piątek, 12 stycznia 2018

2018 - zapowiedzi

Skończył się kolejny rok, podsumowania dawno pozamykane, wszystkie ważne i ważniejsze utwory z 2017 roku powoli zapisują się w historii.
Za nami 12 dni roku 2018. Dziwny czas. Jedną nogą tkwimy jeszcze w 2017 roku, ten nowy jeszcze nieco uśpiony.
Żeby więc nieco go rozruszać, postanawiam opuścić święte tu i teraz i podejrzeć muzyczną przyszłość.

Jak zapowiada się więc rok 2018?

Nowe płyty zapowiadają Legendy - Joan Baez, Bruce Springsteen i - co cieszy mnie szczególnie - Paul McCartney.
Także niegdyś ważni, a dziś nieco zapomniani artyści, jak My Bloody Valentine oraz The Breeders, zapowiadają na ten rok wydawnictwa płytowe. Wierzę, że przypomną o sobie mocno i głośno; tak jak Slowdive w roku 2017.

Już dziś premierę ma następca znakomitego "Spectre at the Feast" z 2013 roku. Mowa oczywiście o Black Rebel Motorcycle Club, którzy w przeciwieństwie do wielu gwiazdek Nowej Rockowej Rewolucji z początku wieku wciąż gra i konsekwentnie robi swoje.

Na mocne wrażenia liczę w związku z nowym albumem Editors. Bliższe szczegóły nie są jeszcze znane, ale już w ubiegłym roku muzycy grali na koncertach nowe utwory. Będziemy mogli je usłyszeć także na dwóch polskich koncertach w kwietniu.

Ciekawie zapowiada się kolaboracja Laurie Anderson i Kronos Quartet. Artyści przygotowują eksperyment muzyczny oparty na wydarzeniach z 2012 roku. Wtedy to huragan Sandy uderzył we wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, a jego skutki osobiście dotknęły Anderson. "Landfall" ukaże się już na początku lutego.

Zaraz po nim - długo wyczekiwany nowy album Franz Ferdinand. "Always Ascending" zapowiadany jest jako bardziej zróżnicowany i mniej gitarowy niż poprzednie dokonania zespołu. Jeszcze do końca nie wiemy jak będzie miała się ta muzyka dla rockowych uszu, ale możemy przyjąć, że skoro rock'n'rollu jest także zabawą, to i zabawa może mieć w sobie sporo z rock'n'rolla.

Czekamy też na nowe nagrania Jacka White'a. Kilka dni temu artysta opublikował dwa nowe nagrania, z których jeden, "Connected by Love" na pewno znajdzie się na albumie zatytułowanym "Boarding House Reach". Według dobrze poinformowanych źródeł ma on ukazać się w pierwszej połowie roku.

Wciąż otwartą sprawą jest nowa płyta Tool - ostatnie zapowiedzi Danny'ego Carey'a zdają się potwierdzać, że następca "10,000 Days" z 2006 r.ukaże się w przeciągu najbliższych miesięcy. Podobnie sprawa ma się z z drugim zespołem Maynarda Jamesa Keenana, czyli A Perfect Circle. Tu sprawa jest o tyle prostsza, że grupa opublikowała dwa nowe utwory: "The Doomed" i "Disillusioned". Czekamy więc na czwarty i pierwszy od 14 lat album.

Z polskiego podwórka cieszą mnie szczególnie dwa nowe albumy - "Swans & Lions" Cochise oraz "Wiedza o społeczeństwie" Lao Che (premiera: 16.lutego). Przede wszystkim czekam jednak na intrygujące debiuty.

Na pewno z ciekawością wysłucham nagrań bezkompromisowych rockowych dziewczyn, czyli Beth Hart (nagrana razem z Joe Bonamassą "Black Coffee" ukaże się 26.stycznia) oraz Brody Dalle, której The Distillers robili furorę... tak, już kilkanaście lat temu.

