sobota, 20 maja 2017

In memory of...












Kiedy się zaczęło? Dokładnie nie pamiętam... Najprawdopodobniej w 1999 roku, gdy ukazał się pierwszy solowy album Chrisa Cornella. Wcześniej na pewno znałam "Black Hole Sun" czy "Fell on Black Days", nie ma możliwości, żebym ich nie słyszała.
No wiec wtedy, w 1999 roku, najpierw był wywiad Piotra Stelmacha z radiowej "Trójki" przeprowadzony w Londynie. Jego radiową wersję miałam na stronie A kasety magnetofonowej (na stronie B był wywiad z Red Hot Chili Peppers), wersję drukowaną mam do dziś w miesięczniku "XL".
3.grudnia 1999 roku kupiłam album "Euphoria Morning" w nieistniejącym już kłodzkim sklepie "Musik Welt". Od razu zaczęłam słuchać go na walkmanie. Szłam przez miasto, było już ciemno. Później w swoim dzienniku określiłam go jako "leniwy, mroczny, pesymistyczny, zabójczo piękny". Uwielbiam go do dziś.
Na pewno w kwietniu 2001 roku w "MTV Spin" zobaczyłam po raz pierwszy teledysk do "Jesus Christ Pose". Niedługo potem obcięłam poniżej kolana swoje czarne dżinsy.
W międzyczasie była trójkowa audycja "Pół Perfekcyjnej Płyty", a w niej płyta "Superunknown", jej pierwsza strona. Było to na pewno 23.maja 2000 roku, nie jestem jedynie pewna, kto ją prowadził - prawdopodobnie Paweł Kostrzewa.
A potem Audioslave oraz kolejne solowe album Cornella "Carry On", "Scream", niedawno "Higher Truth". "You Know My Name" z mojej ulubionej części przygód Jamesa Bonda. Radość z "King Animal", powrotu Soundgarden. Cornell nie pozwalał o sobie zapomnieć.
Na koncert Soundgarden w 2014 roku z racji posiadanie 3-miesięcznego dziecka nie mogłam się wybrać.

Jest 18.maja 2017 roku, kolejna rocznica śmierci Iana Curtisa z Joy Division. I nagle wśród zalewu informacji ta jedna opatrzona znajomą twarzą.
"Soundgarden and Audioslave singer Chris Cornell has died, aged 52". Jeszcze raz. Soundgarden, Audioslave, Chris Cornell. Tak, chodzi o niego. Died.Died? D-I-E-D. Died.
Czy to głupi żart? Po co "New Musical Express" miałby robić głupie żarty? Cornell zagrał koncert z Soundgarden w Detroit, a potem został znaleziony martwy w pokoju hotelowym. Jego śmierć była nagła i niespodziewana.
Nie lubię, nie pozwalam, oddajcie go, kimkolwiek jesteście!
Słowa więzną gdzieś w środku, słyszę tylko swoje mocno bijące serce.
Kilka minut i wiadomość się powtarza. Cień nadziei, gdy któryś serwis podaje, że to plotka.
Kolejne godziny i kolejne wiadomości nie pozostawiają wątpliwości. Chris Cornell zginął śmiercią samobójczą.

Oglądam "Slaves And Bulldozers", które kończyło koncert w Detroit. Muzycy wpletli w niego fragment "In my Time of Dying" Led Zeppelin. Jesus going to make up my dying bed, meet me Jesus, meet me... Wszystko układa się w jakieś koszmarne puzzle.
Dla mnie najważniejszą płytą, jaką nagrał pozostaje jednak jedyny album Temple of the Dog". "Reach Down", "Times of Trouble", "Pushin' Forward Back", oczywiście "Hunger Strike". I "Call Me a Dog", która za każdym razem przywołuje słodko-gorzkie wspomnienia już od niemal dekady.
Kilka tygodni temu mówiłam, że jeśli reaktywowany Temple of the Dog przyjedzie do Europy, pojadę na jej najdalszy kraniec, żeby ich zobaczyć i usłyszeć na żywo ścieżkę dźwiękową swojego życia. Nie uda się.
Było słychać, że Sondgarden szykuje się do nagrania kolejnego albumu. Ostatnim utworem, jaki nagrał Chriss Cornell był "The Promise" do filmu o tym samym tytule. ...the promise to survive...

