Album "K 2.0" to trzeci powrót Kula Shaker - zespołu, który za pomocną piosenki i teledysku "Tattva" gdzieś około 1998 roku zachwycił mnie tak, że rzuciłam wszystko i pobiegłam po debiutancki album.
Po wydaniu dwóch albumów grupa odeszła w niebyt. Siły połączyła znów w 2004 roku, a trzy lata ukazał się album "Strange Folk", który przeszedł totalnie bez echa. Rok 2010 przyniósł "Pilgrim's Progress" - płytę mocną i bardzo równą, która również - niestety - nie wzbudziła większego entuzjazmu.
Niemal sześć lat później ukazuje się "K 2.0", piata płyta w dwudziestoletniej karierze Kula Shaker.
Czy kariera to nie za duże słowo? Debiutancki "K" zrobił na świecie niesamowitą furorę. Był jednym z najszerzej rezonujących debiutów lat 90., niezwykłym powiewem świeżości w Wielkiej Brytanii a.d. 1996, gdzie jeszcze niepodzielnie rządził britpop. Bardzo wyrazista płyta, z niezapomnianymi utworami łączyła to, co najlepsze w klasycznym brytyjskim rocku i słodkiej psychodelii lat 60. z inspiracjami wschodnim mistycyzmem. Liderowi grupy, Crispianowi Millsowi, natura nie poskąpiła charyzmy. Rozsadzała go energia (teledysk do "Hush"), przepełniała duchowość. A jeśli połączymy to z talentem do pisania niezwykle chwytliwych piosenek, otrzymamy lidera doskonałego. Niektórzy mieli go za zakręconego dziwaka. Co z tego, jest niesamowity.
"K" nadal słucha się wybornie. Ten album nic a nic się nie starzeje.
Trzymam w rękach "K 2.0". Czy to "K" naszych czasów? Rzut oka na książeczkę i już wiemy, że tak. Opis "2.0" oznacza lepszą wersję oryginalnego pomysłu.
Po wysłuchaniu uważam, że bliżej mu do "Pilgrim's Progress" niż do "K". Ale przyjrzyjmy się mu z bliska.
Album zaczyna się od mantrowanego przez Crispiana Millsa "Infinite Sun". Z początku delikatny, niepozorny, przechodzi płynnie w klasyczny kulashakerowy utwór. Gitara spotyka piękną melodię i flirtuje z hinduskimi instrumentami. Co ciekawe, zarys tego utworu powstał jeszcze przed nagraniem "K". Chwyta niesamowicie. Po drugim przesłuchaniu podśpiewywanie gwarantowane.
Dalej następuje seria prostych, miłych i bezpretensjonalnych piosenek nawiązujących stylistycznie do The Beatles, hippisowskich hymnów, Boba Dylana czy britpopu.
Momentami zastanawiałam się, czy te utwory aby na pewno śpiewa Mills. Ale widać ząb czasu nadgryza także wiecznych chłopców.
Ciekawiej robi się pod koniec albumu. "Hari Bol" ma nawiązywać do "Tattvy", podejrzewam, że to, że obydwa na swoich albumach znajdują się pod numerem 9.też nie jest przypadkiem. Dzięki "Get Right Get Ready" przenosimy się do lat 70. Ten rytm! Funk w czystej postaci. I na koniec "Mountain Lifter", pięknie spinający całość.
Teksty nawiązują do życia duchowego i jego przenikania się ze współczesną materią.
Cóż... Ten album jest sponsorowany przez literkę K i liczbę 11. Brzmi znajomo. Ale w "K 2.0" nie ma świeżości "K". Ten album świata nie podbije, choć lider Kula Shaker w wywiadzie dla "XS Noise" mówił, że to album odpowiadający wymogom naszych czasów ("K", według niego, swój czas wyprzedzał). Ale nie musi. Fajnie, że jest ktoś, kto konsekwentnie trzyma się obranej przez siebie drogi. Jeśli jeszcze ktoś o Kula Shaker pamięta (a szczególnie w ich niewdzięcznej ojczyźnie), powinien sięgnąć po ten album. Szczególnie, że trzyma naprawdę równy poziom jak na album, który powstawał w biegu i zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Obejrzyjcie teledysk do "Infinite Sun". To ciągle ta sama banda niegroźnych świrów. Ale za to jak grają!
piątek, 18 marca 2016
sobota, 12 marca 2016
Jak spełniają się marzenia
W czwartek rano na facebooku zobaczyłam informację o trzech planowanych na czaerwiec koncertach Paula McCartneya w Niemczech.
