wtorek, 31 sierpnia 2010
WTF?!
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Pocztówka z Ciepłych Krajów
czwartek, 5 sierpnia 2010
Tylko papierowy kubek nie ma zmartwień
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Cztery piosenki o miłości
sobota, 24 lipca 2010
Samograje
Dziś miało być zupełnie o czymś innym. Jednak na fali pisania zniosło mnie na pobliską dziką i mocno zarośniętą gęstymi chaszczami plażę mojego dzieciństwa. Kto z urodzonych w pierwszej połowie dekady lat 80. nie pamięta oglądanego w czarno-białym telewizorze programu ze słowem "świat" w tytule i nadawanych na jego końcu fragmentów pokazów ówczesnej, jakże przedpotopowej mody? Towarzyszyły im dwa (tylko tyle pamiętam) utwory: "Wonderful Life" Blacka i ... No właśnie. Co to było, to drugie? A wokalista zespołu Nell, o którym miałam dziś pisać, w czasie koncertu we wrocławskim "Firleju" w 2007 roku wdrapywał się, śpiewając go, na głośniki ustawione pod sam sufit. W głowie huczy melodia, można nucić pod nosem, ale, co najgorsze, nie pamiętam ani jednego słowa, które padały w tekście. To gorsze niż zmaganie się z hasłem "czy to mi czegoś nie przypomina?". Gugluję. Pokazy mody+piosenki+lata 80. Widać nie tylko ja mam ten problem. Dzięki pomocy i pamięci innych udało się rozwiązać zagadkę. To Fancy. "Flames of Love". No oczywiście, że pasuje do melodii! www.youtube.com - skoro mam, to korzystam. Oooo, tego się nie spodziewałam. Pan Fancy to taka mniej kosmiczna wersja Davida Bowie. Bary, bary, bary! I ta niemiecka ekspresja wokalna. Jak tu mu nie wierzyć... Nie wątpię, Europa wtedy szalała. A Black? Przepraszam, jeśli coś mi umknęło, ale dla mnie to taki one hit wonder. Taki już los niektórych... Kolejny raz obejrzałam teledysk do "Wonderful Life" - jest niezapomniany. Sam Colin Vearncombe przypomina mi nieco Jamesa Deana zmieszanego z moim kuzynem. Czasami tęsknię za czasami, kiedy taka muzykę można było usłyszeć w mediach częściej. Dziś można sobie samemu włączyć, ale to już nie to samo. Na pewno istnieją jeszcze inne covery "Flames of Love", oprócz tego, który grał zespół Nell, ale nie znam i chyba nie chcę znać. Oryginał wystarcza ponad wszystko. Co do "Wonderful Life" uważam, że jest to bardzo wdzięczny temat do przerabiania. Artyści pomyśleli chyba to samo i rynek muzyczny zarzucił nam tak rozbieżne wersje jak ta Tiny Cousins (dzielnie wysłuchałam 40 sekund) i polskiego zespołu Carrion (tak, minuta i trzydzieści sekund wystarczy, akcent i "podkręcanie" końcówek mnie powaliły). Za to zdecydowanie polecam cudownie apatyczną wersję Myslovitz i delikatną, zwiewną Mathildy Santing (kiedy nagrywałam ją z radia, w opisie na kasecie napisałam, co usłyszałam, czyli: Matilda Something...). A kiedy najdzie mnie odwaga cywilna opowiem o swoich przygodach z Al Bano i Rominą Power. Do usłyszenia w latach 80.
poniedziałek, 19 lipca 2010
A jednak można
A więc można? Można. Poznań może. 20. września po raz kolejny z koncertem przyjedzie do Polski Sting. Zagra właśnie w Poznaniu z okazji otwarcia Stadionu Miejskiego. Deutsche Gramophon dopiero co wydał "Symphonicities" (tytuł stanowi nawiązanie do słynnego albumu "Synchronicity" The Police z roku1983), a sam Sting rusza w trasę, która obejmuje także Poznań. I tym samym mamy trzy pieczenie upieczone na jednym ogniu: będzie Sting, będzie uroczyste otwarcie stadionu i będzie kolejna inicjatywa z cyklu "Poznań dla Ziemi". I będzie Royal Philharmonic Orchestra i największe przeboje w modnych, symfonicznych aranżacjach. Bilety będą drogie (bo kto chciałby stać na szarym końcu za 95 zł?), ale dochód z nich zostanie przeznaczony na akcje proekologiczne. Na marginesie przypomnę tylko, że gdyby nie "Poznań dla Ziemi" do Polski nadal nie przyjechałby zespół Radiohead. Bo koncert z 1994 roku chyba się nie liczy. Postawili proekologiczne wymagania, które zostały spełnione i wszyscy byli zadowoleni. Po raz kolejny powtórzę: dobrze, że artystom chce się walczyć, choć wcale nie muszą.
Poznań wyrasta na przodowników pracy na tle innych miast w kilku dziedzinach. Wrocławski stadion jeszcze nie osiągnął połowy swej wielkości. Zamiast robić, lepiej mówić. Ale dawno nie było żadnej afery, więc ciii...
Kogo zaprosi Wrocław na otwarcie swej dumy, dzieła przelanych milionów, krwi i łez? Corocznych sylwestrowych bywalców? Nuda. Lepiej nie. Szkoda, że czasami mojemu miastu brakuje nieco ambicji i chęci zdrowego współzawodnictwa. Poznań może. Wrocław chyba nie. A przynajmniej na to wygląda. Sam fakt nadążenia ze wszelkimi budowami będzie pełnym sukcesem. Takie jest chyba założenie. Choć nie obraziłabym się, gdyby miasto przygotowało jakąś miłą małą niespodziankę.
Tymczasem do koncertu Swell Season pozostało tylko 96 dni...