niedziela, 19 listopada 2017

Playlista #4

Po ubiegłotygodniowym przywoływaniu duchów, tym razem zacznijmy od bardziej optymistycznego utworu.



Elton John, "Your song", rok 1970. 
Utwór idealny na początek, zawsze wywołuje u mnie uśmiech. 
Należy on też do chlubnego gatunku ear wormów - raz usłyszany, wwierca się w głowę. Nucenie obowiązkowe - czego Wam serdecznie życzę. 

Pozostańmy jeszcze na chwilę w przeszłości, tym razem mniej odległej. 
Zróbcie głośniej. 



Procupine Tree, "Even less", z płyty "Stupid Dream". 
Gdy ten album, z niesamowitym początkiem w postaci "Even Less" ukazał się w 1999 roku, słuchałam go na tyle głośno,  ile tylko pozwalały możliwości mojego ówczesnego sprzętu grającego. 
Utwór, którego przed momentem słuchaliśmy niespodziewanie przyszedł do mnie w piątkowy wieczór. 
Pomyślałam wtedy, że cała twórczość Stevena Wilsona, czy to z Porcupine Tree, z Blackfield czy solo cechuje pewien specyficzny typ wrażliwości, który do pewnego wieku wydaje się być niesamowity i nieporównywalny z niczym innym, a później... wyrasta się z niego i patrzy wstecz z uśmiechem lekkiego zażenowania. Jest też druga droga: pozostaje się w jej kleszczach na zawsze. 
Nietrudno się domyślić, którą drogę wybrałam ja. Ale znam też oczywiście takich, którzy podążają w odwrotnym kierunku. 

Wracamy do roku 2017. Przed nami muzyczny spadkobierca Eltona Johna. 



Father John Misty z płyty "Pure Comedy", jednej z kandydatek do tytułu albumu roku 2017. 

Jaką kolejność podpowie mi serce w tym roku ujawnię ostatniego dnia grudnia. Póki co, na początku drugiej połowy listopada wiem tylko tyle, że walka jest bardzo wyrównana, miejsce na szczycie jedno, a kandydatów przynajmniej pięciu. 

Na pewno w zestawieniu znajdzie się miejsce dla Morrisseya, który 17.listopada wydał kolejny album.
Artysta tyleż kochany, co znienawidzony - ale kto sieje kontrowersje, ten zbiera burze. I weganizm akurat jest tu najbardziej niewinnym jego "przewinieniem". Oskarżany o sympatie faszystowskie, rasizm, islamofobię, a nawet pedofilię, swego czasu życzył śmierci nawet samej brytyjskiej królowej. 
W 2017 roku, 31 lat po tamtym słynnym albumie The Smiths, chłopiec z okładki "Low in High School" stoi pod bramami Płacu Buckingham z siekerą w jednej ręce i transparentem z napisem "Axe the monarchy" w drugiej... 





Dwa początki; najpierw płyta "The Queen is Dead" jeszcze z The Smiths, później - "Low in High School". 
Przyznaję bez bicia, że Morrissey jest moim cichym bohterem ostatnich kilku tygodni. Przyznaję, jestem odrobinę zaskoczona, bo nigdy nie darzyłam Mozza wielką atencją. Raczej przyglądałam się poczynaniom pretensjonalnego dupka, którego twórczość jest tylko dodatkiem do ego wielkości stanu Kalifornia. 
Cóż, myliłam się. 
Ciekawostka: 10.listopada, dzień koncertu artysty w Los Angeles, został tam ogłoszony Dniem Morrisseya. Nie wiadomo mi, jak on sam zareagował na takie uhonorowanie swojej osoby. 

Tymczasem, w odległym o kilka tysięcy kilometrów od Miasta Aniołów kraju, gdzie dzień później ulicami miast przeszły mniej lub bardziej patriotyczne marsze z okazji Dnia Niepodległości, wystąpił bardzo dobry, choć nieco zapomniany i bardzo niedoceniony artysta. 



Mark Lanegan - bo o nim mowa - zaśpiewał nam już w ubiegłym tygodniu przy okazji wspomnienia o Layne'ie Staley'u. Posłuchajmy więc jeszcze jednej jego kolaboracji. Tym razem Lanegan z Gregiem Dullim jako Gutter Twins - "Bete Noire".