O, Paul McCartney. O, Niemcy.
Fajnie.
Ale chwilunia.
Paul McCartney?! Niemcy?! Berlin blisko!
Bilety? Są.
Nagle okazało się, że marzeń nie trzeba przeliczać na pieniądze, kilometry czy język obcy.
Szybka decyzja, tym bardziej, że w 24 godziny wykupiono już dwa sektory.
Jest - zamówienie złożone, bilet ma przyjść na kilka tygodni przed koncertem. Z niecierpliwości chyba zniosę jajko.
Nie udało mi się być w Warszawie - z resztą wtedy nie marzyłam jeszcze oo zobaczeniu na żywo sir Paula.
Teraz cieszę się jak dziecko.
O, Paul McCartney. O, Niemcy.
Fajnie.
Ale chwilunia.
Paul McCartney?! Niemcy?! Berlin blisko!
Bilety? Są.
Nagle okazało się, że marzeń nie trzeba przeliczać na pieniądze, kilometry czy język obcy.
Szybka decyzja, tym bardziej, że w 24 godziny wykupiono już dwa sektory.
Jest - zamówienie złożone, bilet ma przyjść na kilka tygodni przed koncertem. Z niecierpliwości chyba zniosę jajko.
Nie udało mi się być w Warszawie - z resztą wtedy nie marzyłam jeszcze oo zobaczeniu na żywo sir Paula.
Teraz cieszę się jak dziecko.
poniedziałek, 29 lutego 2016
"Vinyl"
Martin Scorsese i Mick Jagger. Wow! Te dwa nazwiska wystarczą, żeby zelektryzować każdego fana filmu i/ lub muzyki. Bo w tym przypadku te dwa światy się pięknie zazębiają. Scorsese nakręcił dokument o Stonesach ("Rolling Stones w blasku świateł" z 2008 roku), a Jagger od lat zajmuje się także produkcją filmów.
Razem postanowili nakręcić serial ( w początkowym zamyśle Jaggera miał być to pełnometrażowy film) o świecie muzyki widzianym oczyma właściciela wytwórni płytowej. Pomysł narodził się już ponad 20 lat temu, ale rumieńców nabiera od roku 2008. Z resztą, pomysł miał swoje ugruntowanie w twardej rzeczywistości, bo oparty był na 40-letniej jeździe bez trzymanki lidera The Rolling Stones. No i kto wie więcej o rock and rollu niż sam Mick Jagger?
Głównym bohaterem jest tu muzyka. Tytułowy winyl, główny wtedy (a rzecz dzieje się w 1973 roku) nośnik dźwięków. Nagrywane samodzielnie kasety młodych zespołów. Koncerty, które energią roznosiły na strzępy. Zaraz obok - to, co z muzyką było od zawsze związane: blichtr, sława i niesława, seks, odmienne stany świadomości. Trzeba było dużo samozaparcia, żeby pozostać w pionie.
Muzycznie czasy były bardzo ciekawe: epoka Woodstock tliła się na zgliszczach, hulał glam, hard rock, powoli rodził się hip hop, punk i disco. Jesteśmy o krok od debiutujących nowojorskich kamieni milowych: Patti Smith i The Ramones. To czasy, kiedy żony poznawało się na przyjęciach u Andy'ego Warhola.
Według słów głównego ludzkiego bohatera serialu, Richiego Finestry "muzyka ma być prawdziwa, surowa, jak wtedy, gdy byłeś nastolatkiem". I tak jest wtedy.