Do zobaczenia - w niebie, w piekle - nieważne. Wiem, ze dobrze tam grają.

sobota, 25 lutego 2017

5.lutego 2017












I tak oto wkraczamy w rok 2017 w towarzystwie Raya Wilsona.
Jego zimowa trasa pod hasłem "Genesis Classic" objęła osiem polskich miast. Mnie dane było być na trzecim z kolei koncercie - w dolnośląskim Lubinie.
Przypomnijmy - Wilson, wcześniej wokalista Stiltskin, od początku XXI wieku ceniony artysta solowy również pielęgnujący z powodzeniem klasyki zespołu, w którym śpiewał w latach 1996-1999: Genesis. Z nim nagrał jedną, ale za to bardzo ważną płytę: "Calling All Stations". Kto pamięta transmitowany przez polską telewizję koncert grupy z katowickiego "Spodka"?
Wróćmy do czasów współczesnych. Centrum Kultury "Muza" w Lubinie mile mnie zaskoczyło. Nowoczesna sala na pięćset miejsc, duża scena, świetne nagłośnienie, czyli zaprzeczenie tego, z czym mogą kojarzyć się centra kultury w średniej wielkości miastach.Czego chcieć więcej? Miejsca w pierwszym rzędzie? Ależ proszę.
Ray Wilson i towarzyszący mu zespół zaczynają od "No Son of Mine". Jakże mocna to wersja! Z klasycznych utworów Genesis podczas kolejnych dwóch godzin usłyszeliśmy jeszcze "That'S All", "Congo", "Mama" (na bis), "Follow You, Follow Me". "Another Cup of Coffee" z repertuaru Mike & The Mechanics (kolejnego zespołu Mike'a Rutherforda z Genesis) potwierdziło przypuszczenia, że repertuar obejmie i Genesis, i jego okolice. A więc było też collinsowskie "In the Air Tonight", "Another Day in Paradise" oraz kilka utworów z repertuaru Petera Gabriela (tak!): "In Your Eyes", "Solsbury Hill" oraz przejmujący, niesamowity "Biko". W tym roku mija czterdzieści lat od śmierci Steve'a Biko, a ludzie o innym kolorze skóry czy wyznawanej religii nadal uznawani są za mniej wartościowych. Bojownicy o prawa człowieka nadal są bezkarnie zabijani.
Przy tej okazji artysta wspomniał legendę dziennikarstwa muzycznego, Piotra Kaczkowskiego, który namówił go do włączenia "Biko" do swojego repertuaru. Także Kaczkowskiemu (między innymi) Wilson zawdzięcza ogromną popularność w naszym kraju.
Ray Wilson chwycił po gitarę elektryczną i wybrzmiał "Inside", największy przebój Stiltskin i najbardziej rockowy punkt wieczoru. Z solowych utworów - znów: to, co najlepsze - przepełnione tęsknotą do rodzinnej Szkocji "Alone", dwa tytułowe utwory z ubiegłorocznych albumów: "Song for a Friend" oraz "Makes Me Think of Home". To, co w tym utworze dzieje się od mniej więcej drugiej minuty, przez kolejne sześć... Moim zdaniem to najlepszy utwór napisany przez Raya Wilsona w czasie kariery solowej.
No broken vows, no words left unsaid, no crying out, no thoughts in your head, no fear in me, no blame, no hurt...
Całość zakończył cover "Knockin' on Heaven's Door" Boba Dylana. I wydaje mi się, że można powiedzieć, że taki dylanowski duch unosił się nad całym koncertem: intymność, równowaga, zaduma, poczucie uczestnictwa w czymś zupełnie wyjątkowym.
I jeszcze kilka słów o zespole: perfekcyjny cichy bohater Mario Koszel na perkusji, skupiony Michał "Kool" Łyczek na instrumentach klawiszowych, w pełni oddany muzyce Steve Wilson (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa) na gitarze; bas, saksofon, flet, klarnet - Marcin Kajper... To, co Marcin Kajper wyprawia na scenie trzeba zobaczyć osobiście, bo nie da się tego opisać słowami. I last, but the most important - Ray Wilson. Skromny, uśmiechnięty, niemal nie rozstający się z gitarą akustyczną...
Dopiero po koncercie dotarło do mnie, że oczekiwałam dwóch utworów, które nie znalazły się tego wieczoru na set liście. Nie było? Trudno. Były inne, równie znakomite i idę o zakład, że nikt nie wyszedł z sali nieusatysfakcjonowany.