Bardzo chciałabym usłyszeć drugi album RavenEye. "Nova" z 2016 roku obiecywała naprawdę dużo dobrej energii.
No i Greta van Fleet, namaszczeni na nadzieję rocka. O ich pierwszym pełnowymiarowym album na pewno będzie bardzo głośno. Mam nadzieję, że jego zawartość będzie do tego hałasu proporcjonalna.

niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie roku 2017

Ostatniego dnia roku z ogromną przyjemnością wracam do idei podsumowania muzycznego roku.
Przyznaję, że przez dwa ostatnie lata nie poświęcałam muzyce należytej uwagi, choć obfitowały one w moc ważnych i wyjatkowych dźwięków.
A rok 2017 przy pomocy różnych narzędzi przypomniał mi, jak ważna jest dla mnie muzyka. I pewnie coś się musi zgubić, żeby potem mogło się odnaleźć.
Wracam więc ze zdwojoną siłą i listą 30 najlepszych według mnie płyt roku 2017.
Dlaczego 30? Trochę dlatego, żeby zadośćuczynić za dwa ostatnie lata. Jednak głównym powodem jest to, że był to bardzo równy rok i najzwyczajniej w świecie było mi przykro, że płyty, które znalazły się poza pierwszą dwudziestką nie zostaną wyróżnione. A bardzo na to zasługują.

Od Chrisa Robinsona, którego muzyczną konsekwencję bardzo lubię, aż do.. pierwszego miejsca - płyty, która zasługuje także na pierwsze miejsce w kategorii "najbrzydsza okładka".

Zaczynamy?

30. Chris Robinson Brotherhood "Barefoot in the Head"
29. Roger Waters "Is this the Life We Really Want?"
28. Cigarettes After Sex "Cigarettes After Sex"
27. U2 "Songs of Experience"
26. Aimee Mann "Mental Illness"
25. Ride "Weather Diaries"
24. Mark Lanegan Band "Gargoyle"
23. Anathema "The Optimist"
22. Depeche Mode "Spirit"
21. Stereophonics "Scream Above the Sounds"
20. London Grammar "Truth is a Beautiful Thing"
19. L.Stadt "L.Story"
18. Algiers "The Underside of Power"
17. Steven Wilson "To the Bone"
16. Me and that Man "Songs of Love and Death"
15. Zola Blood "Infinite Games
14. Variete "Nie wiem"
13. Robert Plant "Carry Fire"
12. Warhaus "Warhaus"
11. Slowdive "Slowdive"
10. Fink "Resurgam"
9. Father John Misty "Pure Comedy"
8. Afgan Whigs "In Spades"
7. Morrissey "Low in High School"
6. Asaf Avidan "The Study on Falling"
5. The War on Drugs "A Deeper Understanding"
4. Kortez "Mój dom"
3. Lunatic Soul "Fractured"
2. Pumarosa "The Witch"
1. Queens of the Stone Age "Villains"