Pierwszy odcinek (pierwszy sezon będzie miał ich dziesięć) przedstawia pięć dni z burzliwego życia wyżej wspomnianego Richiego Finestry, szefa American Century Records. Richie jest trochę zblazowany, trochę znudzony i bardzo zrezygnowany. Chciałby uciec, ale za bardzo nie ma dokąd. Dla rodziny wyrzekł się rock'n'rollowego etosu, któremu niegdyś hołdował. A teraz nadszedł dla niego czas decyzji, trzeba wybrać drogę. Finestra i jego współpracownicy postanawiają sprzedać wytwórnię. Analogicznie - mniej więcej w tym samym czasie, w realnym świecie, wytwórnia Atlantic (która w "Vinylu" podkupiła American Century Records Led Zeppelin) została sprzedana Warner Bros. Richie, dzięki nieoczekiwanemu splotowi wydarzeń trafia na koncert New York Dolls i czuje. A o to także chodzi w rock and rollu. Jego świat chwieje się w posadach - dosłownie i w przenośni.
To, co dzieje się wokół American Century Records to z pozoru idealny świat. Ale pod powierzchnią rządzą pieniądze, korupcja, przemoc,sympatie i antypatie. Sama muzyka i jej głód zdają się schodzić na dalszy plan. Narkotyki są chlebem powszednim. Trzeba utrzymywać przyjaźnie z ludźmi, których wcale nie chcielibyśmy znać. Żeby wyszukiwać zespoły, z którymi można podpisać kontrakt nie wystarczą jedynie umiejętności biznesowe, tu trzeba intuicji. Takową posiada Jamie, "dziewczyna od kanapek".
Trzecim bohaterem jest miasto, w którym dzieje się akcja serialu - Nowy Jork. Wtedy to było zupełnie inne miasto, niż jest teraz. Wrzało, ale jego puls nie był jeszcze wtedy regularny. Scorsese powiedział kiedyś: "Wielkie rzeczy nie dzieją się w przytulnym środowisku wypełnionym przez ustatkowanych ludzi". Doskonale pisała też o tym Patti Smith w "Poniedziałkowych dzieciach". Terence Winter, współautor scenariusza, dorastał na Brooklynie, Martin Scorsese - w Little Italy. Po raz kolejny - temat znają od podszewki.
I na koniec o wschodzącej gwieździe. Wokalistę zespołu Nasty Bits gra James Jagger. Tak, z tych Jaggerów. I ma teraz tyle lat, ile jego ojciec miał w 1973 roku. Co więcej, gra w punkowej kapeli Turbogeist, która co prawda na czas rozwijania przez jej lidera kariery aktorskiej zrobiła sobie przerwę, ale zgodził się pożyczyć swoje piosenki. Młody Jagger dopasował je do serialu with a little help from his friends, ekhm, father..
Mick Jagger jest gwarantem treści. Scorsese - gwarantem jakości. Terence Winter - gwarantem sprawnie opowiedzianej historii. Do tego grająca Jamie Juno Temple, córka Juliana Temple, który nakręcił między innymi "Sex Pistols: Wściekłość i brud". Czy trzeba wymieniać dalej?
Podkręćcie wąsa i nastawcie kołnierzyki. Będzie głośno.
Zdjęcie: billboard.com
czwartek, 7 sierpnia 2014
Love, Marianne
Marianne Faithfull powraca. Następcą wydanego trzy lata temu albumu "Horses and High Heels" będzie album "Give my Love to London". Premiera planowana jest na 29. września. Wokalistka rusza w trasę koncertową, będzie ona celebracją 50-lecia obecności na scenie. Towarzyszyć jej będą muzycy znani z Portishead i Bad Seeds. Szkoda, że artystka ominie Polskę.
"Give my Love to London"... Czyżby hołd złożony miastu, w którym przyszła na świat, które dało jej szaleństwa młodości, miłość, które potem odebrało jej spokój i którego najciemniejsze zakątki poznała?
Sama płyta zapowiada się znakomicie: muzykę dla Faithfull napisali między innymi Anna Calvi, Nick Cave czy Roger Waters. Ten ostatni napisał "Sparrows Will Sing", piosenkę promującą "Give my Love to London". Ciągle jest moim wielkim przyjacielem, a był jednym z najważniejszych w latach 60.(...) Nadal spotykamy się, znam jego dzieci (...), mówiła w 2002 roku o Watersie Marianne w rozmowie z Piotrem Kaczkowskim ("42 rozmowy", 2004 r., str.364). Przyjaźń trwa nadal...