sobota, 18 lutego 2017

12.listopada 2016


Cóż to był za niesamowity wieczór...
IAMX - po raz kolejny w Polsce, po raz pierwszy we Wrocławiu. W końcu.
Zawsze lubiłam to muzyczne szaleństwo - także za pełne nieoczywistości teledyski, za teksty, za zmiany image'u. To, co spiritus movens Chris Corner robi od lat, jeszcze od czasów Sneaker Pimps jest mi niesłychanie bliskie. I mimo, że to projekt pełen brzmień elektronicznych, to energii, mocnego uderzenia i melodii w nim nie brakuje.
Najważniejszy jest przekaz. Bo choć wszyscy jesteśmy już duzi i do czasy egzaltacji mamy za sobą, to Chris Corner idealnie oddaje doświadczenia nadwrażliwców. Wcześniej opowiadał o świecie mroku, nocy, życia wśród świateł miasta; wszystko w atmosferze delikatnej perwersji i narkotycznych oparach. Teraz jest to świat postdepresyjny, to szukanie własnego miejsca w świecie, który po wszystkim nie wydaje się już być tym samym miejscem. Corner nie boi się mówić o swoich przejściach, nie boi się filtrować swoich przeżyć dźwięki i przez to nadawać swojej twórczości jeszcze bardziej indywidualny rys.

Pisałam te słowa z perspektywy 12 godzin od zakończenia koncertu. Teraz minęły już ponad trzy miesiące, a ja nadal nie mogę znaleźć sobie miejsca.
Nie sądziłam, że ten koncert zrobi na mnie aż takie wrażenie. Spodziewałam się wieczoru wypełnionego fantastyczną muzyką i emocjami, a dostałam kopniaka między oczy.
Od początku do końca, bez chwili na nudę, na wytchnienie, bez zbędnych słów. Jakby co chwilę ktoś podpalał i gasił coraz krótszy lont bomby.
Na scenie nieco wycofana Sammi Doll, cichy bohater Jon Siren za perkusją, górujący nad wszystkimi, z ciałem wymazanym na czarno Chris Corner i niewiele mu ustępująca Janine Gezang. Zaczęli tak, jak zaczyna się album "Metanoia" z 2015 roku - od "No Maker Made Me" i "Happiness". Jako trzecie "Nightlife". Jak nazwać to, co działo się na scenie - techno? Rave? Już wersja studyjna (przypomnę - album "The Alternative") pulsuje niesamowitą energią. Na żywo wypada jeszcze mocniej, dosłownie znosi z powierzchni ziemi. "Unified Field", chwilowe wyciszenie przy "Screams", "Aprodisiac". I w końcu utwór tytułowy z minialbumu "Everything is Burning" wydanego we wrześniu 2016 r. Porywający... Podobnie jak "Spit it Out", choć przyznam, że wolę nawet wersję studyjną od tej zagranej we Wrocławiu - wolniejszej i z użyciem mniejszej ilości dźwięków. Ale świetny utwór obroni się w każdej sytuacji i w każdej wersji.
Podstawowy set zakończył "Kiss & Swallow". To nie może być koniec! Na pierwszy bis przerwany przez przywłaszczenie sobie przez fana należącego do wokalisty ogromnego kapelusza z piórami "I Come with Knives". Musieli zacząć raz jeszcze i tym razem szczęśliwie dokończyli. Dalej zawsze dodający energii i bujający "The Alternative" oraz "Oh Crule Darkness Embrace Me". I już naprawdę na koniec mój faworyt w repertuarze IAMX - "This Will Make You Love Again". Nie spodziewałam się tego zupełnie. Siódme niebo...
Po półtorej godziny, które minęły jak kilka chwil można w końcu złapać oddech. Intensywności przeżyć nie da się zapomnieć. I choć może trudno w to uwierzyć, był to jeden z najważniejszych koncertów, na jakich byłam.