Dobranoc. 



niedziela, 12 listopada 2017

Playlista #3

Niemal od poczatku wiedziałam jak zakończy się ta playlista. Mimo tego do głowy przychodziły mi kolejne piosenki. Zdecydowanie trudniej było zacząć. 
Postanowiłam więc, że - zwiastując temat wspólny dla wszystkich artystów z tego tygodnia - zaczniemy od piosenki o ostatnim pożegnaniu.  



Anathema, "One Last Goodbye" z płyty "Judgement", rok 1999. 
W lipcu miałam okazję być na jednym z dwóch polskich koncertów braci Vincenta i Danny'ego  Cavanagh, filarów Anathemy. Kameralność, czy wręcz intymność tego, co działo się na scenie, mocno podkreśliła wydźwięk tego utworu napisanego przecież dla Helen Cavanagh, matki Vincenta i Daniela. 

Listopad siłą rzeczy jest miesiącem wspomnień o tych, którzy odeszli. Co roku lista jest dłuższa, a widok zapisanych na niej nazwisk coraz bardziej dotkliwy. 
Nie uda się niestety zatrzymać czasu. 
Przez ostatnie 12 miesięcy Ktoś odebrał nam zupełnie niespodziewanie kilku wyjątkowo ważnych muzyków. Pozwolę sobie jednak na przypomnienie Nieobecnych najważniejszych dla mnie. 



Jeff Buckley, "Everybody Here Wants You". 
Jedna z najbardziej zmysłowych, sensualnych utworów w historii muzyki. 
Buckley zdążył nagrać tylko jedną płytę, a prace nad drugą przerwała jego tragiczna śmierć w maju 1997 roku. "Sketches from my Sweetheart the Drunk" została dokończona przez przyjaciół artysty i to właśnie z niej pochodzi utwór, którego słuchaliśmy. 



Joan Wasser, znana teraz jako Joan as Police Woman, wtedy z zespołem Those Bastard Souls, w hołdzie Jeffowi Buckley'owi nagrała album "Debt & Departure". To była także jej próba poradzenia sobie z jego śmiercią. 
Chris Cornell, również przyjaciel Buckleya, zadedykował mu "Wave Goodbye". Utwór znalazł się na pierwszym solowym albumie artysty, "Euphoria Morning" z 1999 roku. 
Jak wiemy, nie był to pierwszy taki hołd dla przyjaciela w karierze Chrisa Cornella. 
Oto ten najważniejszy.



Jedyny taki zespół, jedyna taka płyta, nagrana dla artysty jedynego w swoim rodzaju - Andy'ego Wooda, lidera Mother Love Bone. 

Chris Cornell pojawia się oczywiście nieprzypadkowo. Pisałam już o znaczeniu Jego muzyki i osoby dla mnie (http://ewabujak.blogspot.com/2017/05/in-memory-of.html). Minęło niemal pół roku od śmierci Cornella, ale świadomość jego braku wciąż boli tak samo. 

Last Christmas... odszedł George Michael. 



Pamiętam dobrze noc między Pierwszym a Drugim Dniem Świąt Bożego Narodzenia; przeczytaną nad ranem wiadomość od koleżanki... Nie udało się już zasnąć. 

And the wounded skies above say it's much, much too late
Well, maybe we should all be praying for time


To "Praying for Time", otwierający plytę "Listen Without Prejudice vol.1", drugą solową płytę George'a Michaela. Warto też wspomnieć, że niedawno ukazało się wznowienie tego albumu z dołączonym drugim dyskiem, z zapisem koncertu MTV Unplugged, jaki artysta zagrał w 1996 roku. 

Tam też znalazł się ten utwór. 


George Michael przez lata swoje kariery eksperymentował z wieloma gatunkami muzyki, ale najważniejszy zawsze pozostał ten szlachetny pop. A tego nigdy dość. 

Wróćmy na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. 



Na 1.listopada przypada rocznica - w tym roku 23. - ukazania się albumu "Unplugged in New York" Nirvany. Ja po raz pierwszy Nirvanę i Kurta Cobaina usłyszałam właśnie z tego koncertu niemal dokładnie trzy lata po jego ukazaniu się. Zachłysnęłam się nią totalnie. 
Wracam z nieskrywanym sentymentem do Cobaina, jako do bohatera moich nastoletnich lat i do muzyki Nirvany. Rok 2017 niesie także ważną rocznicę dla mnie - od tamtego wieczora dwadzieścia lat temu, od pierwszego przes luchania "Unplugged in New York" rozpoczęła się moja miłość do muzyki rockowej. 




