Wieczór z muzyką, którą znam. Akurat nie mam ochoty na słuchanie całych płyt, ani świeżych, tegorocznych albumów, choć przede mną kolejne przesłuchania Davida Bowie, Depeche Mode, IAMX. Korzystam z dobrodziejstw internetu i skaczę z kwiatka na kwiatek. I tak, od piosenki do piosenki, od strony do strony trafiam na kilka ciekawych informacji, głównie o moim ubiegłorocznym faworycie, Marku Laneganie. Czytam i nadziwić się nie mogę, ile w tym facecie muzycznego ADHD, prawie jak w Jacku White'cie. Współpracował już z Soulsavers, Gregiem Dulli, Mad Season, Isobel Campbell, Kurtem Cobainem, Queens of the Stone Age, Martiną Topley Bird, Slash, Twilight Singers, nie wspominając o karierze solowej czy Screaming Trees.
Teraz czas na Luke'a Garwooda. Nie darzę faceta szczególną sympatią po jego występie we Wrocławiu. Luke gra, Mark śpiewa, hurra. Nagrali razem album pod tytułem "Black Pudding" (premiera: 16.kwietnia). I nie radzę szukać na You Tube pod tą nazwą, lepiej wpisać nazwiska. Fuj.
Album jest kameralny, wyciszony, senny. Jaka to odmiana po "Blues Funeral". Niby nic szczególnego, a jednak wciąga.
Dalej: news dla mnie najważniejszy - druga płyta Mad Season. Żyjący członkowie postanowili wydać drugi album, a także box ze specjalną edycją "Above". Kilka piosenek zaśpiewa Lanegan.
Kolaboracji ciąg dalszy: Mike McCready i Barrett Martin, wspomniani wyżej żyjący członkowie Mad Season, razem z Duffem McKaganem (Guns'n'Roses, Velvet Revolver) utworzyli supergrupę. Zaśpiewa prawdopodobnie Jaz Coleman z Killing Joke. Nie mogę się doczekać.
I na sam koniec dwa duety z płyty "Son of Rogues Gallery: Pirate Ballads, Sea Songs and Chanteys". Pierwszy, ten, który zdziwił mnie mniej: Michel Stipe & Courtney Love. Nie udała się Stipe'owi współpraca z Kurtem Cobainem, zajął się więc jego żoną. Oooo-riooo. Buja jak na pełnym morzu. Szanty jak się patrzy. I drugi duet - Johnny Depp i Patti Smith. Domyślam się, że Johnny gra tu na gitarze. Szkoda, szkoda. Jeden talent więcej na pewno by nie zawadził...
środa, 17 kwietnia 2013
środa, 3 kwietnia 2013
Push the Sky Away
Jest zimno, nie chce mi się nic robić, nie chce mi się pisać, nie chce mi się nawet słuchać. Nie chce mi się słuchać nawet "The Colour of Spring", płyty marcowej, wypychającej zimę za drzwi i ochoczo zachęcającej wiosnę. Nie chce się, bo wiadomo, że to i tak bez sensu. 21. marca "Trójka" zagrała "Last Christmas", a Radio Wrocław, którego słuchaliśmy 1.kwietnia wracając do Wrocławia wśród ośnieżonych pól Dolnego Śląska, grało "Something about the Christmas Time" i "Merry Christmas Everyone".
Więc: push the sky away. To tytuł najnowszej płyty Nicka Cave'a i jego The Bad Seeds. Płyty niezwykłej, pięknej, melancholijnej czy wręcz smutnej i tylko pozornie monotonnej.
Kilkanaście dni temu usłyszałam, że Cave wystąpi na Open'Er Festivalu na początku lipca i zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno. Wiem, że na pewno mnie tam nie będzie, chyba, że wydarzy się coś niespodziewanego na miarę cudu.
Pozostaje płyta; pierwsza nagrana bez wieloletniego Seedsa, Micka Harveya. Na pierwszy plan tym razem wysunął się Warren Ellis. Cave określił ten album jako "ghost-baby" Ellisa, a zagrane przez niego loopy jako "bicie serca". Na okładce Cave i jego żona, on odsłania okno, jakby chciał wpuścić trochę światła, oświetlić ją, nagą, z zasłoniętą twarzą.
