poniedziałek, 16 października 2017

Bush & RavenEye, 8.10.2017, Gasometer, Wiedeń, pt.II

Podczas warszawskiego koncertu w lipcu 2013 roku, Gavin Rossdale, wokalista Bush, zapowiedział nie tylko nową płytę, ale także rychły powrót do Polski. Od tego czasu zespół zdążył wydać już dwie płyty, ale żeby zobaczyć go na żywo, trzeba było udać się za granicę. Wybrałam Wiedeń, jeden z piętnastu przystanków na europejskiej trasie.
W ramach sprawiania sobie drobnych przyjemności pokusiłam się o zakupienie pakietu vip obejmującego kilka pamiątkowych gadżetów oraz spotkanie z zespołem zakończone wspólnym zdjęciem. Było to moje drugie spotkanie z Bush, jednak tym razem było ono krótsze, choć bardziej bezpośrednie. Na wstępie obowiązkowe hugsy z Robinem Goodridgem i Gavinem Rossdale’m, potem kilka minut zupełnie luźnej i niekrępującej rozmowy, w której tym najbardziej gadatliwym okazał się być Chris Traynor. I szybko, szybko, zdjęcie. I już.
Przez kolejne pół godziny czułam nawet wyrzuty sumienia, że nie podobała mi się płyta "Black and White Rainbows".

W roli suportu wystąpili RavenEye. Przez 40 minut dali wszystkim lekcję soczystego, zakorzenionego w przeszłości hard rocka. Ich koncerty powinny być opatrzone ostrzeżeniem „nie róbcie tego sami w domu”: skoki z perkusji, balansowanie na barierkach, turlanie się… Stałam pod samą sceną, miałam więc okazję z bliska obserwować cały repertuar rock’n’rollowych min, gestów i zachowań Oliego Browna, Aarona Spiersa i Adama Breeze’a.
Jest ich trzech, ale w tym przypadku „tylko” znaczy „aż” – energią, którą wkładają w granie, mogliby obdzielić kilka tuzinów ludzi. Na koncie mają na razie debiutancki album („Nova” z 2016 roku) i supportowanie tuzów rock and rolla, ale warto ich obserwować i czekać na więcej.
Po ich koncercie musiałam zbierać szczękę i uszy z ziemi, a z perspektywy kilku dni traktuję go równorzędnie z koncertem głównej gwiazdy. Nie ma się co martwić o przyszłość rocka; młodzi, wychowani na najlepszych wzorcach dadzą sobie świetnie radę. Masywne brzmienie, świetne melodie i iskry krzesane przez samych muzyków - to jest dokładnie to, na co czekam.
Co ciekawe, mieli w tym roku grać we Wrocławiu na Capital of Rock razem z Wolfmother i The Prodigy, ale cały festiwal został odwołany. Mam wielką nadzieję, że niedługo pojawią się tu ponownie. Apetyt na takie granie wraz z całą jego otoczką rośnie.
A propos spotkań – po zakończeniu koncertu Bush miałam okazję porozmawiać chwilę z muzykami RavenEye. Bardzo bezpośredni (ilu muzyków wita zupełnie obce osoby jak starych znajomych?), otwarci, entuzjastyczni, ciekawi tej drugiej strony. Na każdy komplement i gest wsparcia pod swoim adresem reagujący gromkimi okrzykami.