Trudny to utwór, trochę mroczny. A child breaks the ice, appears into the hidden depth... Lata mijają, a Marianne nadal dysponuje niepowtarzalnym głosem.
Tu można posłuchać nowego utworu Faithfull: https://www.youtube.com/watch?v=jE9I4lVpE64
A tu najwspanialszy, moim zdaniem, utwór zaśpiewany przez artystkę - "Crazy Love", autorstwa Nicka Cave'a, z płtyt "Before the Poison" z 2005 roku: https://www.youtube.com/watch?v=pisIqsHwbTY
Na końcu wspomnianej rozmowy z Piotrem Kaczkowskim padają bardzo ważne słowa:
Bo gdyby nie marzenia, to czym by ono [życie] było. Życie jest jak zły dowcip, naprawdę. Kiedy zaczynasz je rozumieć, smakować, wtedy ci je odbierają. To prawda, że młodość marnujesz za młodu, a gdy nauczysz się wreszcie żyć, wtedy jest już po wszystkim.
"Give my Love to London"... Czyżby hołd złożony miastu, w którym przyszła na świat, które dało jej szaleństwa młodości, miłość, które potem odebrało jej spokój i którego najciemniejsze zakątki poznała?
Sama płyta zapowiada się znakomicie: muzykę dla Faithfull napisali między innymi Anna Calvi, Nick Cave czy Roger Waters. Ten ostatni napisał "Sparrows Will Sing", piosenkę promującą "Give my Love to London". Ciągle jest moim wielkim przyjacielem, a był jednym z najważniejszych w latach 60.(...) Nadal spotykamy się, znam jego dzieci (...), mówiła w 2002 roku o Watersie Marianne w rozmowie z Piotrem Kaczkowskim ("42 rozmowy", 2004 r., str.364). Przyjaźń trwa nadal...
Trudny to utwór, trochę mroczny. A child breaks the ice, appears into the hidden depth... Lata mijają, a Marianne nadal dysponuje niepowtarzalnym głosem.
Tu można posłuchać nowego utworu Faithfull: https://www.youtube.com/watch?v=jE9I4lVpE64
A tu najwspanialszy, moim zdaniem, utwór zaśpiewany przez artystkę - "Crazy Love", autorstwa Nicka Cave'a, z płtyt "Before the Poison" z 2005 roku: https://www.youtube.com/watch?v=pisIqsHwbTY
Na końcu wspomnianej rozmowy z Piotrem Kaczkowskim padają bardzo ważne słowa:
Bo gdyby nie marzenia, to czym by ono [życie] było. Życie jest jak zły dowcip, naprawdę. Kiedy zaczynasz je rozumieć, smakować, wtedy ci je odbierają. To prawda, że młodość marnujesz za młodu, a gdy nauczysz się wreszcie żyć, wtedy jest już po wszystkim.
środa, 23 lipca 2014
"Jeśli nie ma miłości, to po co żyć?"

"To książka o miłości - o jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności - tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić."
To książka o dwóch śmierciach - zapowiedzianej, oczekiwanej oraz nagłej i niespodziewanej.
"Beksińscy. Portret podwójny" Magdaleny Grzebałkowskiej.
Z nich dwóch bardziej interesował mnie Tomasz. Z racji wieku nie załapałam się na jego audycje muzyczne w "Trójce". Pamiętam kilka jego felietonów czytanych w tamtym czasie w "Tylko Rocku". Pamiętam też wigilijny poranek w 1999 roku. Przez okno kuchni babci, w Puławach, obserwowałam padający śnieg i wypatrywałam przyjazdu rodziny. Obok mnie stał odbiornik radiowy, który zawsze po moim przyjeździe był przestawiany z "Jedynki" na "Trójkę". Piotr Stelmach podał wiadomość, że Tomasza Beksińskiego już nie ma.
Potem były audycje powtórkowe, poświęcone mu strony internetowe i dwie ważne dla mnie osoby poznane dzięki nim, jego filmy, jego muzyka. Jego legenda.