Na "Push the Sky Away" zespół zwraca się w stronę melancholii, prezentuje swoje łagodniejsze, bardziej przystępne oblicze. To zaskakujące wyciszenie, zwłaszcza jeśli pamięta się przedostatnie działo sygnowane nazwiskiem Cave'a, płytę "Grinderman 2". Co jednak nie znaczy, że jest tak zupełnie cicho; wystarczy posłuchać "Water's Edge", którego muzyka kojarzy mi się z tajemniczą głębią oceanu, a głos skrada się, zwłowieszczo opowiada historię zabawy młodych ludzi na plaży, wyszeptuje historię młodzieńczych miłości i wzajemnych fascynacji. Their legs wide to the world like bibles open. But you grow old and you grow cold... Cave nie byłby sobą gdyby w ten sposób nie śpiewał o kobietach, mężczyznach, miłości i śmierci.
Album otwiera znany z pierwszego singla "We Know Who U R". Utwór z pulsującym rytmem, plumkaniem i piękną melodią pokazuje, że Cave ma wielki dar komponowania. Muzyki dopełnia obraz - ciary. I już nie jest tak miło, prawda?
Dalej jest tylko lepiej: "Wide Lovely Eyes" z minimalistyczną aranżacją, "Mermaids"... Muzyka idealna do patrzenia w horyzont, w tle tylko szum wody i krzyki mew. Kto ma szczęście usłyszy także wabiący śpiew syren.
Najpiękniejszy utwór kryje się pod numerem cztery. "Jubilee Street" płynie niespiesznie, uwodząc słuchacza. Niesamowicie rozwija się ta kompozycja, z upływem sekund gitara staje się coraz głośniejsza. Na pierwszy plan wysuwają się skrzypce Warrena Ellisa, najbardziej tęskny instrument świata, i nadaje całości niesamowitego, jedynego w swoim rodzaju charakteru. W finale skrzypce prowadzą dialog z gitarą, wspaniale się uzupełniając.
"Jubilee Street" został opatrzony teledyskiem adekwatnym do treści, co jednak nieco psuje obraz całości. W tym przypadku wolę muzykę bez obrazu. Prawda prawie nigdy nie jest piękna.
I ought have practise what I preach...
"We Real Cool" wydaje się być ciemny, gęsty. Tu również mamy do czynienia z frapującym rozwinięciem, bo usłyszymy i skrzypce, i pianino, i furkoczący bas, i łagodny głos wokalisty, który nawet w mroku pozwala nam odnaleźć odrobinę światła dziki pięknej melodii.
Luźną impresją wydaje się być "Finishing Jubilee Street" - zapisem chwili, snem jaki wyśnił Nick Cave w trakcie nagrywania. Po kilkudziesięciu przesłuchaniach wciąż mam wrażenie, że jest to jedyny niepotrzebny tu utwór.
"High Bossom Blues" pulsuje, dudni w swoim rytmie. Zamykam oczy i widzę Cave'a cedzącego przez zęby: Who knows what the future brings, jak wzdycha, jak swoją charakterystyczną mimiką hipnotyzuje publiczność. Can you feel my heartbeat?
Ta piosenka wydaje się być najbliższa realnemu światu. Ale czy na pewno? Tu pojawiają się postaci popkultury, mniej lub bardziej znane, tu Cave pokazuje jak internet i inne media wpływają na nas. W którym ze światów jesteśmy bardziej?
I na koniec idealne zakończenie - utwór tytułowy. Piękna coda.
Z każdym kolejnym przesłuchaniem tej płyty słychać na niej więcej. To niesamowite, że po tylu latach twórczej aktywności Nick Cave & The Bad Seeds wciąż wypowiadają się z taką mocą. Cave mawia: "To tylko rock'n'roll, ale zabiera cię wprost do twojej duszy". Niczego więcej mi nie potrzeba.
środa, 20 marca 2013
Moja lista marzeń
Poniższą listę ułożyłam gdzieś w okolicach 2005-2006 roku. Dziś wyglądałaby nieco inaczej, to pewne. Może niedługo pokuszę się o ułożenie aktualniejszej. Jednak tak wtedy grało moje radio, niemal jak zawsze smutno.