Wróćmy jednak do głównego punktu programu. Chwilę po godzinie 20 zgasły światła i przy motywującej owacji Robin Goodridge, Chris Traynor, Corey Britz i Gavin Rossdale weszli na scenę. Szczerze mówiąc, obawiałam się nieco o repertuar, bo ostatnie nagrania zespołu nie do końca przypominają to, co zespół pod tym szyldem grał niegdyś.
Przed koncertem przeglądałam setlisty z innych krajów. O ile w Stanach punkt ciężkości przeniesiony był na materiał z dwóch ostatnich płyt („Man on the Run” oraz „Black and White Rainbows”), o tyle w Europie przeważały utwory z pierwszych lat działalności. Co więcej, pojawił się na nich nowy utwór, „This is war”, brzmiący jak powrót do przeszłości. Niestety, nie usłyszeliśmy go w Wiedniu. Pocieszający jest fakt, że brzmi on o niebo potężniej niż to, co zespół nagrał przez ostatnie trzy lata.
Zaczęli od „Everything Zen” – ta energia wciąż poraża. A dalej było tylko lepiej: „Chemicals between us”, „Prize Fighter”, „Greedy Fly”, „Sound of Winter”, „People that we love”, “Swallowed”… Wypełniona ściśle sala klubu Gasometer jednomyślnie dawała się tej energii porwać. Dobór utworów nie pozwalał na chwilę wytchnienia, także muzykom. Pod koniec setu Gavin Rossdale pozwolił kolegom odpocząć i sam, akompaniując sobie jedynie na gitarze, zagrał „Letting the cables sleep” oraz część „Glycerine”. Drugą część utworu zagrali wszyscy wspólnie, rozpędzając go do wersji dobrze znanej z koncertów. Jako ostatni wybrzmiał jeszcze „Little things”, podczas którego wokalista dzielnie przedzierał się przez tłum. Z „Black and White Rainbows” pojawił się tylko jeden utwór („Nurse”); moje obawy okazały się być więc bezpodstawne.
Na bis obowiązkowo „Machinehead”, „The One I love” z repertuaru R.E.M. oraz „Comedown”. Światła zgasły.
Bush, do spółki z RavenEye, dali publiczności solidną lekcję muzycznej historii.
Ogłaszam wynik: teraźniejszość – przeszłość 0:2.

wtorek, 10 października 2017

sobota, 7 października 2017

Bush "Black and White Rainbows"




