czwartek, 28 grudnia 2017

Dlaczego Greta van Fleet (nie) jest nadzieją rocka

Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną”.
Nieprzypadkowo zaczynam od słów Pabla Picasso – choć prawdopodobne jest, że malarzowi w czasach bardziej nam współczesnym ukradł je Steve Jobs…
Podobno w muzyce powiedziano już wszystko, a to, co słyszymy lub usłyszymy jest jedynie odświeżaniem koloru i przesuwaniem ścian, niczym podczas remontu, który z założenia miał być kapitalny. Trudno temu zaprzeczyć, choć wciąż wierzę, że nadejdzie kolejna wielka muzyczna rewolucja i wywróci świat rock and rolla do góry nogami.
I oto w 2017 roku pojawia się zespół Greta van Fleet, czterech bardzo młodych chłopaków z USA, których po wydaniu zaledwie jednej EP-ki z czterema utworami namaszcza się na zbawców rocka. Najpierw ostrożnie, wszak to tylko cztery utwory; kilka miesięcy później, po wydaniu minialbumu „From the Fires”, już bez owijania w bawełnę. To jest nadzieja i przyszłość rocka.
Jako pierwszy światło dzienne ujrzał utwór „Highway Tune”. Biorąc pod uwagę wiek kompozytorów (najstarsi w grupie są bracia bliźniacy, Jake i Josh Kiszka, urodzeni w 1996 roku) oraz fakt, że korzenie piosenki sięgają 2010 roku można uznać, że mamy do czynienia z geniuszami.
Bardzo prawdopodobne jest, że gdy pierwszy raz usłyszałam „Highway Tune” moja mina mówiła „co tu się odstawia?!”. Nośny gitarowy wstęp; „aaa”, choć ciche, to sięgające trzewi wokalisty, ten zaśpiew! zwieńczony tak dobrze znaną „mamą”. Nawet jeśli muzyka stanowi tło dla codzienności, ten utwór wytrąca z rytmu i tych, którzy jeszcze go nie znają, pozostawia na trzy minuty w niemałej konsternacji.
Sformułowanie „grają jak Led Zeppelin” nasuwa się samo, choć oczywiście jest dużym uproszczeniem. Sam Kiszka, basista i klawiszowiec grupy, w jednym z wywiadów dość wyraźnie odcina się od wszelkich porównań mówiąc, że wcześniej (zespół powstał w 2012 roku) te nitki powiązań były bardziej widoczne, choć muzycy starali się nie czerpać wiele od innych – bo to jak bycie cover bandem. „Yeah, we do get that” – czytamy w innym wywiadzie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to tak jakby mówili: „ok, schlebia nam to, ale pamiętaj, że ty powiedziałeś to pierwszy”. Jako inspiracje częściej wymieniani są tacy artyści jak Allman Brothers Band, The Beatles, Joe Cocker, Muddy Waters czy Robert Johnson.
Z drugiej jednak strony, dźwięki, jakie grają Greta van Fleet, są na tyle charakterystyczne, że każdy mający choć ogóle pojęcie o rocku i jego historii w pierwszym odruchu pomyśli o Page’u i Plancie. Tak pomyślałam też ja, słysząc dziś w radiu pierwsze takty „Flower Power”. Druga myśl brzmiała: „Aaa nie, skoro to nie Led Zep, to musi to być Greta van Fleet”. Jest to mimo wszystko jakiś sposób na bycie zapamiętanym.
Cały „From the Fires” brzmi jak odnalezione po niemal 50 latach nieznane nagrania Led Zeppelin. Duże znaczenie ma brzmienie, choć nagrane cyfrowo, to jednak na analogowym sprzęcie. Tym, co przesądza sprawę jest głos Josha Kiszki, który chyba zbyt gorliwie odrobił lekcje. Także te ponadprogramowe. Słucha się tego wybornie, choć mam wrażenie, że muzycy umiejętnie serwują nam coraz większe dawki swojej muzyki, żeby uniknąć przesytu tym, co znamy już przecież doskonale.
Greta van Fleet na pewno odświeża formułę rocka, która – mam wrażenie – podobnie jak ja, czeka na rewolucję. Byli za mali, by zauważyć new rock revolution na początku wieku i za młodzi, by załapać się na falę retro rocka, która przetaczała się przez świat 2-3 lata temu.
Ich dźwiękom, zakorzenionym w soczystym bluesie, rocku końca lat 60. czy soulu, nie sposób odmówić autentyczności i szczerości. Zdolność ekspresji też mają niepodważalną. Ale zespół wydał dopiero EP-kę i minialbum, na którym znalazły się cztery utwory z „Black Smoke Rising”, dwie nowe piosenki oraz dwa covery. Zaczekajmy z ferowaniem wyroków do momentu wydania pełnego albumu. A ten zapowiadany jest jako kontynuacja stylu Grety, choć ma być bardziej wielowymiarowy, z piosenkami akustycznymi i wyraźnie zarysowanymi partiami klawiszy.
Świat już docenił muzykę Grety van Fleet – wystarczy wspomnieć choćby top listy „Billboard Mainstream Rock” osiągnięty przez „Highway Tune”, nagrodę dla Najlepszego Nowego Artysty przyznanej przez „Loudwire” czy szybki awans z roli suportu (od The Strubs po Boba Segera) do miana głównej gwiazdy.
Ale czy energia, bezczelność i zuchwałość wystarczą, żeby wieszczyć już pokoleniową zmianę? Chciałabym mieć w sobie tyle optymizmu i tej niezachwianej wiary, co niektórzy dziennikarze.
Zobaczymy więc, na ile starczy im uporu i determinacji, aby pokazać ile prawdziwie rock’n’rollowej krwi płynie w ich żyłach. „Naszym celem jest dosięgnąć kosmosu. Mamy nadzieję wylądować gdzieś wysoko”, mówią muzycy. Niech tak będzie! Skoro wiecie, jak osiągnąć mistrzostwo, obrońcie tytuł.
Greta van Fleet to najgłośniejszy – dosłownie i w przenośni – debiut 2017 roku. W odwiecznym konflikcie serce kontra rozum u mnie wygrywa ten drugi. Na razie. I w ramach oczekiwania na pełnowymiarowy album Grety van Fleet, świecie pozwól, że wrócę do debiutu zespołu Pumarosa czy do ubiegłorocznej płyty RavenEye. Oni też wiedzą jak kraść. I pozostać niezauważonymi.