Marillion "When I Meet God"
Placebo "Special Needs"
Temple of the Dog "Hunger Strike"
The Cure "Prayers for Rain"
Radiohead "Paranoid Android"
Nirvana "Dumb"
Soundgarden "Zero Chance"
Radiohead "Street Spirit"
Camel "Stationary Traveller"
Joy Divison "New Dwan Fades"
Porcupine Tree "Even Less"
Nick Cave & The Bad Seeds "Hallelujah"
Porcupine Tree "Stop Swimming"
Myslovitz "Czerwony Notes, Błękitny Prochowiec"
Apocalyptica "Hope vol. II"
The Cure "Faith"
Perfect "Niepokonani"
Queen "The Show Must Go on"
Marillion "This is the 21st Century"
Nightwish "Dead Boy's Poem"
Pearl Jam "Crazy Mary"
Metallica "Outlaw Torn"
Soundgarden "Searchin' with my Good Eye Closed"
Skunk Anansie "Charlie Big Potato"
Nirvana "Rape Me"
Alice in Chains "Down in a Hole"
Lacrimosa "Halt Mich"
King Crimson "Epitaph"
Bush "Letting the Cables Sleep"
Goo Goo Dolls "Iris"
Skunk Anansie "Brazen"
Mercury Rev "The Funny Bird"
The Moody Blues "Nights in White Satin"
Placebo "Without You I'm Nothing"
Depeche Mode "In Your Room"
Pink Floyd "Wish You Were Here"
Cree "Zostań ze mną"
Smashing Pumpkins "Zero"
Marillion "When I Meet God"
Placebo "Special Needs"
Temple of the Dog "Hunger Strike"
The Cure "Prayers for Rain"
Radiohead "Paranoid Android"
Nirvana "Dumb"
Soundgarden "Zero Chance"
Radiohead "Street Spirit"
Camel "Stationary Traveller"
Joy Divison "New Dwan Fades"
Porcupine Tree "Even Less"
Nick Cave & The Bad Seeds "Hallelujah"
Porcupine Tree "Stop Swimming"
Myslovitz "Czerwony Notes, Błękitny Prochowiec"
Apocalyptica "Hope vol. II"
The Cure "Faith"
Perfect "Niepokonani"
Queen "The Show Must Go on"
Marillion "This is the 21st Century"
Nightwish "Dead Boy's Poem"
Pearl Jam "Crazy Mary"
Metallica "Outlaw Torn"
Soundgarden "Searchin' with my Good Eye Closed"
Skunk Anansie "Charlie Big Potato"
Nirvana "Rape Me"
Alice in Chains "Down in a Hole"
Lacrimosa "Halt Mich"
King Crimson "Epitaph"
Bush "Letting the Cables Sleep"
Goo Goo Dolls "Iris"
Skunk Anansie "Brazen"
Mercury Rev "The Funny Bird"
The Moody Blues "Nights in White Satin"
Placebo "Without You I'm Nothing"
Depeche Mode "In Your Room"
Pink Floyd "Wish You Were Here"
Cree "Zostań ze mną"
Smashing Pumpkins "Zero"
wtorek, 19 marca 2013
Bono mówi
Przy okazji ostatnich lektur i nigdy-niekończących-się porządków w szufladach natrafiłam na kilka wartych przytoczenia zdań wypowiedzianych przez Bono:
* Ciągle uważaliśmy, że gwiazda rocka ma dwa instynkty: chce zmieniać świat i chce się dobrze bawić. Jeśli potrafi robić jednocześnie jedno i drugie, to tak trzymać.
* Artyści to oszuści, jeśli są dobrzy, mają w sobie coś z szamana.
* Artysta to ktoś, kto musi wypełnić ogromną pustkę jaką jest jego własne ego.
Niezwykła szczerość. Jak na artystę.
* Ciągle uważaliśmy, że gwiazda rocka ma dwa instynkty: chce zmieniać świat i chce się dobrze bawić. Jeśli potrafi robić jednocześnie jedno i drugie, to tak trzymać.
* Artyści to oszuści, jeśli są dobrzy, mają w sobie coś z szamana.
* Artysta to ktoś, kto musi wypełnić ogromną pustkę jaką jest jego własne ego.
Niezwykła szczerość. Jak na artystę.
środa, 20 lutego 2013
"Pornography" - relacja osobista
Powracam do tej płyty po latach. Nie pamiętam, ile dokładnie czasu minęło, odkąd kaseta z zapisem „Pornography” The Cure ostatni raz grała z mojego kaseciaka.Przy tej muzyce uczyłam się do matury. To był ten czas, gdy smutek był czymś więcej niż przemijającym uczuciem, był czarną dziurą bez szans na ucieczkę.
To płyta do słuchania w nocy, z zamkniętymi oczami.