Mad Season, kolejny zespół jednej płyty. Tu "Long Gone Day" z gościnnym udziałem Marka Lanegana. Powstanie Mad Season było jedną z licznych prób wyciągnięcia Layne'a Staleya, wokalisty Alice in Chains, ze szponów narkotykowego nałogu. 
Jak wiemy, nie udało się. Staleya odnaleziono martwego 19.kwietnia 2001 roku, ale jak ustalono śmierć nastąpiła dwa tygodnie wcześniej. 

Dobranoc. 

piątek, 3 listopada 2017

Kortez "Mój dom"


















Wyobraź sobie, że spotykasz na swojej drodze faceta. Siada naprzeciwko ciebie, wyciąga gitarę z futerału. Poza nią ma do dyspozycji tylko jedno narzędzie: swój głos. Zaczyna pleść swoją opowieść.
Od pierwszego dźwięku, od pierwszego zaśpiewanego słowa wiesz, że to opowieść kompletna. Płynie swoim rytmem, możesz ją wziąć jak swoją lub odrzucić. Nie ma innej drogi, nie ma niczego pomiędzy.
Taka była debiutancka płyta Korteza, „Bumerang”, taka jest jego druga pełnowymiarowa opowieść – „Mój dom”. Wciąż mnóstwo tu cichego smutku i tego, co dla jego twórczości najbardziej charakterystyczne – rys, pęknięć, a nawet otwartych złamań. Po wyśpiewaniu takiego bagażu jak „Zostań” czy „Od dawna już wiem” Kortez przedstawia historię cyklu miłości w dziewięciu aktach. Nie da się jej rozpatrywać inaczej niż jako pełnej, ciągłej historii mającej swój początek i – niestety- koniec.
Zaczyna się od niepokojących dźwięków pianina. „Pierwsza” to moment przejściowy między tym, co było a tym, co nadchodzi. Wiem, że byłabyś gotowa przejść to wszystko, by mnie poznać, wiem, że byłabyś gotowa być jak ona… Tu jest bycie razem, jest uczucie, tu jest dom, tu jest ucieczka w ramiona drugiej osoby, tu jest bliskość. Nie jest idealnie, ale przecież nie może być („Dobrze, że cię mam”). Jest dobrze, wystarczająco dobrze. W tej części płyty muzycznie jest coś z klimatu zadymionego, dusznego baru i tego, co robi Elvis Costello czy Van Morrisson.
Najważniejszym utworem jest „Dziwny sen”. On emocjonalnie niesie całą płytę, to jest jej definicja. To jest jej kluczowy moment, apogeum. To, w jaki sposób Kortez śpiewa słowa słyszę, jak mówisz: „nie zostawiaj mnie” to mistrzostwo świata w przekazie na linii serce – serce. Gdy kończą się słowa, ich rolę przejmuje partia fortepianu brzmiąca jak ucieczka - od siebie nawzajem.
O „Dziwnym śnie” artysta mówi: „to tylko moja piosenka”.
To taki trudny wiek, człowiek lubi gubić się (…) taki trudny wiek, że więcej chcesz niż to, co już umiesz znieść – śpiewa dalej. Ziemia niczyja, wina niczyja. Tak jest. Wystawiasz się na cios i czekasz albo zadajesz go sam.
„Mój dom” kończy „Wyjdź ze mną na deszcz”, jak mówi twórca, „jednorazowy lot” jeszcze bardziej osobisty niż „Dziwny sen”. Ta próba ratunku, ta wyciągnięta ręka, stanowi rodzaj otwartego zakończenia zostawiając miejsce na dopisanie własnego końca. Lub dalszego ciągu.
Jak poddać recenzji płytę, która wydaje się być zapisem osobistej intymności Korteza? Która jest jak kartka wyrwana z pamiętnika, do którego nie chce się wracać?
Próba zrozumienia muzyki Korteza i jego fenomenu to grząski grunt – łatwo popaść tu w przesadę czy w banał, podobnie z resztą jak w tematach, które artysta porusza. Tu wyświechtany frazes nie jest najlepszym rozwiązaniem. Teksty, napisane głównie przez Agatę Trafalską, są lapidarne, ale na tyle dosłowne, że ich przekaz jest doskonale zrozumiały. Mnóstwo tu tęsknoty i poczucia nieuchronnego końca. Mimo wszystko jest jakieś dalej.
Muzyka na drugiej płycie Korteza jest nieco inna niż na „Bumerangu”, może odrobinę bardziej przystępna i bardziej rozbudowana. Dużo tu pozornie łagodnego brzmienia klawiszy, kojarzącymi mi się z pozytywką przypominającą o domu, dziecięcym pokoju, byciu razem.
To co najważniejsze dzieje się tu znów pomiędzy słowem i jego interpretacją. Kortez pokazuje, że nie potrzeba fajerwerków, ozdobników. Wydaje się, że w jego słowniku nie ma takich słów jak „wyraźniej”, „dobitniej”, „głośniej” czy „mocniej”.
Kortez nie ocenia, nie komentuje. Opowiada. To nie jest żaden manifest. „Mój dom” to kopniak, jaki sami sobie wymierzamy – prosto w serce. Zostawia każdego ze swoją dziurą gdzieś tam w środku. Swoim wspomnieniem, doświadczeniem, zdjęciem.
O tym, co osobiste opowiada jak o czymś uniwersalnym. I tak chyba w gruncie rzeczy jest.
Wnosi opowieść o intymności na wyższy poziom. „Mój dom” opowiada historię każdego z nas. I choć różnimy się od siebie, to pozostawia nas z przekonaniem, że każdy z nas jest taki sam.
Sam.

