Już niemal trzy tygodnie temu w Krakowie odbył się Coke Live Music Festival. Jedną z gwiazd był zespół Placebo. I cóż się porobiło, że na plakatach, które jak na złość wciąż wiszą niezalepione, jako główna atrakcja festiwalu przestawiona jest grupa The Killers? Czy to indie-hipsterski chwyt marketingowy? No dobrze... Nie wiem, ile koncie płyt maja Killersi (choć mam na półce "Day & Age" - dostałam na urodziny trzy lata temu), ale nie wydaje mi się, aby sukces takiego utworu jak "Sombeody Told Me" przyćmiewał wszystkie hity Placebo. No dobrze, dobrze... Nie byłam na dwóch ostatnich koncertach zespołu na P. w Polsce, na tym również nie, i nie wiem do końca, co się dzieje w ich obozie. Wiem, że od czasów "Meds" (6 lat!) nie porywają mnie. Jeśli wracam do tej płyty to po to, by posłuchać "Pierrot the Clown" czy rewelacyjnego duetu z Michaelem Stipem, "Broken Promise". Jeśli wracam do ostatniej płyty, "Battle for the Sun" to w zasadzie tylko do beatelsowskiego "Kings of Medicine". Jakoś wciąż nie moge przekonać się do tej płyty. Wiem, czasy się zmieniają, a i Brian Molko tez nie ten sam. Już nie jest tym samym pokręconym gościem w malej czarnej i o śliwkowych powiekach. To już w sumie dojrzały, stateczny pan. Tylko Stefan nic się nie zmienia.
8. sierpnia widziałam koncert Placebo na Sziget Festival (ha! oczywiście transmisję internetową tegoż). Cóż. Głos nie ten sam. Większość utworów opatulona elektroniką. Wstyd, ale większości nie poznałam po pierwszych taktach. I ręka do góry komu podobało się "Running up that Hill"? Stefan zapuścił brodę, a Brian znów zmienił fryzurę. Fajnie za perkusją odnalazł się Steve Forrest - świeże powietrze i młodzieńcza energia jednak dobrze robią. Proporcje orientacji seksualnych nadal w normie.
Wśród dobrze znanych utworów pojawił się nowy - "Be Free". I refuse to remain in regret, passion flower, higher power itd. Czy mi się podoba za wcześnie jeszcze stwierdzać.
Wróciły sentymenty w tę gorąca sierpniową noc. Znów z niecierpliwością wypatrywać będę nowości w obozie zespołu na P. Stara miłość nie rdzewieje. Może kolejny koncert nie obędzie się beze mnie.
Ależ oczywiście, można sobie obejrzeć koncert z Coke Live Music Festivalu (cały!) na wiadomym kanale, co niniejszym czynię. Czy to Elvis? Ten facet był chodzącą autodestrukcją? Granie sprawia im wciąż wiele frajdy i to widać. Zaczęli od "Kitty Litter", potem "Battle for the Sun" (fani jak zwykle niezawodni). Potem stare kotlety i najbardziej znany utwór Placebo (tak mi się wydaje) - "Every Me, Every You". Po tylu, tylu (czternastu!) latach niezbyt przekonująco brzmią słowa sucker love I always find, someone to bruise and leave behind; jakbym słyszała dwie różne osoby. "Speak in Tongues" zagrali rewelacyjnie! We can built a new tomorrow today brzmi już znacznie lepiej w TYCH ustach. W końcu już oboje nie nosimy koszulki z Myszką Miki. I znaów good, old times, czyli "Black Eyed". Tak, to o nas. "Special needs" też. Kiedy ta piosenka wychodziła na światło dzienne byłam prawie just nineteen... "For What It's Worth" okazuje się być killerem koncertowym! A zaraz potem uspokojenie dzięki "I Know". Stefan, wracaj na scenę! "Tenneage Angst" podane w marszowym rytmie i z folkowymi skrzypcami? Rrrrety. Zbyt dużo jak dla mnie. Proste, melodyjne "Song to Say Goodbye" brzmi znacznie lepiej. Na pierwszy bis obowiązkowo "Running Up That Hill". "Be Free" i "Infra Red", i to już naprawdę koniec.
Kolejny koncert na pewno nie obędzie się beze mnie.
czwartek, 30 sierpnia 2012
środa, 8 sierpnia 2012
Kto uwierzy...