niedziela, 19 listopada 2017

Playlista #4

Po ubiegłotygodniowym przywoływaniu duchów, tym razem zacznijmy od bardziej optymistycznego utworu.



Elton John, "Your song", rok 1970. 
Utwór idealny na początek, zawsze wywołuje u mnie uśmiech. 
Należy on też do chlubnego gatunku ear wormów - raz usłyszany, wwierca się w głowę. Nucenie obowiązkowe - czego Wam serdecznie życzę. 

Pozostańmy jeszcze na chwilę w przeszłości, tym razem mniej odległej. 
Zróbcie głośniej. 



Procupine Tree, "Even less", z płyty "Stupid Dream". 
Gdy ten album, z niesamowitym początkiem w postaci "Even Less" ukazał się w 1999 roku, słuchałam go na tyle głośno,  ile tylko pozwalały możliwości mojego ówczesnego sprzętu grającego. 
Utwór, którego przed momentem słuchaliśmy niespodziewanie przyszedł do mnie w piątkowy wieczór. 
Pomyślałam wtedy, że cała twórczość Stevena Wilsona, czy to z Porcupine Tree, z Blackfield czy solo cechuje pewien specyficzny typ wrażliwości, który do pewnego wieku wydaje się być niesamowity i nieporównywalny z niczym innym, a później... wyrasta się z niego i patrzy wstecz z uśmiechem lekkiego zażenowania. Jest też druga droga: pozostaje się w jej kleszczach na zawsze. 
Nietrudno się domyślić, którą drogę wybrałam ja. Ale znam też oczywiście takich, którzy podążają w odwrotnym kierunku. 

Wracamy do roku 2017. Przed nami muzyczny spadkobierca Eltona Johna. 



Father John Misty z płyty "Pure Comedy", jednej z kandydatek do tytułu albumu roku 2017. 

Jaką kolejność podpowie mi serce w tym roku ujawnię ostatniego dnia grudnia. Póki co, na początku drugiej połowy listopada wiem tylko tyle, że walka jest bardzo wyrównana, miejsce na szczycie jedno, a kandydatów przynajmniej pięciu. 

Na pewno w zestawieniu znajdzie się miejsce dla Morrisseya, który 17.listopada wydał kolejny album.
Artysta tyleż kochany, co znienawidzony - ale kto sieje kontrowersje, ten zbiera burze. I weganizm akurat jest tu najbardziej niewinnym jego "przewinieniem". Oskarżany o sympatie faszystowskie, rasizm, islamofobię, a nawet pedofilię, swego czasu życzył śmierci nawet samej brytyjskiej królowej. 
W 2017 roku, 31 lat po tamtym słynnym albumie The Smiths, chłopiec z okładki "Low in High School" stoi pod bramami Płacu Buckingham z siekerą w jednej ręce i transparentem z napisem "Axe the monarchy" w drugiej... 