niedziela, 29 października 2017

Playlista #2



And we don't care...Nie mogłam zacząć inaczej. Sex Pistols, "Pretty Vacant". Jedna z płyt, które wywróciły historię muzyki (i nie tylko) do góry nogami stworzona przez autorów największego rock'n'rollowego szwindlu.
Wczoraj, 28. października, ich jedyna płyta z całkowicie premierowym materiałem, "Never Mind the Bollock's, Her's the Sex Pistols" skończyła 40 lat.

A skoro jesteśmy przy rocznicach - dokładnie rok temu, na warszawskim Torwarze wystąpił zespół Placebo. Wśród kilkunastu zagranych przez zespół utworów był ten dla wielu słuchaczy i fanów najważniejszy - "Without You I'm Nothing". Oryginalnie znalazł się on na płycie o tym samym tytule, ale posłuchajmy tej wyjątkowej wersji z Davidem Bowie. Świadectwa niezwykłej współpracy i wsparcia doświadczonego artysty dla młodszych kolegów, którzy dopiero co nagrali swój drugi album.



Wtedy, na Torwarze, utworowi towarzyszyły zdjęcia Davida Bowie wyświetlane na ekranie z tyłu sceny - uśmiechniętego, rozluźnionego. Po wybrzmieniu ostatniego akordu Brian Molko wycelował palcem w niebo. I wtedy nie tylko on miał łzy w oczach i ściśnięte gardło.

Również na Torwarze 24. października zagrał Nick Cave z The Bad Seeds.
Posłuchajmy "Hallelujah" z płyty "No More Shall We Part" wydanej 16 lat temu.



Niestety, nie byłam na tym koncercie. Słysząc i czytając relację z tego wydarzenia wiem, że drugi raz tego błędu nie popełnię.

Klimat muzyczny gwałtownie ulegnie za chwilę zmianie, ale pozostaniemy przy wydarzeniach koncertowych.



Oryginalnie ta piosenka znalazła się na "Las Maquinas de la Muerte" Kazika Na Żywo, tu Monika Brodka w swojej wersji "Taty dilera". Nagranie pochodzi z finałowego, siódemego koncertu Męskiego Grania z Żywca. Podczas tegorocznych wakacji Orkiestra dowodzona tym razem przez Tomasza Organka, Piotra Roguckiego i Monikę Brodkę po raz kolejny przedstawiła swoje interpretacje ważnych dla polskiej muzyki piosenek. 
Męskie Granie co roku dokumentowane jest wydawnictwem płytowym, oczywiście nie inaczej będzie w tym roku - płyta będzie miała premierę już 10.listopada, a promuje ją właśnie "Tata dilera".