Trzymam w rękach siódmy studyjny album Bush: „Black and White Rainbows”. Minęło niemal dokładnie pół roku od jego premiery, a ja przez cały ten czas próbowałam znaleźć w nim bliżej nieokreślone coś, co pozwoliłoby mi na choćby umiarkowany zachwyt.
Od 2013 roku, czyli od koncertu w Warszawie (na który trafiłam nieco przypadkiem, o czym pisałam tu: http://ewabujak.blogspot.com/2013/07/this-is-night-this-is-sound.html) czekam na każdą wiadomość z obozu zespołu. Pod koniec 2015 roku ukazał się album „Man on the Run” (który postanowiłam pominąć wymownym milczeniem). Wciąż czekałam na obiecany kolejny koncert w Polsce; trasa promująca album zupełnie ominęła jednak Europę. I tak w marcu tego roku ukazał się kolejny album.
Od „Man on the Run” na płytach dzieje się coś, co na „Sea of Memories” było najwyraźniej zauważalne w „Baby Come Home” – złagodzenie brzmienia i śpiewanie o przysłowiowej d*pie Maryni z dużą kumulacją drażniącego słowa „baby”. Na „Black and White Rainbows” już przebrała się miarka.
Wciąż biję się z myślami, w jak dużym stopniu nie odpowiada mi kierunek, w jakim idzie zespół. Muzycznie to kawał solidnego gitarowego, podbarwionego elektroniką grania, jednak tego spod znaku słońca Kalifornii, a nie deszczu Londynu.
O ile na poprzednich płytach były „kamienie milowe”, utwory, które zapamiętuje się na całe życie, o tyle tu bardzo trudno je znaleźć. Zespół na ślepo idzie w kierunku wyznaczonym przez „Wanderlust”, solową płytę Gavina Rossdale’a z 2006 roku, czyli amerykańskiej produkcji skrojonej pod wiele milionów uszu, głównie płci żeńskiej. Widać to aż nadto wyraźnie w teledysku do singlowego „Mad Love”.
A ten utwór z początku obiecuje wiele. Rozpoczyna się jak rasowa, rockowa ballada. Jest dobrze – do refrenu. Tu rozpoczyna się jego lekki dramatyzm, żeby nie powiedzieć: dramat. Banalny refren oparty na kiepskim rymie i to przeklęte „ohhh-o”. Teledysk do tego utworu pokazuje wyraźnie do kogo adresowana jest twórczość zespołu.
Rzut oka na tytuły z płyty: „Mad Love”, „Lost in You”, „Toma mi Corazon”, „All the Words Within You”, “Beat of Your Heart” “The Edge of Love”… Miłość, tak. Przeżycie takie jak rozwód lidera, Gavina Rossdale’a, z Gwen “America’s Sweetheart” Stefani musiało znaleźć przełożenie na twórczość. Odbił się echem w wielkim świecie; do Rossdale’a chyba wraca czkawką. It’s hard not to miss what you destroy, śpiewa w „Lost in You”.
Wróćmy jednak do muzyki. W podobnym tonie jak “Mad Love” utrzymane są „All the Worlds Within You”, “Ray of Light”, “Ravens” czy “Nurse”. Potwierdza się stara zasada, że co za dużo, to niezdrowo. Wszechobecny jest schemat „mocniejsza zwrotka – łagodniejszy refren” („Mad love”, „Piece-s”) lub odwrotnie („Water”, „Lost in You”, „Ravens”). Mam wrażenie, że braku „The Beat of Your heart”, „Ravens” czy „Nothing but a Car Chase” nikt by nie zauważył.
„Toma Mi Corazon” tylko udaje rockową piosenkę. Ale ten przekombinowany, niby-połamany wstęp i znów te odbite echem „oooo”. I… on tak serio po hiszpańsku?
„Water” to przykład tego, jak przyzwoitą piosenkę można zepsuć jednym „yeah” i – chyba tylko w założeniu – wzniosłym tekstem z frazami w stylu Breathe life into dead things, breath life into beauty.
Najlepszym utworem na tej niekrótkiej przecież (15 piosenek, prawie godzina muzyki) jest „The Edge of Love”. Mroczny, przesycony tęsknotą za tym, co bezpowrotnie utracone. Jako jedyny kompletnie spójny, zaśpiewany bez przesadnej egzaltacji.
Na listę do zapamiętania wpisuję także „Sky Turns Day Glo” – radosny, chwytliwy utwór o najciekawszej na całej płycie linii melodycznej.
„Black and White Rainbows” kończy „People at War” poruszający problem uchodźców. Niesie on wyraźne przesłanie: w obliczu wojny każdy człowiek stoi na straconej pozycji. Bush nigdy wcześniej nie zabierał tak wyraźnie głosu w kwestiach społeczno-politycznych. I choć sam utwór stylistycznie bardzo daleki jest od tego, co Bush robił lub robi, towarzyszy mu porażający teledysk z kadrami, które znamy bardzo dobrze.
Chciałabym krzyknąć „tak, to jest to!”. Na to dokładnie czekałam od czasu „People that we Love”. Ale nie mogę. Liczę na koncert – że pokażą na co ich stać, a koncert znów wystrzeli mnie w kosmos, zupełnie jak ten warszawski. Pociesza mnie fakt, że na koncertach grają w większości stare numery i to te sprzed dwudziestu lat.
Ciągłą działalność tego zespołu traktuję jako świadectwo żywotności ich miłości do muzyki. Dzięki niej przetrwali wieloletnią przerwę i zmianę składu. Mam wątpliwość, czy przetrwają zmianę stylistyki. Boję się, że w końcu znajdą się w takim miejscu, z którego nie będzie odwrotu, a Rossdale, Corey Britz, Chris Traynor i Robin Goodridge staną się po prostu śmieszni.
Mają u mnie wielki kredyt zaufania dzięki temu, co zrobili głównie na „Sixteen Stone” oraz „Razorblade Suitcase”. W przypadku Bush chyba jednak łatwiej jest mi zaakceptować fakt, że czasy się zmieniają i nawet oni idą z duchem czasu. A może po prostu nie wiedzą jak zestarzeć się z godnością.
Nie odbieram im szczerości i naturalności. To, co grali kiedyś, przestało mieć już rację bytu. I tylko głos pozostaje ten sam.
Nie mówię, że to zła płyta. To płyta nie dla mnie.