Kto mi uwierzy, że gdy miałam 15 czy 16 lat, moim ulubionym utworem przez długie miesiące był "Heart of Storm" Lost Horizon? Proszę: http://www.youtube.com/watch?v=-Gpjy6Pt6ng Obrazek już mówi wiele,a konia z rzędem temu, kto wytrzyma do końca. Znałam kiedyś osobnika płci przeciwnej, który całymi dniami słuchał (i pewnie nadal słucha) tym podobnych dźwięków, a także tych dla mnie nie do wytrzymania. Na szczęście po jakimś czasie mi przeszło. Nutka wzruszenia z nutką zażenowania. Słuchałam dziś Lost Horizon pierwszy raz po latach - i, wow, wciąż pamiętam cały tekst. Herbata miłorzębowa jednak działa.
wtorek, 7 sierpnia 2012
I... wszyscy razem
Godsmack czy Arctic Monkeys? Która wersja beatelsowskiego "Come Togheter" podoba mi się bardziej? Hm, nie wiem. Wersja Arctic Monkeys brzmi oldschoolowo, a Godsmack...cóż, so american. Jednak Sully Erna jest nie do podrobienia, a Alexa Turnera za nic bym nie poznała po głosie. No ale takie młode zespoły to troszkę nie moja działka. I wczoraj, kiedy "Come Together" w wersji brytyjskiej było w "Trójce" piosenką dnia, myślałam, że wcale mi się nie podoba. Ale zyskuje z każdym przesłuchaniem.
Jest jeszcze wersja Aerosmith z 1978 roku, którą chcieli przebić Godsmack (jak mówi Shannon Larkin, perkusista zespołu z Bostonu w wywiadzie dla najnowszego "Teraz Rocka"). W porównaniu z powyższymi wydaje się... nudna. Nie wnosi nic i chyba przez to jest najbliższa oryginałowi.
Wysypało Beatlesami. John Lennon wiecznie żywy. Ciekawe, co on na to?
Jest jeszcze wersja Aerosmith z 1978 roku, którą chcieli przebić Godsmack (jak mówi Shannon Larkin, perkusista zespołu z Bostonu w wywiadzie dla najnowszego "Teraz Rocka"). W porównaniu z powyższymi wydaje się... nudna. Nie wnosi nic i chyba przez to jest najbliższa oryginałowi.
Wysypało Beatlesami. John Lennon wiecznie żywy. Ciekawe, co on na to?
środa, 1 sierpnia 2012
Monsieur Provocateur
Mając do wyboru dwie książki, znalezione w bibliotece tego samego dnia, grzecznie stojące obok siebie w dziale "nowości", jako pierwszą przeczytałam tę mniej oczywistą. A była to biografia Serge'a Gainsbourga pióra Sylvie Simmons.
Dziwne, że ukazała się w Polsce dopiero w tym roku, bo została napisana ponad dziesięć lat temu.
OK, przyznaję, o Gainsbourgu wiem tyle, ile przeczytałam przy okazji tekstów o Jane Birkin, Charlotte Gainsbourg czy innych wykonawców śpiewających jego piosenki. Wiem, że "Je t'aime... moi non plus", że skandal, że Brigitte Bardot, że kult w ojczyźnie, że uroczy brzydal.
Na kilka miesięcy przed książką obejrzałam film, który przybliżył mi postać Pana Degenerata: "Gainsbourg" Joanna Sfara z 2010 roku. Porywający, klimatyczny, wszech ogarniający. No i Leatitia Casta już chyba zawsze będzie kojarzyć mi się z Brigitte Bardot niż ona sama.
Książka opiera się z wiadomych względów na wspomnieniach, głównie Jane Birkin, ale też na wypowiedziach muzyków, dla których Serge otworzył muzyczne drzwi. Jednak mając porównanie z kopalnią faktów i cytatów, jaką była biografia Johna Lennona, mam wrażenie, że biografia Gainsbourga ślizga się po powierzchni. Ot, Serge nagrał płytę, napisał coś dla Jane, urodziło mu się dziecko. Podejrzewam jednak, że ma to jakiś związek z dostępnością do źródeł. Chyba nie ma na świecie tylu Sergologów co Lennonologów. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czyta się jak świetną, trzymającą w napięciu powieść. I że pewnie tyle wystarczy przeciętnemu słuchaczowi muzyki, który zna Serge'a, tak jak ja, z "Je t'aime..." i "Ballade de Melody Nelson". I tym, którzy chcą się dowiedzieć, co wspólnego ma Gainsbourg z Salvadorem Dali.