Byłam na drugim przystanku Męskiego Grania we Wrocławiu. I choć zabrzmi to banalnie, było to dla mnie wyjątkowe wydarzenie muzyczne i nie tylko muzyczne (choć tu szczegóły zostawię dla siebie).
Największym zaskoczeniem był dla mnie Miuosh - choć do polskiego hip-hopu i jego okolic jest mi bardzo daleko.


To, co pokazał w duetach z Darią Zawiałow, Kasią Nosowską, Tomaszem Organkiem czy  Piotrem Roguckim to mistrzostwo zarówno pod względem wokalnym, jak i interpretacyjnym. Muzycznie Miuoshowi towarzyszyła FDG Orkiestra z sekcją dętą, co potęgowało brzmienie. 

Na Męskim Graniu wystąpił także Kortez. Choć miałam deliktne wątpliwości, czy jego muzyka pasuje do imprezy tak masowej, że aż brakuje biletów, rozwiały się one błyskawicznie gdy tylko artysta zaczá swój wystép. Na polskiej scenie chyba nikt inny nie potrawi wytworzyć atmosfery takiej intymności i zapomnienia o otaczającym świecie.
Druga pełnogrająca płyta Korteza, "Mój Dom", ukaże się już w najbliższy piątek, a promuje ją "Dobry Moment".



Niemal na koniec "Wonderful" Stone Temple Pilots z płyty "Shangri-La Dee Da" z 2001 roku. Jego ówczesny wokalista, Scott Weiland, od lat zmagał się z uzależnieniami, co wcale nie było tajemnicą. Dwa lata temu był po kolejnym odwyku, śpiewał w zespole Art of Anarchy, grał koncerty, ale nadzieje na wyjście na prostą okazały się być płonne. Zmarł na początku grudnia 2015 roku. Świat muzyczny po raz kolejny westchął, ale nie da się ukryć, że nie był on jego pupilkiem. Razem ze Stone Temple Pilots wpisywał się w nurt muzyki grunge, ale nie był wymieniany jednym tchem z Nirvaną, Pearl Jam, Soundgardem i Alice in Chains. Być może nawet większy sukces odniósł w połowie ubiegłej dekady z Velvet Revolver, gdzie występował ze Slashem czy Duffem McKaganem, choć ta supergrupa zostawiła po sobie tylko dwa albumy.
27. października Scott Weiland obchodziłby 50. urodziny.



Dobranoc.




niedziela, 22 października 2017

Playlista #1



Raven Eye “Hey Hey Yeah”
Na dobry początek wspomnienie koncertu sprzed dwóch tygodni. Nie może być inaczej. Skutki 40-minutowe tornada, jakie przeszło w wiedeńskim klubie Gasometer, odczuwam do dziś. Muzyka RavenEye, choć przecież nie nowatorska ani odkrywcza, to solidny rock’n’rollowy kopniak. Ich koncert okazał się być dla mnie tak samo ważny, jak koncert głównej gwiazdy tamtego wieczora, czyli Bush. 

A skoro o Bush mowa... Zaraz po zakończeniu europejskiej trasy zespół opublikował niespodziwanie dwa nowe utwory, wpisaując się tym samym w plagę niespodzianek sprawianym przez wykonawców swoim fanom. I tak światło dzienne ujrzały "Alien Language" oraz "This is War", który można było usłyszeć także na żywo podczas większości koncertów, jakie Bush grał w Europie. 



Zostańmy jeszcze na chwilę przy nowościach.



"Spent the Day in Bed" zapowiada nowy albumu Moza – “Low in High School”. Piosence, którą znamy już od kilku tygodni, towarzyszy świetny teledysk. Podczas jego oglądania zastanawiałam się, czy artystę rzeczywiście stać na autoironię czy po prostu po wszystkich swoich wybrykach chciałby być postrzegany, jako Facet, Który Jednak Ma Do Siebie Dystans. Odkręć kurek, wypuść powietrze.
I pamiętajcie, there’s nothing wrong with being good to yourself.

W tym tygodniu ukazała się jeszcze jedna, długo wyczekiwana nowość. 
"The Doomed" to pierwszy utwór A Perfect Circle od 2013 roku. Przyczyny tak długiego oczekiwania leżą podobno w powolnym trybie pracy Maynarda Jamesa Keenana oraz Billy’ego Howerdella.

Jak brzmi A Perfect Circle A.D. 2017 oceńcie sami. 




