"? Orzeźwiające, zadziorne i... hard-rockowe. Tak. Wiele osób mówi, że to najlepszy album Riverside. Mi dwa miesiące zajęło całkowite przekonanie się do niego. Ale i tak moim ulubionym albumem warszawskiej grupy pozostaje "Rapid Eye Movement", ze względu na bogactwo idealnych melodii i namacalnych, momentami wręcz bolesnych emocji, jakie ze sobą niesie. Emocji i na "Shrine of the..." nie brakuje.
Oprócz dźwięków zmieniła się też tematyka tekstów. Nie mówią już o wewnętrznych rozterkach, poszukiwaniach, ale o relacji człowieka ze światem zewnętrznym.
Zmianę słychać już w otwierającym album "New Generation Slave". Tu wita nas bohater nowych czasów: sfrustrowany, zmęczony, nie mający celu. I am a free man but I can't enjoy my life (...) I wonder weather all those years hadn't been a waste of time Mocny początek.
Cały album z resztą opowiada o przesuwaniu się granicy między prywatnym a publicznym, o zniewoleniu między innymi przez technologię, o niemocy, o niemożności przejęcia kontroli nad własnym życiem. Także o pracy, która jest najważniejsza - jak w "Feel like falling" (a myślałam, że to "Tomorrow Never Knows"
Album promowany jest genialnym utworem "Celebrity Touch". To ten Riverside, który kocham najbardziej - mocny, zadziorny. W tekście zespół walczy o prawo do prywatności wbrew wszechobecnemu odarciu z intymności i wystawianiu wszystkiego na widok publiczny.
Jest tu i delikatniejsze oblicze, jak na przykład w "We Got Used to Us" ze słowami: We never talk when we fall apart i echem "Conceiving You". I know we got used to new life and I don't want to be there where we are so walk away with me" - wiele się zmieniło, niekoniecznie na lepsze. Musimy powrócić do tego, co znane i bezpieczne.
Jest i porywający "The Depth of Self-Delusion". Są i zapadające w pamięć melodie, do czego zespół również zdążył nas przyzwyczaić. A najważniejszy jest tu "Escalator Shrine". Dlaczego? Posłuchajcie sami.
Bezczelnie przyzwyczaiłam się do tego, że Riverside nagrywa fantastyczne, piekielnie mocne, miażdżące albumy. I niech tak pozostanie.
Oprócz dźwięków zmieniła się też tematyka tekstów. Nie mówią już o wewnętrznych rozterkach, poszukiwaniach, ale o relacji człowieka ze światem zewnętrznym.
Zmianę słychać już w otwierającym album "New Generation Slave". Tu wita nas bohater nowych czasów: sfrustrowany, zmęczony, nie mający celu. I am a free man but I can't enjoy my life (...) I wonder weather all those years hadn't been a waste of time Mocny początek.
Cały album z resztą opowiada o przesuwaniu się granicy między prywatnym a publicznym, o zniewoleniu między innymi przez technologię, o niemocy, o niemożności przejęcia kontroli nad własnym życiem. Także o pracy, która jest najważniejsza - jak w "Feel like falling" (a myślałam, że to "Tomorrow Never Knows"
Album promowany jest genialnym utworem "Celebrity Touch". To ten Riverside, który kocham najbardziej - mocny, zadziorny. W tekście zespół walczy o prawo do prywatności wbrew wszechobecnemu odarciu z intymności i wystawianiu wszystkiego na widok publiczny.
Jest tu i delikatniejsze oblicze, jak na przykład w "We Got Used to Us" ze słowami: We never talk when we fall apart i echem "Conceiving You". I know we got used to new life and I don't want to be there where we are so walk away with me" - wiele się zmieniło, niekoniecznie na lepsze. Musimy powrócić do tego, co znane i bezpieczne.
Jest i porywający "The Depth of Self-Delusion". Są i zapadające w pamięć melodie, do czego zespół również zdążył nas przyzwyczaić. A najważniejszy jest tu "Escalator Shrine". Dlaczego? Posłuchajcie sami.
Bezczelnie przyzwyczaiłam się do tego, że Riverside nagrywa fantastyczne, piekielnie mocne, miażdżące albumy. I niech tak pozostanie.
środa, 28 sierpnia 2013
Ryba w sosie własnym
Dziś w trójkowej audycji "W Tonacji Trójki" u Piotra Kaczkowskiego miała miejsce światowa premiera trzech nowych utworów Fisha z nadchodzącej płyty "A Feast of Consequences". Światowa - tak postanowił sam Artysta. Dodatkiem do muzyki były słowa - dużo wspaniałych, mądrych słów.
Nowy album, według Artysty, miał przybrać najprostszą formę: jedynie akustyczna gitara, głos i klawisze. W tekstach nie chciał wskrzeszać przeszłości, ale nie za bardzo wiedział, o czym mają traktować. Pomogły podróże: Wietnam, Kuba, Kostaryka. Zmieniło się wiele w samym Fishu; nabrał zaufania do siebie, dobrze poczuł się ze sobą. Na dodatek rzucił palenie i alkohol, ćwiczy na siłowni...
Przejdźmy do samej muzyki.
"All Loved Up" (jeśli dobrze usłyszałam), jakże inny od tego, co znamy. ">>Incommunicado<< naszych czasów". Prześmiewczy utwór pisany z myślą o pokoleniu córki Fisha. O ludziach, którzy tylko chcą być sławni, w których nie ma nic satysfakcjonującego, uduchowionego.
"High Wood" - pierwsza część pięcioutworowej suity. O tym, że nie ma przypadków.