Kolejny artysta, który, choć niepewny siebie, rzucił na kolana tłumy. Zastanawiający fakt...
Słucham teraz jego piosenek. Z Jane, z Brigitte, solo. Czytam, że jest ikoną. A jednak ta przeklęta bariera języka dzieli nas. I nie do końca rozumiem, co chciał przekazać. Mogę tylko powiedzieć, że ładne, wpadające w ucho. Cudne mruczanki. Po francusku nawet ten, kto nie potrafi śpiewać brzmi tak, jakby potrafił.
Teraz pewnie siedzi sobie z Borisem Vianem, Jimem Morissonem i Lucy Gordon. Piją, palą i przeżywają drugą młodość. Dobrze się bawią, bo o to w końcu chodzi.
wtorek, 31 lipca 2012
Londyn 1969 a sprawa polska
Fragment wywiadu z Katarzyną Gaertner (chyba nie trzeba pisać kto to, hm?)z ostatniego (3/2012) numeru "Wysokich Obcasów extra":
(...) Byłam zafascynowana Beatlesami, mieli niesamowite instrumentalne wstawki w utworach, pięć minut solówy na jednym akordzie. Udało mi się ich poznać, bo British Council wysłało mnie na stypendium do Londynu, do słynnego studia Abbey Road, gdzie nagrywali Beatlesi.
W pożarze domu spłonęły rysunki z dedykacjami Lennona i Yoko Ono.
- To największa strata. Namalowali mi swoje portrety. Lennon swój i Yoko swój. I to na okładce płyty z moją muzyką. Ocalał fragment krążka i fragment zdjęcia Czerowno-Czarnych, bo to oni na niej grali.
Jak pani poznała Beatlesów
- W 1969 r. byłam w grupie stypendystów zapraszanych na zamknięte koncerty, gdzie grali rzeczy które tworzyli na gorąco. To była ostatnia faza istnienia The Beatles, niekończące się sesje w studiu. Z dwu-, trzygodzinnych improwizacji wyłaniały sie motywy piosenek, na których budowali utwór. Dudniło tak, że serce właziło w plecy. Dla mnie to była podstawa do zrozumienia zasady komponowania, do zrozumienia istoty muzyki. Gdy usłyszałam Beatlesów, jazz rzuciłam w kąt. Nic już innego nie chciałam, tylko robić taka muzykę.
Lubili mnie tam. Zobaczyli dziewczynę z kraju białych niedźwiedzi, która kładzie im na stół płytę z mszą bitową. Dostałam się do Virgin Records, zabierali mnie na sesje. John Peel, legendarny radiowiec, przedstawił mnie Beatlesom.
(...) Byłam zafascynowana Beatlesami, mieli niesamowite instrumentalne wstawki w utworach, pięć minut solówy na jednym akordzie. Udało mi się ich poznać, bo British Council wysłało mnie na stypendium do Londynu, do słynnego studia Abbey Road, gdzie nagrywali Beatlesi.
W pożarze domu spłonęły rysunki z dedykacjami Lennona i Yoko Ono.
- To największa strata. Namalowali mi swoje portrety. Lennon swój i Yoko swój. I to na okładce płyty z moją muzyką. Ocalał fragment krążka i fragment zdjęcia Czerowno-Czarnych, bo to oni na niej grali.
Jak pani poznała Beatlesów
- W 1969 r. byłam w grupie stypendystów zapraszanych na zamknięte koncerty, gdzie grali rzeczy które tworzyli na gorąco. To była ostatnia faza istnienia The Beatles, niekończące się sesje w studiu. Z dwu-, trzygodzinnych improwizacji wyłaniały sie motywy piosenek, na których budowali utwór. Dudniło tak, że serce właziło w plecy. Dla mnie to była podstawa do zrozumienia zasady komponowania, do zrozumienia istoty muzyki. Gdy usłyszałam Beatlesów, jazz rzuciłam w kąt. Nic już innego nie chciałam, tylko robić taka muzykę.