Placebo „Plasticine”
Brian Molko, Stefan Olsdal i Steve Hewitt, czyli Placebo w swoim najmocniejszym składzie, z płyty „Sleeping With Ghosts”. Był rok 2003. Pamiętam sierpniowe popołudnie, kiedy w łódzkim Empiku trzymałam w jednej ręce właśnie płytę Placebo, a w drugiej debiut Cool Kids of Death. I mogłam wybrać tylko jedną…
Okładka, ta pamiętna okładka autorstwa Jeana-Baptiste’a Mondino, jest jedną z tych najbardziej poruszających. A sama zawartość krążka – ostatnią TAK dobrą płytą Placebo. 

Skoro jesteśmy już w przeszłości, cofnijmy się jeszcze o krok dalej. 
Ta piosenka chodziła za mną wczoraj cały dzień. 


Alison Moyet, sam początek płyty „HooDoo” wydanej w 1991 roku. To była jedna z płyt, których jako dziecko i prawie nastolatka słuchałam niemal codziennie. I choć słuchana po latach nie robi już takiego wrażenia, to wciąż zajmuje ważne miejsce na mojej ścieżce dźwiękowej. I zawiera kilka mocnych punktów, a "Footsteps" jest zdecydowanie jednym z nich. 

Przez ostatnich kilka dni aura rozpiwszczała nas ciepłem i słońcem. Pomyślałam: dlaczego nie? Choć ta płyta tak bardzo przypisana jest do określonego czasu w roku, do jednego miesiąca, to dlaczego by nie porozpieszczać siebie? W końcu nie ma w tym nic złego. Gdybym miała wybierać utwór zgodnie z dzisiejszą pogodą, zdecydowanie bardziej pasował by dziś "Sunday Rain" z ostatniej płyty Foo Fighters. Ale - na przekór jesieni, na przekór nadchodzącej zimie - Talk Talk z płyty "The Colour of Spring": "Life's What You Make it".


W minionym tygodniu, dokładnie 9.pażdziernika, minęło 30 lat od ukazania się tej płyty. 



INXS, niezapomniany Michael Hutchence na wokalu, płyta "Kick" i "Mystify". Najważniejsza płyta w historii tego australijskiego zespołu; 20 milionów sprzedanych egzemplarzy na całym świecie, kilka potężnych hitów, w tym ten najważniejszy - "Never Tear Us Apart". Ale "Mystify" niewiele mu ustępuje. 
Do nagrań Michaela Hutchence'a będę jeszcze niejednokrotnie wracać, bo są one warte poświęcenia im uwagi, choć wydają się być ograne wzdłuż, wszerz i w poprzek.  

Najważniejszymi, najpiękniejszymi są piosenki piosenki o miłości. Banalne? Być może. Ale czasami najlepszym sposobem by o miłości opowiedzieć jest stary, wyświechtany frazes. Nawet, gdy jest się człowiekiem posiadającym dar wyjątkowego używania słów. 


Fish i "Cliche", dziś z powodu prywatnego - w mijającym tygodniu artysta i jego partnerka, Simone, powiedzieli sobie sakramentalne "tak".  

Dobranoc.






poniedziałek, 16 października 2017

Bush & RavenEye, 8.10.2017, Gasometer, Wiedeń, pt.II

Podczas warszawskiego koncertu w lipcu 2013 roku, Gavin Rossdale, wokalista Bush, zapowiedział nie tylko nową płytę, ale także rychły powrót do Polski. Od tego czasu zespół zdążył wydać już dwie płyty, ale żeby zobaczyć go na żywo, trzeba było udać się za granicę. Wybrałam Wiedeń, jeden z piętnastu przystanków na europejskiej trasie.
W ramach sprawiania sobie drobnych przyjemności pokusiłam się o zakupienie pakietu vip obejmującego kilka pamiątkowych gadżetów oraz spotkanie z zespołem zakończone wspólnym zdjęciem. Było to moje drugie spotkanie z Bush, jednak tym razem było ono krótsze, choć bardziej bezpośrednie. Na wstępie obowiązkowe hugsy z Robinem Goodridgem i Gavinem Rossdale’m, potem kilka minut zupełnie luźnej i niekrępującej rozmowy, w której tym najbardziej gadatliwym okazał się być Chris Traynor. I szybko, szybko, zdjęcie. I już.
Przez kolejne pół godziny czułam nawet wyrzuty sumienia, że nie podobała mi się płyta "Black and White Rainbows".