Dwa początki; najpierw płyta "The Queen is Dead" jeszcze z The Smiths, później - "Low in High School". 
Przyznaję bez bicia, że Morrissey jest moim cichym bohterem ostatnich kilku tygodni. Przyznaję, jestem odrobinę zaskoczona, bo nigdy nie darzyłam Mozza wielką atencją. Raczej przyglądałam się poczynaniom pretensjonalnego dupka, którego twórczość jest tylko dodatkiem do ego wielkości stanu Kalifornia. 
Cóż, myliłam się. 
Ciekawostka: 10.listopada, dzień koncertu artysty w Los Angeles, został tam ogłoszony Dniem Morrisseya. Nie wiadomo mi, jak on sam zareagował na takie uhonorowanie swojej osoby. 

Tymczasem, w odległym o kilka tysięcy kilometrów od Miasta Aniołów kraju, gdzie dzień później ulicami miast przeszły mniej lub bardziej patriotyczne marsze z okazji Dnia Niepodległości, wystąpił bardzo dobry, choć nieco zapomniany i bardzo niedoceniony artysta. 



Mark Lanegan - bo o nim mowa - zaśpiewał nam już w ubiegłym tygodniu przy okazji wspomnienia o Layne'ie Staley'u. Posłuchajmy więc jeszcze jednej jego kolaboracji. Tym razem Lanegan z Gregiem Dullim jako Gutter Twins - "Bete Noire".


Dobranoc. 



niedziela, 12 listopada 2017

Playlista #3

Niemal od poczatku wiedziałam jak zakończy się ta playlista. Mimo tego do głowy przychodziły mi kolejne piosenki. Zdecydowanie trudniej było zacząć. 
Postanowiłam więc, że - zwiastując temat wspólny dla wszystkich artystów z tego tygodnia - zaczniemy od piosenki o ostatnim pożegnaniu.  



Anathema, "One Last Goodbye" z płyty "Judgement", rok 1999. 
W lipcu miałam okazję być na jednym z dwóch polskich koncertów braci Vincenta i Danny'ego  Cavanagh, filarów Anathemy. Kameralność, czy wręcz intymność tego, co działo się na scenie, mocno podkreśliła wydźwięk tego utworu napisanego przecież dla Helen Cavanagh, matki Vincenta i Daniela. 

Listopad siłą rzeczy jest miesiącem wspomnień o tych, którzy odeszli. Co roku lista jest dłuższa, a widok zapisanych na niej nazwisk coraz bardziej dotkliwy. 
Nie uda się niestety zatrzymać czasu. 
Przez ostatnie 12 miesięcy Ktoś odebrał nam zupełnie niespodziewanie kilku wyjątkowo ważnych muzyków. Pozwolę sobie jednak na przypomnienie Nieobecnych najważniejszych dla mnie. 



Jeff Buckley, "Everybody Here Wants You". 
Jedna z najbardziej zmysłowych, sensualnych utworów w historii muzyki. 
Buckley zdążył nagrać tylko jedną płytę, a prace nad drugą przerwała jego tragiczna śmierć w maju 1997 roku. "Sketches from my Sweetheart the Drunk" została dokończona przez przyjaciół artysty i to właśnie z niej pochodzi utwór, którego słuchaliśmy. 



Joan Wasser, znana teraz jako Joan as Police Woman, wtedy z zespołem Those Bastard Souls, w hołdzie Jeffowi Buckley'owi nagrała album "Debt & Departure". To była także jej próba poradzenia sobie z jego śmiercią. 
Chris Cornell, również przyjaciel Buckleya, zadedykował mu "Wave Goodbye". Utwór znalazł się na pierwszym solowym albumie artysty, "Euphoria Morning" z 1999 roku. 
Jak wiemy, nie był to pierwszy taki hołd dla przyjaciela w karierze Chrisa Cornella. 
Oto ten najważniejszy.



Jedyny taki zespół, jedyna taka płyta, nagrana dla artysty jedynego w swoim rodzaju - Andy'ego Wooda, lidera Mother Love Bone. 

Chris Cornell pojawia się oczywiście nieprzypadkowo. Pisałam już o znaczeniu Jego muzyki i osoby dla mnie (http://ewabujak.blogspot.com/2017/05/in-memory-of.html). Minęło niemal pół roku od śmierci Cornella, ale świadomość jego braku wciąż boli tak samo. 

Last Christmas... odszedł George Michael. 