(Zdjęcie z fan page'a klubu Zaklęte Rewiry.)

niedziela, 13 listopada 2016

29.października 2016




Warszawa. Kiedyś ogromna, totalnie obca, teraz bardziej oswojona, swojska.
Tym razem okazała się nieprzewidywalna: śnieg, grad, wiatr, w końcu słońce - najlepszy towarzysz.
Czekałam na ten dzień, na ten moment. I nie zawiodłam się.
Przybywamy pod Torwar na 20 minut przed otwarciem bram i... widzimy pierwsze zmiany. Przeważają dojrzali fani, a obawiałam się, że ciężko będzie wytrzymać pod sceną w tłumie piszczących nastolatek. Nastolatki były, z rodzinami (jak ja kiedyś) lub bez, ale grzeczne i mało rozhisteryzowane. Odniosłam wrażenie, jakby ktoś zamknął drzwi fanklubu i zawiesił na nich kartkę: "dozwolone od lat 25". Zaraz potem pojawiła się we mnie refleksja nad upływającym czasem - dawne nastolatki przez te 9 lat od mojego ostatniego koncertu Placebo zdążyły dojrzeć, a miłość do idola zastąpiła miłość do muzyki.
Zmiana druga: wszyscy stoją grzecznie w kolejkach, nie ma ścisku, rozpychania się łokciami. Kiedyś nie do pomyślenia.
Przed 19 zaczyna zespół Mirror Trap. Niesamowitą przyjemnością było patrzenie na wokalistę - urodzony showman,prawdziwa petarda, choć bez problemu można wymienić co najmniej pięć postaci ze świata muzyki, których się nasłuchał i naoglądał. Trudno natomiast wypowiadać mi się o muzyce, bo przez słabe nagłośnienie trudno było wychwycić coś więcej niż tylko melodyjny zgrzyt.
Kilka minut przed 20 zostaje odtworzona alternatywna wersja teledysku do "Every You, Every Me" udostępniona oficjalnie kilkanaście dni wcześniej. Po niej przekrojowy filmik z migawkami z historii zespołu. Gwiazda wieczoru wchodzi na scenę przy ogłuszającym wrzasku. Brian Molko,Stefan Olsdal, kolejny nowy perkusista Matt Lunn, Fiona Brice, Nick Garvilovic i Bill Lloyd zaczynają od "Pure Morning". Lepiej chyba nie można było. Dalej "Loud Like Love" i "Jesus Son". Nie za bardzo rozumiem po co Placebo nagrywa takie piosenki, ale ok, niech im będzie. Przenosimy się do 2003 roku - "Soulmates" i "Special Needs". "Lazarus" - kolejna nowa piosenka, która znalazła się na dopiero co wydanej składance "A Place for us to Dream".
"20 Years", "I Know", "Devil in the Details"... Naprawdę? Po "Space Monkey" i "Exit Wounds", choć wykrzyczanych ze złością, miałam wrażenie, że koncert jest stracony. Zrobiło się smętnie, żeby nie powiedzieć - nudno. Może to ja już nie umiem się całkowicie przestawić? Może oczekiwania zawsze przerastają rzeczywistość? Nastrój nieco polepsza mi się przy "Protect Me form what I Want". Podczas "Without You I'm Nothing" chyba nie ma na sali ani jednej zobojętniałej na to, co się dzieje na scenie osoby - na telebimach wyświetlają się zdjęcia zespołu z Davidem Bowie, zadowolonym, uśmiechniętym. Brian Molko ze łzami w oczach celuje palcem w niebo dziękując Artyście. Po "36 Degrees" i "Lady of the Flowers" wokalista zapowiada koniec "części melancholijnej" koncertu. Mówi, że smutek nie jest złym uczuciem, że nie ma czegoś takiego jak złe uczucia. Oni sami przez lata brnęli przez mrok, ale teraz przeszli na jasną stronę. I że zawsze mamy wybór. Te słowa dla mnie, w tym miesiącu tego roku, są jak znak na drodze...
Od tego momentu koncert wkracza na nowe tory. Nie wiem, czy takie były założenia od początku, czy może sam zespół zobaczył, że koncert wymyka się z rąk, nieważne. "For What it's Worth" to bardzo dobry koncertowy utwór. I porywa! Czekałam od początku na piosenki z "Black Market Music", mojej ulubionej Płyty Placebo. Doczekałam się jedynie "Slave to the Wage" i "Special K". Gdzieś po drodze cały Torwar gromko odśpiewał "Sto lat", a potem "Happy Birthday". Trasa jubileuszowa, więc okazja do świętowania jest codziennie.
Następnie "Song to Say Goodbye", czyli pierwszy symptom końca. "The Bitter End" - i zespół schodzi ze sceny.
Na pierwszy bis "Teenage Angst" w wersji średnio-szybkiej, moim zdaniem, najlepszej; "Nancy Boy" i "Infra Red". Na drugi - "Running up that Hill" - zagrane fantastycznie.
Mimo wszystko był to najlepszy koncert Placebo na jakim byłam - pod względem wykonawczym. Wyżej stawiam jedynie koncert z września 2003 roku - za towarzyszące mu emocje.
Chwilami podczas tego wieczoru miałam wrażenie, ze już nie rozumiem tego zespołu, ich muzyki; chwilami, że czas jednak się zatrzymał.Pozostaje mi mieć nadzieję, że Placebo nagrają jeszcze taką płytę, po wysłuchaniu której nie będę miała wątpliwości, że chcę jej posłuchać na żywo.