niedziela, 1 października 2017

23.września 2017


Sully Erna, wokalista Godsmack, dał we Wrocławiu bardzo energetyczny solowy koncert. Ładujący osobiste baterie słuchaczy do pełna.  
Jego solowa twórczość prezentuje oblicze łagodniejsze od hardrockowego Godsmack. Muzycznie opiera się w dużej mierze na brzmieniu akustycznej gitary, fortepianu czy nawet instrumentów smyczkowych. Również wokalnie jest więcej okazji do zaprezentowania swoich możliwości. Bliższa jest zdecydowanie kierunkowi, jaki obrał Godsmack na akustycznej płycie „The Other Side”.  
Koncert zaczął się od krótkiego filmu zadającego pytanie o to, w jaki sposób dźwięk, będący przecież jedynie drganiem, oddziałuje na ludzi. A że oddziałuje – i to jak! - dało się odczuć w sobotni wieczór już od pierwszych chwil.  
Zdecydowanym wyróżnikiem zespołu Sully’ego Erny jest drugi głos należący do Lisy Guyer. To ona także wizualnie skradła niemal cały show. Jej taniec idealnie oddawał charakter muzyki.  
Set listę wypełniły głównie utwory z dwóch solowych albumów wokalisty – „Avalon” z 2010 roku i „Hometown Life” z 2016 roku. Byliśmy więc świadkami nostalgicznego powrotu do rodzinnego Lawrence, wysłuchaliśmy opowieści dedykowanej córce w „My Light”. Było energetycznie w „Turn it up” czy nowym „Can you see it coming”, łagodnie w “Different Kind of Tears”, “The Departed” i “Broaken Road”, transowo w “Sinner’s Prayer” i “7 Years”. Łza zakręciła mi się w oku podczas “Falling to black”. Erna, schowany za pianinem, oświetlony był jedynie punktowym jasnym światłem. Najważniejsi byli ci, których już nie ma. Ich sylwetki podczas tego utworu pojawiły się na ekranie – od Elvisa Presleya i Buddy’ego Holly przez Jimi’ego Hendrixa, Jima Morrisona, Davida Bowie, Marca Bolana, aż do Layne’a Staleya, Scotta Weilanda, Chrisa Cornella i Chestera Benningtona. Hołd temu ostatniemu Erna oddał także muzycznie – jego „Crawling” zagrane wyłącznie z akompaniamentem klawiszy zabrzmiał na bis.  
Wbrew wyraźnie słyszalnym prośbom fanów, nie pojawił się żaden utwór z repertuaru macierzystej formacji. Zamiast nich pojawiło się kilka coverów – „Sympathy for the Devil” Rolling Stones’ów na samym początku, odśpiewane przez publiczność „Nothing Else Matters” i, na bis, wspominany już „Crawling” oraz „Dream on” Aerosmith z wplecionym fragmentem beatlesowskiego „Hey Jude”.  
Erna zapowiedział na przyszły rok nową płytę Godsmack i obiecał powrót do Polski. W końcu tu, so far, publiczność jest najlepsza. Zawsze zastanawiam się, czy to nie wyłącznie kurtuazja, ale widać było, że muzycy bawili się świetnie - nie tylko kiedy basista, Tye Zamora, robił śmieszne miny.  

Zdjęcia z koncertu dzięki uprzejmości Marka Wilczyńskiego: http://marekwilczynski.com/lens_portfolio/sully-erna/