Pamiętam dobrze noc między Pierwszym a Drugim Dniem Świąt Bożego Narodzenia; przeczytaną nad ranem wiadomość od koleżanki... Nie udało się już zasnąć. 

And the wounded skies above say it's much, much too late
Well, maybe we should all be praying for time


To "Praying for Time", otwierający plytę "Listen Without Prejudice vol.1", drugą solową płytę George'a Michaela. Warto też wspomnieć, że niedawno ukazało się wznowienie tego albumu z dołączonym drugim dyskiem, z zapisem koncertu MTV Unplugged, jaki artysta zagrał w 1996 roku. 

Tam też znalazł się ten utwór. 


George Michael przez lata swoje kariery eksperymentował z wieloma gatunkami muzyki, ale najważniejszy zawsze pozostał ten szlachetny pop. A tego nigdy dość. 

Wróćmy na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. 



Na 1.listopada przypada rocznica - w tym roku 23. - ukazania się albumu "Unplugged in New York" Nirvany. Ja po raz pierwszy Nirvanę i Kurta Cobaina usłyszałam właśnie z tego koncertu niemal dokładnie trzy lata po jego ukazaniu się. Zachłysnęłam się nią totalnie. 
Wracam z nieskrywanym sentymentem do Cobaina, jako do bohatera moich nastoletnich lat i do muzyki Nirvany. Rok 2017 niesie także ważną rocznicę dla mnie - od tamtego wieczora dwadzieścia lat temu, od pierwszego przes luchania "Unplugged in New York" rozpoczęła się moja miłość do muzyki rockowej. 




Mad Season, kolejny zespół jednej płyty. Tu "Long Gone Day" z gościnnym udziałem Marka Lanegana. Powstanie Mad Season było jedną z licznych prób wyciągnięcia Layne'a Staleya, wokalisty Alice in Chains, ze szponów narkotykowego nałogu. 
Jak wiemy, nie udało się. Staleya odnaleziono martwego 19.kwietnia 2001 roku, ale jak ustalono śmierć nastąpiła dwa tygodnie wcześniej. 

Dobranoc. 

piątek, 3 listopada 2017

Kortez "Mój dom"


