P.S. Zespół wyraźnie nie życzył sobie nagrywania i błyskania fleszami, co większość ludzi jednak zignorowała. Stefan bezlitośnie celował w fanów palcem, po
jednej z takich sytuacji Brian nawet zniknął za kulisami. Morrisey już nie wrócił... Dlatego dziś tylko zdjęcie (dzięki uprzejmości Kasi).


sobota, 22 października 2016

20 na 20












Placebo. Zespół ważny. Póki co - najważniejszy dzięki kilku genialnym płytom. Te słabsze są na szczęście w mniejszości; ich w ogóle nie musieliby nagrywać, nikt by się nie zorientował. Najważniejszy, bo z nim wiążą się najpiękniejsze i najmroczniejsze wspomnienia. Najpiękniejsze przyjaźnie. Podróże, o których pamięta się do końca. Intensywne miesiące i lata sprzed lat, do tej pory będące najbardziej znaczącym czasem w życiu.
Noc z 10. na 11. kwietnia 2001 roku. Płyta, która wywróciła wszystko do góry nogami.
Trzy koncerty, zapamiętane lepiej lub słabiej. Za tydzień mój czwarty ich koncert. Oni obchodzą 20-lecie, ja - 18 lat z nimi.
Od czasów "Meds", czyli od 2006 roku nie ekscytuję się tak już ich wydawnictwami. Czasy się zmieniły, ludzie też i trzeba to zaakceptować. Jedna formuła się wyczerpała w wyniku naturalnej ewolucji, a ta nowa nie jest już do końca moją bajką.
Od tamtego czasu porwał mnie tylko jedne utwór, co wyraźnie widać w zestawieniu, które specjalnie na tę ważną okazję ułożyłam. Od tamtego czasu nagrali tylko dwie płyty, z piosenkami lepszymi lub słabszymi, ale piosenkami, którym nie towarzyszył już dreszcz przejęcia i którym trudno nadać to samo znaczenie, co kiedyś.
Dreszcz natomiast towarzyszy mi przed zbliżającym się koncertem.Począwszy od ogłoszenia daty koncertu w marcu, przez zakup biletów w lipcu aż do teraz. Odliczam dni.
Postanawiam znów poczuć się jak dawniej. Pozostając w teraźniejszości, cofnijmy się w przeszłość.

20. "Pierrot the Clown"
19. "Sleeping With Ghosts"
18. "Days Before You Came"
17. "Loud Like Love"
16. "Commercial for Levi"
15. "Allergic (to Thoughts of Mother Earth)"
14. "Scared of Girls"
13. "Every You, Every Me"
12. "I Know"
11. "Haemoglobin"
10. "Teenage Angst"
9. "Pure Morning"
8. Broken Promise"
7. "Without You I'm Nothing"
6. "Black-Eyed"
5. "My Sweet Prince"
4. "Protect Me from What I Want"
3. "Kings of Medicine"
2. "Special Needs"
1. "Pessive Agressive"

wtorek, 5 lipca 2016

Marzenie - spełnione.