czwartek, 21 września 2017

10.września 2017

Są tacy artyści, którzy są gwarantem solidnej rockowej mocy. Których koncerty to nie perfekcyjne show ani duchowe misterium. Ozdobniki nie są im potrzebne; specjalnie też nie służą w odbiorze muzyki. Ich koncerty to to, co w muzyce najważniejsze – emocje.
Jednym z nich jest Ray Wilson. Uwielbiam perfekcję wykonawczą jego i jego zespołu. Jest w niej również przestrzeń na zabawę i uśmiech, które budują szczególną, wręcz przyjacielską atmosferę koncertu.
Do Wrocławia, po rocznej nieobecności, przyjechał w ramach promocji koncertowego albumu „Time & Distance”. Kilka miesięcy temu widziałam jego koncert w Lubinie będący częścią trasy „Genesis Classic”.
Set lista tym razem została sprawiedliwie podzielona pomiędzy utwory solowe, „klasyki” i utwory „z okolic”, czyli z repertuaru Petera Gabriela i Phila Collinsa.
Ponad 20 utworów, prawie 2,5 godziny muzyki.
Zaczęli tak, jak zaczyna się „20 Years & More” - od “Another Day”. Pierwszych kilka utworów, w tym „In Your Eyes” Petera Gabriela, „Change” i „Song For A Friend”, zostało programowo zagranych na gitarach akustycznych. Gitarowym partnerem Wilsona tym razem był dawny kolega ze Stiltskin, Ali Ferguson.
Zabrzmiało kilka genesisowych “klasyków”, jak „Follow You, Follow Me”, „No Son of Mine”, „That’s All”, “Carpet Crawlers”, “Home by the Sea” , a pomiędzy nimi rockowa zadziorność w „The Actor” i „Ought to be Resting”, nostalgia “Alone” I “Take it Slow”. Łza w oku zakręciła się przy „Not About Us”. Jakby czas zatrzymał się 20 lat temu… Wilson wrócił w ten sposób do swojego jedynego albumu nagranego pod szyldem Genesis. It’s all about the reason that we think we’re fighting for, it’s not about hate, it’s not about pain we always feel…
Zaraz potem drugi fragment albumu “Calling All Stations”. Ten utwór nie stracił nic ze swojej aktualności. Widoczne już wtedy podziały są coraz mocniejsze i jeszcze wyraźniejsze… - tak zapowiedział „The Dividing Line” Ray Wilson. Dopiero w wersji koncertowej czuć było całą jego wściekłość. Bohaterem tego utworu jest Mario Koszel – jego perkusyjne tornado to wykonawczy majstersztyk.
Tylko odrobinę brakowało głosu Patrycji Markowskiej w „Constantly Reminded” - Ray Wilson świetnie poradził sobie z polskim refrenem. Podstawowy set zakończyła „Mama”, w dobrze już znanej, lekko teatralnej wersji.
Na bis „Congo”, „Inside” z repertuaru Stiltskin oraz wycieszenie w postaci „First Day of Change” – piękne przypomnienie, że zawsze można zacząć od nowa.