"Blind to the Beautiful" - "pieśń miłosna dla naszej planety". Mroczny, tak bardzo, że po nagraniu muzycy zastanawiali się, czy umieścić go na płycie. Na szczęście się tak znajdzie. Piękne świadectwo wrażliwości Artysty.
Na resztę czekam z niecierpliwością.
Nowy album, według Artysty, miał przybrać najprostszą formę: jedynie akustyczna gitara, głos i klawisze. W tekstach nie chciał wskrzeszać przeszłości, ale nie za bardzo wiedział, o czym mają traktować. Pomogły podróże: Wietnam, Kuba, Kostaryka. Zmieniło się wiele w samym Fishu; nabrał zaufania do siebie, dobrze poczuł się ze sobą. Na dodatek rzucił palenie i alkohol, ćwiczy na siłowni...
Przejdźmy do samej muzyki.
"All Loved Up" (jeśli dobrze usłyszałam), jakże inny od tego, co znamy. ">>Incommunicado<< naszych czasów". Prześmiewczy utwór pisany z myślą o pokoleniu córki Fisha. O ludziach, którzy tylko chcą być sławni, w których nie ma nic satysfakcjonującego, uduchowionego.
"High Wood" - pierwsza część pięcioutworowej suity. O tym, że nie ma przypadków.
"Blind to the Beautiful" - "pieśń miłosna dla naszej planety". Mroczny, tak bardzo, że po nagraniu muzycy zastanawiali się, czy umieścić go na płycie. Na szczęście się tak znajdzie. Piękne świadectwo wrażliwości Artysty.
Na resztę czekam z niecierpliwością.
Editors "The Weight of Your Love"
Editors to jeden z tych zespołów, który darzę bezgranicznym zaufaniem. Nie podkopał tego nawet trzeci album grupy, "In this Light and on this Evening" (musiałam sięgnąć na półkę, żeby przypomnieć sobie tytuł) pełen syntetycznych brzmień i mało zapamiętywalnych utworów.
Wszystko dlatego, że teraz Editors nagrali znakomitą płytę. Promujący album "Ton of Love" dawał nadzieję na wiele. Stadionowy refren, świetny rytm, optymistyczny wydźwięk. O całości daje nieco mylne wrażenie, ale zdecydowanie jest dobrym reprezentantem potencjału zespołu na płycie numer 4.
Po przesłuchaniu całości słychać, że Tom Smith przeszedł długą, wokalną drogę - brzmi łagodniej, choć nie wydaje się być mniej wrażliwy niż te lata temu, gdy śpiewał "Camera".
To płyta mniej chwytliwa niż "The Back Room" i "An End Has a Start", ale równie piękna. Dla przykładu - "Two Hearted Spider". Komu się nie podoba, ręka w górę. Jakoś nie mogę się zgodzić z opiniami, że to płyta mniej depresyjna niż poprzednie. Dobrze, może o ton jaśniejsza, ale poza "Ton of Love" nie ma tu jednoznacznie wesołych utworów. Cały czas słychać tu melancholię i stąpanie po linie nad ciemną stroną, tak charakterystyczne dla Editors.
"Mamy kompleks powtarzania się - i za każdym razem robimy wszystko, by zaproponować coś nowego", mówił Tom Smith w wywiadzie dla "Teraz Rocka". I to fakt - znane, sprawdzone patenty, ale w odświeżonej wersji.
Otwierające "Weight of Your Love" mocne "The Weight" i "Sugar" brzmią jak stary, dobry Editors. Mrok, uwypuklona sekcja rytmiczna, głęboki, niski głos Toma Smitha.
Pierwsze zaskoczenie pod numerem cztery. "What is this Thing Called Love" Smith skomponował dla jakiegoś niedoszłego uczestnika telewizyjnego show poszukującego talentów. Uczestnik zaginął w mroku dziejów, a sam wokalista Editors zaśpiewał tu.. falsetem. I zrobił to fantastycznie! Trudno go rozpoznać w tym utworze. Dodatkowy atut - melodia zapadająca głęboko w serce; gama emocji porusza do głębi, do tego smyczki i co wrażliwszy słuchacz leży na łopatkach.
W "Formaldehyde" muzycy nieco odstępują od ciemności kierując się ku słońcu. I ten motyw basowy, jakby grany przez Petera Hooka (skojarzenia z "What Do You Want From Me" Monaco jakby uzasadnione")!
Cały czas jednak czuję, że muzycy nie odstępują daleko od swojej muzycznej przeszłości ("Hyena", "Nothing") i grają tak, jak najpiękniej potrafią. Kim byliby Editors bez tej odrobiny mroku.
Kolejny kontrast, a jednocześnie najbardziej zapamiętywalny obok "What is this Thing Called Love" utwór na płycie, mamy pod numerem 10. "The Phone Book" w klimacie nienachalnego country przywołuje duchy amerykańskiego brzmienia. Równie dobrze mógłby zaśpiewać go Bruce Springsteen. Czy bardzo znaczący jest fakt, że "The Weight of Your Love" była nagrywana w Nashville pod okiem Jacquire'a Kinga, producenta Kings of Leon?
Na koniec zaserwowano nam "Bird of Prey" mający w sobie coś niezwykłego, co trudno ubrać w słowa. Mały punkcik mniej za nagłe, gwałtowne zakończenie. Jak to?! Tak nie można!
Zespół jakby wychodzi z mroku poszukiwań własnej drogi. Nie obraziłabym się, gdyby pozostali na ścieżce, jaką wytycza "Weight of Your Love"
Subskrybuj:
Posty (Atom)