Są takie marzenia, które rodzą się nagle i nie wiadomo jak.
Zawsze wolałam Johna Lennona. Mam dokumenty, książki, płyty. O McCartney'u - nic.
Wiedziałam, że sir Paul występuje w Warszawie w 2013, jednak wcale mnie tam nie ciągnęło.
Może to dlatego, że zauroczyło mnie "Maybe I'm Amazed" wykonywane przez Dave'a Grohla i Norah Jones?
Możliwe.
O tym, jak się zaczęło już pisałam.
Przyznam się też, że pomyślałam wtedy, że w tym roku tyle ważnych osób już umarło i że być może jest to jedna z ostatnich szans na zobaczenie Beatlesa na żywo.

Bilet fizycznie przybył do mnie w połowie maja. "Tylko nie zapomnij zabrać, nie zapomnij zabrać, nie zapomnij zabrać" - jak mantra w głowie.
Nadszedł 14. czerwca. Niezły stres. Na ten wyjazd złożyło się kilka pierwszych razów logistycznych i językowych oraz kilka starych, nierozwiązywalnych problemów. Ale nic nie mąci wewnętrznej radości.
Wystarczy wsiąść w odpowiednie metro, wysiąść na odpowiednim przystanku, złapać M46, wysiąść tam, gdzie w zasięgu wzroku brakuje miejsc parkingowych i podążać za tłumem w jedynym słusznym kierunku.
Miejsca są nienumerowane, więc im wcześniej tym lepiej. Tłum przed wejściem nie napawa optymizmem, ale (głównie) Niemcy formują zgrabne kolejki i w 10 minut jestem w środku.
Waldbuhne, choć jeszcze pustawe, robi wrażenie...












Czekałam na ten koncert trzy miesiące. Pełna nadziei podszytej lękiem, że coś się nie uda. Udało się, bez wątpliwości. Kiedyś samo czekanie było tym najbardziej niesamowitym czasem. Potem chwila spełnienia i... pustka. Bo trzeba wracać do zwykłej codzienności. A ten koncert jest jak marzenie kompletne, nie pozostawiające żadnej dziury, przekonania, że jest coś więcej. Bo nic więcej nie ma.
Mam nadzieję, że takie koncerty nie zdarzają się raz w życiu. Nie chciałabym, żeby moje życie skończyło się w wieku 31 lat.

Coż można napisać więcej?
Że zaczęli od "Hard Day's Night" i grali kolejne 2 godziny i 35 minut.
Że 23 tysiące ludzi usłyszały w tym czasie (w kolejności niechronologicznej): "Save Us", "Letting Go", "Let'Em In", "Temporary Secretary", "FourFiveSeconds", "Hi,Hi,Hi", "Can't Buy Me Love", "Love Me Do", "Queenie Eye", "I'Ve Got a Feeling", "Here Today", "Fool on a Hill", "New", "Let Me Roll It", "Band on the Run", "Lady Madonna", "We Can Work it Out", "Eleanor Rigby", "Something" (co za niesamowita wersja!), "Let it Be", "In Spite of All the Danger", "My Valentine", "Maybe I'm Amazed" ("And this one I wrote for Linda"), "The Benefit of Mr. Kite". "Here, There and Everywhere", "Blackbird", "Back in the USSR", "Nineteen Hundred Eighty Five", "Live and Let Die" (z ogniem i fajerwerkami).
Że bisy zaczął sam McCartney z "Yesterday". A potem jeszcze "Birthday", "Golden Slumbers", "Carry the weight" i "The End".
Że wybiegł na scenę z ogromną niemiecką flagą, a potem z flagą tęczową i słowami: "Wir stehen zusammen mit Orlando".
Że zaprosił na scenę dwóch fanów z Japonii, ojca i syna, przebranych jak Beatlesi za czasów "Sierżanta Pieprza".
Że łzy wzruszenia lały mi się strumieniami, choć wcale się tego nie spodziewałam.