Jest noc z 2. na 3. grudnia 2000 roku, kilka minut po drugiej. Piszę na kartonowym pudełku, przy świeczce – takie zdanie znalazłam w dzienniku. Wtedy poznałam „Pornography” i była to moja pierwsza poznana w całości płyta The Cure. Ja miałam 15 lat, „Pornography” – 18. Dziś ma 31, w co bardzo trudno mi uwierzyć. Przecież tamta noc była kilka miesięcy temu… Dziś jestem w innym miejscu, daleko, fizycznie i duchowo. I znów słucham „Pornography”.
Dlaczego? Bo to najbardziej wywracająca wnętrzności płyta, jaką znam. Jedna z tych płyt, które zmieniły moje życie i postrzeganie muzyki.
Nie odebrałam tej muzyki tak jak za pierwszym razem. Nic nie jest takie samo, jak za pierwszym razem. The first colour, the first kiss („Siamese Twins”). Mimo upływu lat pamiętam. Dźwięki, które wciąż przyprawiają mnie o dreszcze, głos i słowa Roberta Smitha.
Płytę po raz pierwszy usłyszałam w „Trójce”, w nocnej audycji Piotra Stelmacha. Nagrałam ją całą, łącznie z zapowiedzią, którą niestety skasowałam, ale którą zdążyłam zapisać pod tamtą datą sprzed 13 lat. Jest również bardzo osobista, więc nie będę jej przytaczać.
To ciekawe, że mówienie o „Pornography” ma związek z osobistymi emocjami i przeżyciami. Coś we mnie drży, kiedy Smith śpiewa, że świat znika jak upadłe anioły, a on wybiera nieśmiertelność. Tomasz Beksiński, który przetłumaczył teksty z tego albumu, zawsze powtarzał: „Pamiętajcie, jakie jest ostatnie słowo, ostatnie zdanie z tej płyty”.
Wtedy, oprócz muzyki (to było moje drugie zetknięcie z nową falą, po Joy Division usłyszanym kilka miesięcy wcześniej), największe wrażenie zrobiły na mnie teksty – apokaliptyczne, nie pozostawiające nadziei. Nie ważne, że wszyscy umrzemy – od takich słów rozpoczyna się ten album. Nie uśmiechniemy się już nigdy, nie potrzebuję cię, jesteś nikim, twoje imię jak lód w moim sercu…
Czy kiedykolwiek słuchając muzyki musieliście zaciskać mocniej powieki, bo baliście się, co zastaniecie, gdy otworzycie oczy? Ja tak, przy „One Hundred Years”.
Bolesny wręcz rytm, maszerująca sekcja rytmiczna. Bryła lodu.
Po wysłuchaniu tej płyty nie można po prostu iść spać, a rano zbudzić się, jak gdyby nigdy nic, z nadzieją na piękny dzień. Słuchanie „Pornography” gwarantuje kilka dni konfrontacji z demonami własnymi i tymi, które w słowa ubrał w swoim własnym, wyjątkowym języku Robert Smith.
I must fight the sickness, find the cure.
środa, 6 lutego 2013
...jest impreza
Chciałabym powiedzieć, że przydarzyło mi się coś fajnego - muzycznego, ale... Tak się składa, że w moich uszach nadal starocie.
Na fali "Listów" Johna Lennona w kółko słucham The Beatles.
Ostatnio śnili mi się Krystyna Prońko i Andrzej Zaucha. Pani Krystyna karmila moje dziecko, a pan Andrzej celował we mnie palcem wytatuowanej ręki. Hm. O ile pani Krystyna mogła zasiedzieć się w mojej głowie na skutek przeczytanego ostatnio wywiadu z nią w "Zwierciadle", o tyle nie wiem, skąd się wziął drugi bohater snu.
Kilka dni temu oglądałam po raz pierwszy teledysk do "By Crooked Steps" Soundgarden. Mam duże wrażenie niedostosowania obrazu do muzyki, ale może ja po prostu nie mam do siebie takiego dystansu, jak muzycy zespołu. W obrazie przewija się niezła impreza, długie blond włosy powiewają w rytm gitarowych riffów. Impreza a.d. 2013. W imprezie a.d.2005, także mocno amerykańskiej (choć wydźwięk piosenki mocno antyamerykański), jest podobnie - pobłyskują kolczyki, spódniczki są krótkie, a dziewczyny piękne (po amerykańsku). To tło utworu "B.Y.O.B." System of a Down. A potem przypadkiem (przecież nie ma przypadków!) trafiłam na "You Don't Fool Me" Queen, a tam, a jakże, impreza. I to od razu widać, że brytyjska, a do tego lekko przykurzona, bo z 1996 roku... I ta impreza jest moją zdecydowaną faworytką, tu dzieje się zdecydowanie najwięcej. Podobne podrygiwanie pamiętam z dyskotek z czasów podstawówki. Do tego teledysk - jeden z pierwszych, jakie pamiętam - Viva Zwei była oknem na świat. Piosenka mi się nie za bardzo wtedy podobała, co z resztą zmieniło się po latach. Sam obraz, tak mi się teraz wydaje, był lekko szokujący dla małoletnich oczu. O rety, oni się całują! (żeby tylko). Zastanawiałam się, czy ten chłopak mi się podoba, czy jednak nie (dziś już znam odpowiedź). I to dziewczyna była tą złą.