czwartek, 14 września 2017

13.sierpnia 2017












13.sierpnia, wczesny wieczór. Amfiteatr w Dolinie Charlotty wypełnia się powoli; w chłodnym powietrzu wyczuwalna jest atmosfera uroczystego wyczekiwania. Przed nami kolejny w tym roku koncert w ramach Festiwalu Legend Rocka. I być może jedno z najważniejszych muzycznych wydarzeń tego roku.
Patti Smith. To imię i nazwisko powinno wystarczyć za rekomendację.
Napisano i powiedziano o niej wiele wzniosłych słów. Na temat jej życia, muzyki i poezji. Jej nazwisko to zawsze gwarancja czegoś ważnego. Czego – każdy z jej słuchaczy pewnie mógłby odpowiedzieć na to pytanie po swojemu.
Przed koncertem można było zakupić limitowaną wersję tomiku z tekstami Artystki w przekładzie Filipa Łobodzińskiego, „Tańczę boso”. Ona sama powiedziała, że to jej najpiękniej wydana książka”. Śmiała fraza, zachowany rytm, gęstość odniesień kulturowych usadowionych w zrozumiałym dla nas kontekście… Łobodziński, jak wiadomo, ze spotkania z najważniejszymi Artystami, wyjeżdża na tarczy. Pełne wydanie tomu w przygotowaniu. Na 2019 rok zapowiadana jest przez wydawcę, Biuro Literackie, wizyta Patti – Poetki w Polsce.
Wróćmy na scenę. W roli koncertowego suportu - Voo Voo. Muzykę poprzedziła śmiała deklaracja lidera grupy, Wojciecha Waglewskiego: zespół podobnie jak my przyjechał posłuchać Patti Smith, więc postarają się zagrać najdelikatniej i najciszej, jak to tylko możliwe, żeby nie przeszkadzać. I zagrali. Oszczędność słów oraz budowanie przestrzeni dźwiękiem i tym, co pomiędzy nimi charakteryzowały ten występ. Fajerwerki nie zawsze są potrzebne i wskazane.
Około 21:30 pojawia się Ona.
Ponad 40 lat na scenie. 10 lat od dołączenia do Rock and Roll Hall of Fame. 2 lata od ostatniego koncertu w Polsce.
Smith i jej zespół zagrali przekrojowy materiał; od pierwszej do ostatniej płyty. Najwięcej reprezentantów miał album „Gone Again”, bo i otwierający koncert „Wing” i „Beneath the Southern Cross” i „Summer Cannibals” w środku setu.
Przed „Ghost Dance”, utworze, który powstał pod wpływem muzyki rdzennych Amerykanów Artystka nawoływała do obrony Puszczy Białowieskiej. Przed „People Have the Power” wspomniała „pewnego wielkiego człowieka”, który zainspirował ten utwór. Ciekawie, czy świadomie, znając aktualną sytuację polityczną w Polsce, pominęła jego nazwisko…
Tu chodzi o wolność. Wolność i odpowiedzialność. Smith nadal bardzo poważnie traktuje to, co robi dając młodszym kolegom przykład czym jest odpowiedzialność artysty.
Patti wspominała ze sceny Bliskich, których już nie ma: reżysera Andrieja Tarkowskiego [recytując „Tarkovsky (The Second Stop Is Jupiter”)]; męża, Freda „Sonica” Smitha (przed pełnym żaru „Because the Night”) oraz zmarłego niedawno aktora, niegdysiejszego partnera, Sama Sheparda. To wszystko przez Nich i dla Nich.
Usłyszeliśmy także „Dancing Barefoot”, „My Blanken Year” i „Peacable Kingdom”. Na koniec „Gloria”, na bis „People Have the Power” – wyznanie wiary w człowieka.
Wyglądali jak grupa przyjaciół, która po prostu spotkała się, żeby sobie pograć. Byli blisko, na wyciągnięcie ręki. Sama Patti nie onieśmiela – choć wszyscy wiemy, skąd przyszła i jak wiele zrobiła dla świata sztuki. Budząca zaufania, skracająca dystans, będąca na wyciągnięcie ręki. W luźnych dżinsach, programowo za dużej marynarce, w czapce, z burzą siwych długich włosów i kubkiem herbaty w ręce.
Dużym nietaktem byłoby wytykanie Patti Smith wieku. Czas płynie, wszystko się zmienia, ale to, co najważniejsze pozostaje niezmienne: głos i przekaz. Ma ona też cechę, której brakuje wielu: dystans do siebie. Wystarczy przypomnieć ubiegłoroczny występ na Glastonbury, gdzie swój upadek na scenie skomentowała „i co, k****, z tego?”. W Dolinie Charlotty ciężar gatunkowy był mniejszy (pomyłka w tekście), ale zamiast zażenowania zobaczyliśmy na jej twarzy tylko i aż szeroki uśmiech.
Patti Smith Group tworzą: Lenny Kaye – współpracownik od ponad 40 lat, syn artystki Jackson Smith, Tony Shanahan i Jay Dee Daughtry. Perfekcyjna maszyna, mocno skupieni na swoich instrumentach towarzysze wokalistki. Ich gra była pełna spokoju, daleka od punkowej wrzawy. Oni nie muszą.
Publiczność, choć szczelnie nie wypełniająca amfiteatru, była w pełni oddana i reagująca na każdy, nawet najdrobniejszy gest artystki. Jedynie oni przypominali, że ta piątka na scenie to Ikony.
Tak, mam do Patti Smith stosunek nabożny.
Tak, ten koncert spełnił wszystkie moje oczekiwania.
Tak, nadal tańczę. Boso.