I ja w tej legendzie platonicznie zakochana. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, ze ulegam pięknemu złudzeniu. Większość jego słuchaczy już z tego złudzenia była wyleczona. Niektórzy do końca nie chcieli uwierzyć, że to gra i teatr wyobraźni. "Durni słuchacze" chcieli identyfikować się z nim, z jego doświadczeniami. Jakby nie wiedzieli, że pod płaszczem wampira kryje się zwykły śmiertelnik w dresie i koszulce z Tomem i Jerrym. Prawda jak zwykle okazała się być bardziej skomplikowana, a twarz wampira była tylko jedną z wielu. Choć jak wampir tragiczny, żywy po śmierci, tęskniący za tym, co miał za życia. Piotr Stelmach w filmie promującym książkę Grzebałkowskiej mówi, że Beksiński był krzyżówką zbudowaną z wielu haseł, a rozwiązanie zapewne znał tylko on sam.
A jeśli Beksiński na drugie imię miał Nosferatu, to nazwiska mogłyby brzmieć Jekyll i Hyde.
Tak jak Zdzisław przelewał na obrazy swoje lęki i niepokoje, tak eter i felietony do pewnego stopnia odzwierciedlały świat Tomasza.
Jest jeszcze Zofia, cicha bohaterka tej opowieści. Kochana i poniżana. Mam wrażenie, że gdyby nie ona, świat Beksińskich runąłby jak domek z kart.
Dawno żadna książka nie wciągnęła mnie tak mocno. Nigdy nie czułam się osierocona przez książkę.
poniedziałek, 21 lipca 2014
"World peace is none of your business..."
"...so would you kindly keep your nose out?", śpiewa Morrissey na swojej nowej, dopiero co wydanej płycie.
Historia powiązań muzyki i polityki jest długa, jednak ostatnio muzyka z głównego nurtu zasznurowała sobie usta.
Wyłomu dokonał Eddie Vedder, wokalista Pearl Jam. Na koncercie w Milton Keynes pod Londynem wyraził swoje antywojenne poglądy. Media, szczególnie w Izraelu, odebrały jego słowa jako skierowane przeciw temu krajowi. Vedder został nazwany antysemitą.
"Czekają, by przekroczyć granicę i zabrać komuś ziemię, która nie należy do nich", mówił ze sceny wokalista, "Nie chcemy dawać im naszych podatków, żeby zrzucali bomby na dzieci".
Słowa te były sprzeciwem wobec jakiejkolwiek wojny, nie tylko tej izraelsko-palestyńskiej.
W odpowiedzi na zarzuty mediów, Eddie Vedder na oficjalnej stronie Pearl Jam zamieścił manifest swoich antywojennych poglądów o znaczącym tytule nawiązującym do piosenki Johna Lennona - "Imagine - I'm still anti-war". Pisał między innymi: "Poziom smutku staje się nie do zniesienia, gdy wiemy, że na świecie toczy się tuzin konfliktów, gdy słyszymy coraz okropniejsze historie. Co stanie się z naszą planetą, kiedy smutek przerodzi się w apatię? Czujemy się bezradni, odwracamy głowy. (...) Nazwijcie mnie naiwnym. Wolę być naiwnym, szczerym i pełnym nadziei niż powiedzieć, że zrezygnowałem z obawy przed błędną interpretacją i zemstą. Wojna to ból. Nieważne, po której ze stron spadają bomby.".
18. lipca Eddie Vedder zagrał solowy koncert w portugalskiej Sesimbrze. Zaśpiewał "Imagine" Lennona oraz nawiązał do zamieszania, jakie wywołał: "Czasami ludzie źle cię rozumieją. Ale jeśli nie mówisz otwarcie, nie dowiesz się tego. Jeśli komuś się to nie spodoba, to znaczy, że ma to jakieś znaczenie. (...) Jeśli jesteś przeciw wojnie to nie znaczy, ze opowiadasz się za jedną lub drugą stroną konfliktu".
Wokalistę Pearl Jam na swoim blogu (www.kristnovoselic.blogspot.co.uk) poparł Krist Novoselic, basista Nirvany, a teraz także aktywista polityczny. "Nasz świat jest skomunikowany jak nigdy przedtem. Ludzie ze wszystkich zakątków świata współdzielą kulturę i handel za pomocą kliknięć myszki. W kontrze do tego wielkiego zbliżenia ludzkości, Izrael zbudował wysokie betonowe mury, a Palestyńczycy odpalają rakiety ponad nim (...) To nie wokalistę zespołu rockowego należy krytykować, ale półgłówków, którzy są po obydwu stronach", pisze. "Dziękuję, że podzieliłeś się swoimi odczuciami. Jestem z tobą, przyjacielu!"