Jakie czasy, taka impreza.
A wracając do pierwszego zdania - zapomniałam o nowym utworze Depeche Mode. "Heaven" zapowiada album "Delta Machine", który już pod 26. marca trafi do sklepów. Po pierwszym przesłuchaniu - konsternacja. Niby elektronika, ale łagodzą ją analogowe klawisze. Głos w wysokiej formie, jak zwykle. Hm, pomyślę o tym jutro. A jutro, tj. następnego dnia, zespół pokazuje teledysk... i znów konsternacja. Czy ja widzę wąs? Ach, jak ten facet się rusza! Czas ich też nie oszczędza, choć i tak wyglądają lepiej niż np. w teledysku do "Shake the Disease" . Gonitwa myśli. A sama piosenka... im dłużej słucham, tym bardziej jestem zasłuchana. I coraz bardziej "Heaven" chwyta mnie za serce. Zaczekam na nową płytę, zanim podejmę się prób upychania Depeszów gdziekolwiek. Po "Wrong" nauczyłam się nie oceniania płyty po pierwszym utworze.
Czekam też na albumy Nicka Cave'a (posłuchajcie "Jubilee Street"!) i Stevena Wilsona.
Nowy utwór Bon Jovi zepchnie Bruce'a Springsteena z piedestału "the great american rock song". Jon Bon Jovi, w przeciwieństwie do Dave'a Gahana, nie zmienia się wcale. Poza tym, że kiedyś pisał fajne piosenki, a teraz już nie bardzo...
Na fali "Listów" Johna Lennona w kółko słucham The Beatles.
Ostatnio śnili mi się Krystyna Prońko i Andrzej Zaucha. Pani Krystyna karmila moje dziecko, a pan Andrzej celował we mnie palcem wytatuowanej ręki. Hm. O ile pani Krystyna mogła zasiedzieć się w mojej głowie na skutek przeczytanego ostatnio wywiadu z nią w "Zwierciadle", o tyle nie wiem, skąd się wziął drugi bohater snu.
Kilka dni temu oglądałam po raz pierwszy teledysk do "By Crooked Steps" Soundgarden. Mam duże wrażenie niedostosowania obrazu do muzyki, ale może ja po prostu nie mam do siebie takiego dystansu, jak muzycy zespołu. W obrazie przewija się niezła impreza, długie blond włosy powiewają w rytm gitarowych riffów. Impreza a.d. 2013. W imprezie a.d.2005, także mocno amerykańskiej (choć wydźwięk piosenki mocno antyamerykański), jest podobnie - pobłyskują kolczyki, spódniczki są krótkie, a dziewczyny piękne (po amerykańsku). To tło utworu "B.Y.O.B." System of a Down. A potem przypadkiem (przecież nie ma przypadków!) trafiłam na "You Don't Fool Me" Queen, a tam, a jakże, impreza. I to od razu widać, że brytyjska, a do tego lekko przykurzona, bo z 1996 roku... I ta impreza jest moją zdecydowaną faworytką, tu dzieje się zdecydowanie najwięcej. Podobne podrygiwanie pamiętam z dyskotek z czasów podstawówki. Do tego teledysk - jeden z pierwszych, jakie pamiętam - Viva Zwei była oknem na świat. Piosenka mi się nie za bardzo wtedy podobała, co z resztą zmieniło się po latach. Sam obraz, tak mi się teraz wydaje, był lekko szokujący dla małoletnich oczu. O rety, oni się całują! (żeby tylko). Zastanawiałam się, czy ten chłopak mi się podoba, czy jednak nie (dziś już znam odpowiedź). I to dziewczyna była tą złą.
Jakie czasy, taka impreza.