sobota, 9 września 2017

BYĆ JAK DOLLY WILDE


Lata nastoletnie to czas bez precedensu. Wspominamy je ze łzami w oczach, uśmiechem, czasem z uczuciem lekkiego zażenowania. Jednak będąc w oku cyklonu zwanego dojrzewaniem, trudno o dystans, jaki dany jest nam później.
Wszyscy chcielibyśmy być wtedy lubiani, ładni, po prostu fajni. I to nie zmienia się w zależności od czasu czy szerokości geograficznej.
To czas, kiedy „wszyscy bez wyjątku tkwią w nieładzie szaleńczego aktu autokreacji próbując wymyślić sobie przyszłość, w której się odnajdą”, jak mówi Johanna, bohaterka książki „Dziewczyna, którą nigdy nie byłam” Caitlin Moran.
Sytuacja życiowa 14-letniej Johanny Morrigan nie przedstawia się interesująco: jest gruba, ma „nietypową” urodę, mieszka z rodziną w przeciętnym angielskim mieście przełomu lat 80. i 90., nigdy się nie całowała. Dzięki pewnemu wierszowi i audycji legendy angielskiego dziennikarstwa muzycznego, Johna Peela, jej życie zaczyna się zmieniać. Przyszłość w końcu klaruje się, a codzienność nabiera kolorów. Mijają dwa lata, a Johanna dzięki konsekwencji i uporowi zostaje dziennikarką muzyczną. Rodzi się na nowo przyjmując pseudonim Dolly Wilde. Zmiana nie jest jedynie formalna: dziewczyna staje się cyniczna, głośna, nosi mocny makijaż i symboliczny czarny cylinder. Tak wkracza w nowy, wciągający świat Londynu, redaktorów czasopisma, w którym pracuje, koncertów i spotkań z muzykami. Jeśli wchodzisz między wrony, musisz krakać tak jak one – ale tak, aby brzmiało to legendarnie. I wtedy „wszyscy kochają nieznośnego bachora na fali”.
„Dziewczyna, którą nigdy nie byłam” to opowieść o tym, że błędy młodości należy popełniać w młodości, a szczęśliwy ten, kto umie wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. To książka o niezwykłej intensywności poznawania i przeżywania po raz pierwszy. O tym, jak wszystko mocno rezonuje, kiedy ma się naście lat. O tym, jak się szuka, jak się marzy, jak się przecenia i nie docenia.
Caitlin Moran na wstępie zastrzega, że życie Johanny nie ma nic wspólnego z jej przeżyciami. Znając życiorys Moran można jednak dostrzec mnóstwo punktów zbieżnych: autorka jako 13-latka wygrała swój pierwszy konkurs literacki, a trzy lata później zaczęła współpracę z „Melody Maker”. Podobnie jak Johanna pochodzi z wielodzietnej rodziny, mieszkała w Wolverhampton i dość wcześnie porzuciła edukację.
Niemały wysiłek włożony w napisanie tej książki, do którego przyznaje się autorka, opłacił się. „Dziewczyna..” należy do tej grupy książek, które wciągają bez reszty. Salwy śmiechu podczas czytania gwarantowane. Ba!, to nawet gotowy materiał na film. Dodatkowe punkty należą się za niezwykłą szczerość i bezpruderyjność języka (żeby nie nazwać jej lekką sprośnością). Wszystko to sprawia, że życie Dolly, to znaczy Johanny, staje się naszym udziałem – choć czasami wzbudza uśmiech politowania.
Uważam, że to nie jest książka dla nastolatek. Na miejscu matek córek obawiałabym się, że niemal każda dziewczyna, która ją przeczyta rzuci szkołę, by – jak Dolly - w końcu móc wypowiedzieć legendarne słowa „Jestem z zespołem”.