Wyobraź sobie, że spotykasz na swojej drodze faceta. Siada naprzeciwko ciebie, wyciąga gitarę z futerału. Poza nią ma do dyspozycji tylko jedno narzędzie: swój głos. Zaczyna pleść swoją opowieść.
Od pierwszego dźwięku, od pierwszego zaśpiewanego słowa wiesz, że to opowieść kompletna. Płynie swoim rytmem, możesz ją wziąć jak swoją lub odrzucić. Nie ma innej drogi, nie ma niczego pomiędzy.
Taka była debiutancka płyta Korteza, „Bumerang”, taka jest jego druga pełnowymiarowa opowieść – „Mój dom”. Wciąż mnóstwo tu cichego smutku i tego, co dla jego twórczości najbardziej charakterystyczne – rys, pęknięć, a nawet otwartych złamań. Po wyśpiewaniu takiego bagażu jak „Zostań” czy „Od dawna już wiem” Kortez przedstawia historię cyklu miłości w dziewięciu aktach. Nie da się jej rozpatrywać inaczej niż jako pełnej, ciągłej historii mającej swój początek i – niestety- koniec.
Zaczyna się od niepokojących dźwięków pianina. „Pierwsza” to moment przejściowy między tym, co było a tym, co nadchodzi. Wiem, że byłabyś gotowa przejść to wszystko, by mnie poznać, wiem, że byłabyś gotowa być jak ona… Tu jest bycie razem, jest uczucie, tu jest dom, tu jest ucieczka w ramiona drugiej osoby, tu jest bliskość. Nie jest idealnie, ale przecież nie może być („Dobrze, że cię mam”). Jest dobrze, wystarczająco dobrze. W tej części płyty muzycznie jest coś z klimatu zadymionego, dusznego baru i tego, co robi Elvis Costello czy Van Morrisson.
Najważniejszym utworem jest „Dziwny sen”. On emocjonalnie niesie całą płytę, to jest jej definicja. To jest jej kluczowy moment, apogeum. To, w jaki sposób Kortez śpiewa słowa słyszę, jak mówisz: „nie zostawiaj mnie” to mistrzostwo świata w przekazie na linii serce – serce. Gdy kończą się słowa, ich rolę przejmuje partia fortepianu brzmiąca jak ucieczka - od siebie nawzajem.
O „Dziwnym śnie” artysta mówi: „to tylko moja piosenka”.
To taki trudny wiek, człowiek lubi gubić się (…) taki trudny wiek, że więcej chcesz niż to, co już umiesz znieść – śpiewa dalej. Ziemia niczyja, wina niczyja. Tak jest. Wystawiasz się na cios i czekasz albo zadajesz go sam.
„Mój dom” kończy „Wyjdź ze mną na deszcz”, jak mówi twórca, „jednorazowy lot” jeszcze bardziej osobisty niż „Dziwny sen”. Ta próba ratunku, ta wyciągnięta ręka, stanowi rodzaj otwartego zakończenia zostawiając miejsce na dopisanie własnego końca. Lub dalszego ciągu.
Jak poddać recenzji płytę, która wydaje się być zapisem osobistej intymności Korteza? Która jest jak kartka wyrwana z pamiętnika, do którego nie chce się wracać?
Próba zrozumienia muzyki Korteza i jego fenomenu to grząski grunt – łatwo popaść tu w przesadę czy w banał, podobnie z resztą jak w tematach, które artysta porusza. Tu wyświechtany frazes nie jest najlepszym rozwiązaniem. Teksty, napisane głównie przez Agatę Trafalską, są lapidarne, ale na tyle dosłowne, że ich przekaz jest doskonale zrozumiały. Mnóstwo tu tęsknoty i poczucia nieuchronnego końca. Mimo wszystko jest jakieś dalej.
Muzyka na drugiej płycie Korteza jest nieco inna niż na „Bumerangu”, może odrobinę bardziej przystępna i bardziej rozbudowana. Dużo tu pozornie łagodnego brzmienia klawiszy, kojarzącymi mi się z pozytywką przypominającą o domu, dziecięcym pokoju, byciu razem.
To co najważniejsze dzieje się tu znów pomiędzy słowem i jego interpretacją. Kortez pokazuje, że nie potrzeba fajerwerków, ozdobników. Wydaje się, że w jego słowniku nie ma takich słów jak „wyraźniej”, „dobitniej”, „głośniej” czy „mocniej”.
Kortez nie ocenia, nie komentuje. Opowiada. To nie jest żaden manifest. „Mój dom” to kopniak, jaki sami sobie wymierzamy – prosto w serce. Zostawia każdego ze swoją dziurą gdzieś tam w środku. Swoim wspomnieniem, doświadczeniem, zdjęciem.
O tym, co osobiste opowiada jak o czymś uniwersalnym. I tak chyba w gruncie rzeczy jest.
Wnosi opowieść o intymności na wyższy poziom. „Mój dom” opowiada historię każdego z nas. I choć różnimy się od siebie, to pozostawia nas z przekonaniem, że każdy z nas jest taki sam.
Sam.

niedziela, 29 października 2017

Playlista #2



And we don't care...Nie mogłam zacząć inaczej. Sex Pistols, "Pretty Vacant". Jedna z płyt, które wywróciły historię muzyki (i nie tylko) do góry nogami stworzona przez autorów największego rock'n'rollowego szwindlu.
Wczoraj, 28. października, ich jedyna płyta z całkowicie premierowym materiałem, "Never Mind the Bollock's, Her's the Sex Pistols" skończyła 40 lat.

A skoro jesteśmy przy rocznicach - dokładnie rok temu, na warszawskim Torwarze wystąpił zespół Placebo. Wśród kilkunastu zagranych przez zespół utworów był ten dla wielu słuchaczy i fanów najważniejszy - "Without You I'm Nothing". Oryginalnie znalazł się on na płycie o tym samym tytule, ale posłuchajmy tej wyjątkowej wersji z Davidem Bowie. Świadectwa niezwykłej współpracy i wsparcia doświadczonego artysty dla młodszych kolegów, którzy dopiero co nagrali swój drugi album.