A wracając do pierwszego zdania - zapomniałam o nowym utworze Depeche Mode. "Heaven" zapowiada album "Delta Machine", który już pod 26. marca trafi do sklepów. Po pierwszym przesłuchaniu - konsternacja. Niby elektronika, ale łagodzą ją analogowe klawisze. Głos w wysokiej formie, jak zwykle. Hm, pomyślę o tym jutro. A jutro, tj. następnego dnia, zespół pokazuje teledysk... i znów konsternacja. Czy ja widzę wąs? Ach, jak ten facet się rusza! Czas ich też nie oszczędza, choć i tak wyglądają lepiej niż np. w teledysku do "Shake the Disease" . Gonitwa myśli. A sama piosenka... im dłużej słucham, tym bardziej jestem zasłuchana. I coraz bardziej "Heaven" chwyta mnie za serce. Zaczekam na nową płytę, zanim podejmę się prób upychania Depeszów gdziekolwiek. Po "Wrong" nauczyłam się nie oceniania płyty po pierwszym utworze.
Czekam też na albumy Nicka Cave'a (posłuchajcie "Jubilee Street"!) i Stevena Wilsona.
Nowy utwór Bon Jovi zepchnie Bruce'a Springsteena z piedestału "the great american rock song". Jon Bon Jovi, w przeciwieństwie do Dave'a Gahana, nie zmienia się wcale. Poza tym, że kiedyś pisał fajne piosenki, a teraz już nie bardzo...
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Kopniak
Dziś o płycie, o której pisałam ostatnio - tej, od której nie mogę się uwolnić.
To "Kick", oryginalnie nagrany przez INXS. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszyscy znają moje neofickie oddanie tej grupie. Tym razem na warsztat wziął go Beck. Z jego inicjatywy w 2009 roku powstał Record Club - on i zaproszeni goście nagrywają w maksymalnie jeden dzień cały album innego artysty. Przed nagraniem nie uzgadniano nic; nowe aranżacje i wszelkie pomysły były wynikiem burzy mózgów podczas sesji. Nagrania zostały uwiecznione również na taśmie filmowej - można je obejrzeć na stronie Becka.
I tak artyści, w tym muzycy St. Vincent - Annie Clark oraz skrzypek Daniel Hart oraz Liars, spotkali się pewnego lutowego dnia 2010 roku, by nagrać starszy o 23 lata album INXS.
"Kick" to wokalny popis przede wszystkim Andrew Angusa z Liars. Głos Annie Clark jest jak dobra przyprawa. Beck dodaje indywidualnego charakteru.
To jest płyta niemal na miarę oryginału. Obydwa mają słabe punkty, owszem, ale i tak żadna płyta nie wciągnęła mnie tak bardzo.
"Guns in the Sky" zagrany został z jeszcze większym czadem niż oryginał. W warstwie muzycznej mnóstwo się tam dzieje, w ruch idą wszelkie elementy dostępne pod ręką. Początek - "u, a, aa, ble" - jest genialny, szczególnie, jeśli słuchać i widać jednocześnie. Andrew Angus pokazuje, co może.
Z "New Sensation" została jedynie linia wokalna. Utwór zaśpiewany wspólnie przez Angusa i Annie Clark zyskał niezwykle ulotny charakter. Ciężko było się przyzwyczaić, ale za każdym kolejnym przesłuchaniem wydaje mi się, że brzmi lepiej.
W "Devil Inside" wkracza spiritus movents, Beck.
"Need you Tonight" to znów popis Clark. Delikatność głosu świetnie kontrastuje z dosadnym tekstem oraz podkreślonym przez partię basu, uwypuklonym rytmem. Jeszcze lepiej robi się gdy do dialogu włącza się Andrew Angus.
"Mediate" i "Wild Life" to już niemal podkład do imprezy o 4 nad ranem. Buczy, stuka i rusza moją nogą. Zmiana klimatu w "The Loved One" - freak folk pełną gębą! Do twarzy Beckowi z tą gębą. W sumie można by się nawet pomylić i przypisać te piosenkę właśnie jemu. Podobnie jest w "Mystify". Zwiewnej tęsknoty dodaje dźwięk skrzypiec.
Tam da da dam, kulminacyjny punkt programu, czyli "Never Tear us Apart" to znów popis Annie Clark. To zdecydowanie najlepsza, poza oryginałem, wersja tego utworu. Dalej jest już mniej ciekawie, szkoda. Najbardziej żal mi utworu tytułowego, który chwilowo jest moim faworytem na oryginalnym albumie.
Poza "Kick" Beck i przyjaciele nagrali jeszcze cztery inne swoje wersje znanych albumów, w tym "The Velvet Underground & Nico".
Subskrybuj:
Posty (Atom)