Kolejnym muzykiem, który otwarcie wypowiada się na temat konfliktu na linii Izrael-Palestyna, jest wokalista Marillion, Steve Hogarth. Na swoim profilu facebookowym zamieścił prośbę o przeczytanie relacji kobiety, matki dwóch synów, mieszkanki Gazy. Przejmująco brzmią jej słowa: "Cały świat milczy".
Warto przypomnieć sobie utwór otwierający ostatni album Marillion, "Sounds that Can't Be Made" - "Gaza". To opowieść o strachu, marzeniach, codziennym życiu jej mieszkańców.
W chwilach, kiedy świat zawodzi, warto wsłuchać się w inne głosy: "Each time you vote, you support the process"
Historia powiązań muzyki i polityki jest długa, jednak ostatnio muzyka z głównego nurtu zasznurowała sobie usta.
Wyłomu dokonał Eddie Vedder, wokalista Pearl Jam. Na koncercie w Milton Keynes pod Londynem wyraził swoje antywojenne poglądy. Media, szczególnie w Izraelu, odebrały jego słowa jako skierowane przeciw temu krajowi. Vedder został nazwany antysemitą.
"Czekają, by przekroczyć granicę i zabrać komuś ziemię, która nie należy do nich", mówił ze sceny wokalista, "Nie chcemy dawać im naszych podatków, żeby zrzucali bomby na dzieci".
Słowa te były sprzeciwem wobec jakiejkolwiek wojny, nie tylko tej izraelsko-palestyńskiej.
W odpowiedzi na zarzuty mediów, Eddie Vedder na oficjalnej stronie Pearl Jam zamieścił manifest swoich antywojennych poglądów o znaczącym tytule nawiązującym do piosenki Johna Lennona - "Imagine - I'm still anti-war". Pisał między innymi: "Poziom smutku staje się nie do zniesienia, gdy wiemy, że na świecie toczy się tuzin konfliktów, gdy słyszymy coraz okropniejsze historie. Co stanie się z naszą planetą, kiedy smutek przerodzi się w apatię? Czujemy się bezradni, odwracamy głowy. (...) Nazwijcie mnie naiwnym. Wolę być naiwnym, szczerym i pełnym nadziei niż powiedzieć, że zrezygnowałem z obawy przed błędną interpretacją i zemstą. Wojna to ból. Nieważne, po której ze stron spadają bomby.".
18. lipca Eddie Vedder zagrał solowy koncert w portugalskiej Sesimbrze. Zaśpiewał "Imagine" Lennona oraz nawiązał do zamieszania, jakie wywołał: "Czasami ludzie źle cię rozumieją. Ale jeśli nie mówisz otwarcie, nie dowiesz się tego. Jeśli komuś się to nie spodoba, to znaczy, że ma to jakieś znaczenie. (...) Jeśli jesteś przeciw wojnie to nie znaczy, ze opowiadasz się za jedną lub drugą stroną konfliktu".
Wokalistę Pearl Jam na swoim blogu (www.kristnovoselic.blogspot.co.uk) poparł Krist Novoselic, basista Nirvany, a teraz także aktywista polityczny. "Nasz świat jest skomunikowany jak nigdy przedtem. Ludzie ze wszystkich zakątków świata współdzielą kulturę i handel za pomocą kliknięć myszki. W kontrze do tego wielkiego zbliżenia ludzkości, Izrael zbudował wysokie betonowe mury, a Palestyńczycy odpalają rakiety ponad nim (...) To nie wokalistę zespołu rockowego należy krytykować, ale półgłówków, którzy są po obydwu stronach", pisze. "Dziękuję, że podzieliłeś się swoimi odczuciami. Jestem z tobą, przyjacielu!"
Kolejnym muzykiem, który otwarcie wypowiada się na temat konfliktu na linii Izrael-Palestyna, jest wokalista Marillion, Steve Hogarth. Na swoim profilu facebookowym zamieścił prośbę o przeczytanie relacji kobiety, matki dwóch synów, mieszkanki Gazy. Przejmująco brzmią jej słowa: "Cały świat milczy".