P.S. Nie dysponuję niestety dobrymi zdjęciami z samego koncertu. Ale dzięki uprzejmości Annekathrine Linge, możemy oglądać jej zdjęcia: http://www.sunshine-pics.com/music/gallery/album/14062016_paul_mccartney_in_berlin.html

piątek, 18 marca 2016

Comeback vol. 3

Album "K 2.0" to trzeci powrót Kula Shaker - zespołu, który za pomocną piosenki i teledysku "Tattva" gdzieś około 1998 roku zachwycił mnie tak, że rzuciłam wszystko i pobiegłam po debiutancki album.
Po wydaniu dwóch albumów grupa odeszła w niebyt. Siły połączyła znów w 2004 roku, a trzy lata ukazał się album "Strange Folk", który przeszedł totalnie bez echa. Rok 2010 przyniósł "Pilgrim's Progress" - płytę mocną i bardzo równą, która również - niestety - nie wzbudziła większego entuzjazmu.
Niemal sześć lat później ukazuje się "K 2.0", piata płyta w dwudziestoletniej karierze Kula Shaker.
Czy kariera to nie za duże słowo? Debiutancki "K" zrobił na świecie niesamowitą furorę. Był jednym z najszerzej rezonujących debiutów lat 90., niezwykłym powiewem świeżości w Wielkiej Brytanii a.d. 1996, gdzie jeszcze niepodzielnie rządził britpop. Bardzo wyrazista płyta, z niezapomnianymi utworami łączyła to, co najlepsze w klasycznym brytyjskim rocku i słodkiej psychodelii lat 60. z inspiracjami wschodnim mistycyzmem. Liderowi grupy, Crispianowi Millsowi, natura nie poskąpiła charyzmy. Rozsadzała go energia (teledysk do "Hush"), przepełniała duchowość. A jeśli połączymy to z talentem do pisania niezwykle chwytliwych piosenek, otrzymamy lidera doskonałego. Niektórzy mieli go za zakręconego dziwaka. Co z tego, jest niesamowity.
"K" nadal słucha się wybornie. Ten album nic a nic się nie starzeje.
Trzymam w rękach "K 2.0". Czy to "K" naszych czasów? Rzut oka na książeczkę i już wiemy, że tak. Opis "2.0" oznacza lepszą wersję oryginalnego pomysłu.
Po wysłuchaniu uważam, że bliżej mu do "Pilgrim's Progress" niż do "K". Ale przyjrzyjmy się mu z bliska.
Album zaczyna się od mantrowanego przez Crispiana Millsa "Infinite Sun". Z początku delikatny, niepozorny, przechodzi płynnie w klasyczny kulashakerowy utwór. Gitara spotyka piękną melodię i flirtuje z hinduskimi instrumentami. Co ciekawe, zarys tego utworu powstał jeszcze przed nagraniem "K". Chwyta niesamowicie. Po drugim przesłuchaniu podśpiewywanie gwarantowane.
Dalej następuje seria prostych, miłych i bezpretensjonalnych piosenek nawiązujących stylistycznie do The Beatles, hippisowskich hymnów, Boba Dylana czy britpopu.
Momentami zastanawiałam się, czy te utwory aby na pewno śpiewa Mills. Ale widać ząb czasu nadgryza także wiecznych chłopców.
Ciekawiej robi się pod koniec albumu. "Hari Bol" ma nawiązywać do "Tattvy", podejrzewam, że to, że obydwa na swoich albumach znajdują się pod numerem 9.też nie jest przypadkiem. Dzięki "Get Right Get Ready" przenosimy się do lat 70. Ten rytm! Funk w czystej postaci. I na koniec "Mountain Lifter", pięknie spinający całość.
Teksty nawiązują do życia duchowego i jego przenikania się ze współczesną materią.
Cóż... Ten album jest sponsorowany przez literkę K i liczbę 11. Brzmi znajomo. Ale w "K 2.0" nie ma świeżości "K". Ten album świata nie podbije, choć lider Kula Shaker w wywiadzie dla "XS Noise" mówił, że to album odpowiadający wymogom naszych czasów ("K", według niego, swój czas wyprzedzał). Ale nie musi. Fajnie, że jest ktoś, kto konsekwentnie trzyma się obranej przez siebie drogi. Jeśli jeszcze ktoś o Kula Shaker pamięta (a szczególnie w ich niewdzięcznej ojczyźnie), powinien sięgnąć po ten album. Szczególnie, że trzyma naprawdę równy poziom jak na album, który powstawał w biegu i zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Obejrzyjcie teledysk do "Infinite Sun". To ciągle ta sama banda niegroźnych świrów. Ale za to jak grają!