W roli suportu wystąpili RavenEye. Przez 40 minut dali wszystkim lekcję soczystego, zakorzenionego w przeszłości hard rocka. Ich koncerty powinny być opatrzone ostrzeżeniem „nie róbcie tego sami w domu”: skoki z perkusji, balansowanie na barierkach, turlanie się… Stałam pod samą sceną, miałam więc okazję z bliska obserwować cały repertuar rock’n’rollowych min, gestów i zachowań Oliego Browna, Aarona Spiersa i Adama Breeze’a.
Jest ich trzech, ale w tym przypadku „tylko” znaczy „aż” – energią, którą wkładają w granie, mogliby obdzielić kilka tuzinów ludzi. Na koncie mają na razie debiutancki album („Nova” z 2016 roku) i supportowanie tuzów rock and rolla, ale warto ich obserwować i czekać na więcej.
Po ich koncercie musiałam zbierać szczękę i uszy z ziemi, a z perspektywy kilku dni traktuję go równorzędnie z koncertem głównej gwiazdy. Nie ma się co martwić o przyszłość rocka; młodzi, wychowani na najlepszych wzorcach dadzą sobie świetnie radę. Masywne brzmienie, świetne melodie i iskry krzesane przez samych muzyków - to jest dokładnie to, na co czekam.
Co ciekawe, mieli w tym roku grać we Wrocławiu na Capital of Rock razem z Wolfmother i The Prodigy, ale cały festiwal został odwołany. Mam wielką nadzieję, że niedługo pojawią się tu ponownie. Apetyt na takie granie wraz z całą jego otoczką rośnie.
A propos spotkań – po zakończeniu koncertu Bush miałam okazję porozmawiać chwilę z muzykami RavenEye. Bardzo bezpośredni (ilu muzyków wita zupełnie obce osoby jak starych znajomych?), otwarci, entuzjastyczni, ciekawi tej drugiej strony. Na każdy komplement i gest wsparcia pod swoim adresem reagujący gromkimi okrzykami.

Wróćmy jednak do głównego punktu programu. Chwilę po godzinie 20 zgasły światła i przy motywującej owacji Robin Goodridge, Chris Traynor, Corey Britz i Gavin Rossdale weszli na scenę. Szczerze mówiąc, obawiałam się nieco o repertuar, bo ostatnie nagrania zespołu nie do końca przypominają to, co zespół pod tym szyldem grał niegdyś.
Przed koncertem przeglądałam setlisty z innych krajów. O ile w Stanach punkt ciężkości przeniesiony był na materiał z dwóch ostatnich płyt („Man on the Run” oraz „Black and White Rainbows”), o tyle w Europie przeważały utwory z pierwszych lat działalności. Co więcej, pojawił się na nich nowy utwór, „This is war”, brzmiący jak powrót do przeszłości. Niestety, nie usłyszeliśmy go w Wiedniu. Pocieszający jest fakt, że brzmi on o niebo potężniej niż to, co zespół nagrał przez ostatnie trzy lata.
Zaczęli od „Everything Zen” – ta energia wciąż poraża. A dalej było tylko lepiej: „Chemicals between us”, „Prize Fighter”, „Greedy Fly”, „Sound of Winter”, „People that we love”, “Swallowed”… Wypełniona ściśle sala klubu Gasometer jednomyślnie dawała się tej energii porwać. Dobór utworów nie pozwalał na chwilę wytchnienia, także muzykom. Pod koniec setu Gavin Rossdale pozwolił kolegom odpocząć i sam, akompaniując sobie jedynie na gitarze, zagrał „Letting the cables sleep” oraz część „Glycerine”. Drugą część utworu zagrali wszyscy wspólnie, rozpędzając go do wersji dobrze znanej z koncertów. Jako ostatni wybrzmiał jeszcze „Little things”, podczas którego wokalista dzielnie przedzierał się przez tłum. Z „Black and White Rainbows” pojawił się tylko jeden utwór („Nurse”); moje obawy okazały się być więc bezpodstawne.
Na bis obowiązkowo „Machinehead”, „The One I love” z repertuaru R.E.M. oraz „Comedown”. Światła zgasły.
Bush, do spółki z RavenEye, dali publiczności solidną lekcję muzycznej historii.
Ogłaszam wynik: teraźniejszość – przeszłość 0:2.

wtorek, 10 października 2017