Warto przypomnieć sobie utwór otwierający ostatni album Marillion, "Sounds that Can't Be Made" - "Gaza". To opowieść o strachu, marzeniach, codziennym życiu jej mieszkańców.
W chwilach, kiedy świat zawodzi, warto wsłuchać się w inne głosy: "Each time you vote, you support the process"
sobota, 5 kwietnia 2014
20 lat
Był 2.listopada 1998 roku. W moim dzienniku zaroiło się od zdjęć Kurta Cobaina i Nirvany oraz od dość infantylnych westchnień, które czytane dziś budzą niemałe zażenowanie. Wtedy pierwszy raz słuchałam "Unplugged in New York" Nirvany. Moje 13-letnie ja uległo i nawróciło się na jedyną słuszną religię, czyli rock and roll. To był najmocniejszy muzyczny przewrót w moim życiu - przestałam słuchać komercyjnego popu.
Dziś mija 20 lat od samobójczej śmierci lidera Nirvany, Kurta Cobaina. Radio grało odpowiednią ścieżkę dźwiękową, a dziennikarze wspominali ten moment, gdy dowiedzieli się, że to, czego można było się spodziewać, nastąpiło. Z oczywistych powodów nie mogłam tego pamiętać. Pamiętam jednak, że od chwili, gdy usłyszałam cały album Nirvany, Jego głos stał się moim głosem. Po "Unplugged..." przyszły kolejne płyty, odkrywałam kolejne nieznane mi zespoły. Wraz z kolejnymi miesiącami muzyka Cobaina oddalała się, coraz bliższy stawał się on sam. Niepozorny facet z małego miasta, dla którego główną wartością była autentyczność - idealny materiał na duchowego kumpla każdego nastolatka. Na ile po latach żyje muzyka, jaką stworzył Kurt, a na ile ten mit? Widzę, że sama byłam tą, która od muzyki woli autora. Z biegiem czasu bardziej niż Nirvanę zaczęłam cenić Soundgarden, a od słuchania "Intesticide" wolałam czytać "Pod ciężarem nieba".
Ponad dwie dekady minęły od czasu ostatniej wielkiej (naprawdę wielkiej) muzycznej rewolucji, kolejni prorocy okazali się być fałszywymi. Świat czeka. Świat tęskni.
PS. Dziś też minęło 12 lat od śmierci Layne'a Stayleya, wokalisty Alice in Chains. Szkoda, że o tym "wydarzeniu" mało kto pamięta.
Dziś mija 20 lat od samobójczej śmierci lidera Nirvany, Kurta Cobaina. Radio grało odpowiednią ścieżkę dźwiękową, a dziennikarze wspominali ten moment, gdy dowiedzieli się, że to, czego można było się spodziewać, nastąpiło. Z oczywistych powodów nie mogłam tego pamiętać. Pamiętam jednak, że od chwili, gdy usłyszałam cały album Nirvany, Jego głos stał się moim głosem. Po "Unplugged..." przyszły kolejne płyty, odkrywałam kolejne nieznane mi zespoły. Wraz z kolejnymi miesiącami muzyka Cobaina oddalała się, coraz bliższy stawał się on sam. Niepozorny facet z małego miasta, dla którego główną wartością była autentyczność - idealny materiał na duchowego kumpla każdego nastolatka. Na ile po latach żyje muzyka, jaką stworzył Kurt, a na ile ten mit? Widzę, że sama byłam tą, która od muzyki woli autora. Z biegiem czasu bardziej niż Nirvanę zaczęłam cenić Soundgarden, a od słuchania "Intesticide" wolałam czytać "Pod ciężarem nieba".
Ponad dwie dekady minęły od czasu ostatniej wielkiej (naprawdę wielkiej) muzycznej rewolucji, kolejni prorocy okazali się być fałszywymi. Świat czeka. Świat tęskni.
PS. Dziś też minęło 12 lat od śmierci Layne'a Stayleya, wokalisty Alice in Chains. Szkoda, że o tym "wydarzeniu" mało kto pamięta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