Wtedy, na Torwarze, utworowi towarzyszyły zdjęcia Davida Bowie wyświetlane na ekranie z tyłu sceny - uśmiechniętego, rozluźnionego. Po wybrzmieniu ostatniego akordu Brian Molko wycelował palcem w niebo. I wtedy nie tylko on miał łzy w oczach i ściśnięte gardło.

Również na Torwarze 24. października zagrał Nick Cave z The Bad Seeds.
Posłuchajmy "Hallelujah" z płyty "No More Shall We Part" wydanej 16 lat temu.



Niestety, nie byłam na tym koncercie. Słysząc i czytając relację z tego wydarzenia wiem, że drugi raz tego błędu nie popełnię.

Klimat muzyczny gwałtownie ulegnie za chwilę zmianie, ale pozostaniemy przy wydarzeniach koncertowych.



Oryginalnie ta piosenka znalazła się na "Las Maquinas de la Muerte" Kazika Na Żywo, tu Monika Brodka w swojej wersji "Taty dilera". Nagranie pochodzi z finałowego, siódemego koncertu Męskiego Grania z Żywca. Podczas tegorocznych wakacji Orkiestra dowodzona tym razem przez Tomasza Organka, Piotra Roguckiego i Monikę Brodkę po raz kolejny przedstawiła swoje interpretacje ważnych dla polskiej muzyki piosenek. 
Męskie Granie co roku dokumentowane jest wydawnictwem płytowym, oczywiście nie inaczej będzie w tym roku - płyta będzie miała premierę już 10.listopada, a promuje ją właśnie "Tata dilera".

Byłam na drugim przystanku Męskiego Grania we Wrocławiu. I choć zabrzmi to banalnie, było to dla mnie wyjątkowe wydarzenie muzyczne i nie tylko muzyczne (choć tu szczegóły zostawię dla siebie).
Największym zaskoczeniem był dla mnie Miuosh - choć do polskiego hip-hopu i jego okolic jest mi bardzo daleko.


To, co pokazał w duetach z Darią Zawiałow, Kasią Nosowską, Tomaszem Organkiem czy  Piotrem Roguckim to mistrzostwo zarówno pod względem wokalnym, jak i interpretacyjnym. Muzycznie Miuoshowi towarzyszyła FDG Orkiestra z sekcją dętą, co potęgowało brzmienie. 

Na Męskim Graniu wystąpił także Kortez. Choć miałam deliktne wątpliwości, czy jego muzyka pasuje do imprezy tak masowej, że aż brakuje biletów, rozwiały się one błyskawicznie gdy tylko artysta zaczá swój wystép. Na polskiej scenie chyba nikt inny nie potrawi wytworzyć atmosfery takiej intymności i zapomnienia o otaczającym świecie.
Druga pełnogrająca płyta Korteza, "Mój Dom", ukaże się już w najbliższy piątek, a promuje ją "Dobry Moment".



Niemal na koniec "Wonderful" Stone Temple Pilots z płyty "Shangri-La Dee Da" z 2001 roku. Jego ówczesny wokalista, Scott Weiland, od lat zmagał się z uzależnieniami, co wcale nie było tajemnicą. Dwa lata temu był po kolejnym odwyku, śpiewał w zespole Art of Anarchy, grał koncerty, ale nadzieje na wyjście na prostą okazały się być płonne. Zmarł na początku grudnia 2015 roku. Świat muzyczny po raz kolejny westchął, ale nie da się ukryć, że nie był on jego pupilkiem. Razem ze Stone Temple Pilots wpisywał się w nurt muzyki grunge, ale nie był wymieniany jednym tchem z Nirvaną, Pearl Jam, Soundgardem i Alice in Chains. Być może nawet większy sukces odniósł w połowie ubiegłej dekady z Velvet Revolver, gdzie występował ze Slashem czy Duffem McKaganem, choć ta supergrupa zostawiła po sobie tylko dwa albumy.
27. października Scott Weiland obchodziłby 50. urodziny.



Dobranoc.