Lubili mnie tam. Zobaczyli dziewczynę z kraju białych niedźwiedzi, która kładzie im na stół płytę z mszą bitową. Dostałam się do Virgin Records, zabierali mnie na sesje. John Peel, legendarny radiowiec, przedstawił mnie Beatlesom.
poniedziałek, 30 lipca 2012
Siła i moc
"Power" nosi tytuł nowy utwór Marillion zwiastujący album "Sounds Thqt Can't Be Made".
Nie spodziewam się już niczego wielkiego po tym zespole. Wiem, że brzmi to dość dziwnie, szczególnie w kontekście tego, że kilka razy pisałam o moim uwielbieniu dla nich. Oczekuję dobrej roboty, pięknej muzyki, porywających melodii, a nie wymyślania prochu i kombinacji. I nie zawiodłam się i tym razem. Posłuchajcie gitary Steve'a Rothery pod sam koniec!
Pięknie ten utwór zwiastuje nową płytę. A i znając dyskografię Marillion spodziewam się, że będą na niej jakieś niespodzianki, a utwór singlowy nie do końca oddaje atmosferę całego krążka.
Pięknie też zapowiada się koncert we Wrocławiu - już za 118 dni!
Nie spodziewam się już niczego wielkiego po tym zespole. Wiem, że brzmi to dość dziwnie, szczególnie w kontekście tego, że kilka razy pisałam o moim uwielbieniu dla nich. Oczekuję dobrej roboty, pięknej muzyki, porywających melodii, a nie wymyślania prochu i kombinacji. I nie zawiodłam się i tym razem. Posłuchajcie gitary Steve'a Rothery pod sam koniec!
Pięknie ten utwór zwiastuje nową płytę. A i znając dyskografię Marillion spodziewam się, że będą na niej jakieś niespodzianki, a utwór singlowy nie do końca oddaje atmosferę całego krążka.
Pięknie też zapowiada się koncert we Wrocławiu - już za 118 dni!
wtorek, 24 lipca 2012
A gdybyś...
Wszyscy znają "Et si tu n'existais pas", choć niektórzy nie wiedzą, że "tak to się pisze". Niektórzy nie mają pojęcia "kto to śpiewa". Joe Dassin, ostatnio też na naszym podwórku - Acid Drinkers. Wszystkim (chyba) utwór się podoba, ale że jest po francusku prawie nikt nie wie, o czym piosenka traktuje. Znalazłam przypadkiem w internecie tłumaczenie, na ile dokładne - nie jestem w stanie zweryfikować. Ale wierzę w autora, wierzę, co potwierdza teorię, że wszystko, co po francusku jest mmmmmmmmmm. Coraz mniej takich słów. Gdy ich zabraknie świat chyba przestanie istnieć.
A gdybyś nie istniała
Powiedz mi, po co miałbym żyć
By włóczyć się po świecie bez ciebie
Bez nadziei i bez żalu
Spróbowałbym wymyślić miłość
Jak malarz, który widzi swoimi palcami
Rodzące się kolory dnia
I który nie może wyjść ze zdumienia
Przypadkowe kobiety zasypiające w moich ramionach
Których bym nigdy nie pokochał
Byłbym tylko dodatkowym punktem
W tym świecie, który przychodzi i odchodzi
Czułbym się zagubiony
Potrzebowałabym cię
Mógłbym udawać, że jestem sobą
Lecz nie byłbym prawdziwy
Myślę, że odnalazłbym sekret życia, przyczynę
Aby ciebie stworzyć
I by na ciebie patrzeć
A gdybyś nie istniała
Powiedz mi, po co miałbym żyć
By włóczyć się po świecie bez ciebie
Bez nadziei i bez żalu
Spróbowałbym wymyślić miłość
Jak malarz, który widzi swoimi palcami
Rodzące się kolory dnia
I który nie może wyjść ze zdumienia
Przypadkowe kobiety zasypiające w moich ramionach
Których bym nigdy nie pokochał
Byłbym tylko dodatkowym punktem
W tym świecie, który przychodzi i odchodzi
Czułbym się zagubiony
Potrzebowałabym cię
Mógłbym udawać, że jestem sobą
Lecz nie byłbym prawdziwy
Myślę, że odnalazłbym sekret życia, przyczynę
Aby ciebie stworzyć
I by na ciebie patrzeć
Subskrybuj:
Posty (Atom)